Z Grzebalem znam się od dwudziestu paru lat, towarzyszył mi jako realizator dźwięku w moich dziennikarskich początkach. Nasłuchał się, nie tylko przez słuchawki, moich mądrości. Ostatnio sporadycznie jesteśmy razem w grafiku, na plaży jednak, w czasie wakacji, mieliśmy kilka wspólnych dni zdjęciowych i czas, by szczerze porozmawiać. Spojrzał na moje ramię i spytał, choć w zasadzie stwierdził: „Po coś ty se, Oli, te bazgroły narysował”. Nie lubi tatuaży, nie rozumie, to nie jego estetyka. Inaczej jego syn. Dziesięciolatek już planuje pierwsze wzory i ojca męczy o zgodę. Próbowałem koledze przekazać wszystkie znane mi z autopsji argumenty o historii wzorów na skórze, opowiedzieć o ich znaczeniu w różnych kulturach. Nie chciał słuchać. Dla niego wszystko jest w tej materii szpetne. Więc opowiedziałem mu o bólu dziesięciokrotnie większym niż robienie tatuażu. O wypalaniu promieniami lasera, o wybuchach atramentu pod skórą, o gazie, który nie mogąc się wy- dostać, powoduje pęcherze gojące się wiele tygodni. To zainteresowało ojca o wiele bardziej. Dobra lekcja dla syna. Pokazałem mu swoje plecy. Testowałem na nich różne lasery, żeby usunąć, wymazać ze skóry i pamięci nieudane projekty.

Ile kosztują tatuatorskie pomyłki?

Odbyłem potem edukacyjną pogadankę z synem kolegi. Opowiedziałem, że pierwszy tatuaż zrobiłem, kiedy miałem 22 lata. Na łopatce. Jeszcze na studiach we Wrocławiu trafiłem do zdolnego artysty, co mi obraz Picassa, „Wielką Głowę” odwzorował. Piękna, misterna to była robota. Wszystkim, którzy widzieli, się podobała, ale widzieli ją nieliczni, bo nieczęsto z gołym torsem czy plecami odkrytymi biegam. Sam też widziałem go rzadko, albo raczej wcale, no bo jak często gapisz się na swoje plecy? Nie miałem więc codziennej radości z obcowania z własnym tatuażem. Jakby go nie było. Ale zainspirowałem kilkoro znajomych, też sobie w tym studio zrobili wzory. Mądrzej jednak, bo na widoku, dla siebie.

Tatuaże wciągają, zrobisz jeden, już planujesz kolejne, tak ma większość. Stąd tyle „gęsto” wydziaranych osób. Ja też miałem w planach kolejny i następny. Trochę to zajęło, po czterdziestce zrobiłem drugiwzór/.._./_._./.___/_._/czylimojeulubioneczteryli- tery zapisane alfabetem Morse’a na nadgarstku. Potem był oset na przedramieniu. To mój ulubiony chwast. Dotąd byłem w zgodzie ze sobą. Z własnym ciałem i jego estetyką. A potem nastąpiła seria koszmarnych, kosztownych, bolesnych błędów.

Zblakłego po latach Picassa chciałem zakryć wizjerem z gałek ocznych, a ponieważ wzór się zanadto bez kontroli mojej rozlał po plecach, próbowałem nadrabiać to nieporozumienie z artystą kolejnymi nieprzemyślanymi dokładkami. Dorobiłem więcej oczu, i więcej, aż w końcu jedyne, co mi pozostało, to wszystko przykryć czarnym coverem, żeby za atramentową zasłoną ukryć wstyd.

I tak na moich plecach, za moją zgodą, za moje pieniądze i z moim własnym bólem, powstało wielkie czarne nic. Z dwojgiem oczu. Choć mówiąc precyzyjniej — powstała kupa estetyczna na własne życzenie. Za pomocą lasera w wersji podstawowej próbowałem tę czerń rozgonić, wierząc, że błędy można usunąć. Naprawić. Nadać im jakiś nowy, nieznany jeszcze, nieodkryty sens. Testowaliśmy więc z kolegą różne natężenia lasera, różne linie. Jak strzelasz miejsce przy miejscu, to pęcherze robią się wielkie, na wiele tygodni. Jak robisz linie co centymetr od siebie, to szybciej się goją. I tak po licznych próbach kolaż na moich plecach wyłonił się z czerni. Taka wycinanka, serwetka z atramentu i blizn. Oczy Antka były szeroko otwarte, wyczytałem z nich jak z otwartej księgi wielki strach, przerażenie. Zrozumiałem, że mogę kończyć pomału opowieść. Zaszczepiłem w nim jeśli nie niechęć do zrobienia sobie tatuażu, to przynajmniej pytania. Bo jak się nie uda, to co? Jak nam się wzór znudzi, nie spodoba nowej dziewczynie? Wtedy albo cover, albo laser i wiele sesji kaleczenia własnego ciała. Tatuaż się robi raz, a usuwa sześć do dziesięciu razy, co boli o wiele bardziej. Antek po moim wykładzie odpowiedział cicho, że chyba jeszcze poczeka, zastanowi się chwilę. Ma czas do osiemnastki.

Nauka na życie

Szkoda, że ja nie miałem, jak Antek, swojego Janiaka, co opowie historię o tym, co jest ważne, gdy się nam zamarzy tatuaż. Fundamentalne jest pytanie: po co? Jeśli na tym nie poprzestaniesz, to koniecznie zadaj sobie kolejne. Co wzór ma wyrażać, jaki ma stanowić komunikat dla nas samych i dla innych? O czym przypominać, co symbolizować? Czy jesteś pewien, że tego chcesz? Czy wybrałeś dobre miejsce na ciele? Czy znalazłeś odpowiedniego tatuażystę? Czy podobają ci się jego prace? Czy dogadacie się ze sobą, czy cię słu- cha, czy będzie wam po drodze przez te wiele godzin w bolesnej kooperacji? I co zrobisz, jak ci się nie będzie podobał efekt?

Moja własna historia z wzorami na ciele jest jeszcze daleka od happy endu, proces naprawiania własnego ciała i nieprzemyślanych śladów na skórze jeszcze potrwa. Może do siedemdziesiątki narysuję siebie precyzyjnie. Wciąż jestem świetnym kandydatem do progra- mu „Najgorsze tatuaże świata” i niech będzie to przestrogą, a przynajmniej znakiem zapytania dla każdego chętnego na dziarę. Jeśli dojrzały, świadomy siebie facet także pod estetycznym względem robi sobie „ała” na całej linii, to może warto sprawę przegadać. Zwłaszcza z samym sobą. Dziś mam dobrych ludzi wokół. Znalazłem i artystę od tatuaży, Piotra, któremu ufam i który robi piękne dziary, i covery też. I mam specjalistkę, zawodowca od usuwania niechcianych wzorów — Magdę, która po prostu wie, jak dobrze i bezpiecznie przywrócić estetyczny komfort naszemu ciału. To ostatnie z perspektywy doświadczeń — ciało właśnie — najpiękniejsze jest, kiedy jest zdrowe, wysportowane i czyste. Cokolwiek to może znaczyć.