Zbigniew Boniek. Trzy razy dotarł z drużyną na Mundial, raz stanął na podium. Kiedy Pele układał listę stu najlepszych piłkarzy świata to właśnie Boniek znalazł się tam jako jedyny Polak. Piłkarze miewają czasem trudności z poukładaniem sobie świata kiedy kończą karierę, ale jemu wszystko się udaje. I w biznesie, i w życiu. Udaje mu się, bo ma charakter wojownika i niezaprzeczalną charyzmę. Potrafił nawet zaprowadzić porządek w PZPN po odejściu Michała Listkiewicza. Zapewnić transparentność w tej instytucji wydawało się zadaniem ponad ludzkie siły. Umie w Polakach obudzić nadzieję i kiedy trzeba potrafi ją w porę ostudzić. Nie kłamie.  Jeśli nie ma na coś ochoty, to tego nie robi.

- A dajcie mi spokój, ja tu gram – powiedział i odwrócił się plecami.

No tak. Powinniśmy byli przejść całą tę drogę umawiania się przez sekretarki i agentów, ale przecież jesteśmy małym zespołem i wszystko robimy sami. Kiedo okazało się, że zagra w pierwszych mistrzostwach Polski w padlu, zebraliśmy ekipę w kwadrans.

Ale prezes Boniek postawił obronę bez jednej luki. „Gra się tak, jak przeciwnik pozwala” mawiał klasyk, trener Górski. Postanowiliśmy atakować bez wytchnienia. A on swoje. Ze wszystko co miał już do opowiedzenia o sobie powiedział nie raz i nie dwa i to być może w takich językach świata o jakich nam się nie śniło. To wszystko prawda. Ale w piłce, w padlu, w życiu, chodzi o to, żeby nie odpuszczać. Więc choć prezes Boniek robił uniki, kiwał, schodził do narożnika, dryblował, czasami wydawało mu się, że już ma ten mecz jak na talerzu, ale nie… byliśmy konsekwentni.

Podpytaliśmy Jerzego Dudka o kilka porad i zaczęła się druga połowa.

- No i co, ugraliście coś? – zapytał prezes kiedy siedzieliśmy z minami pokonanych na krzesełkach widowni przed bufetem ze zdrowym jedzeniem. Padel ma wielu zwolenników wśród wielbicieli zdrowego życia. Spojrzałem. Miał w oczach ten łobuzerski błysk, a to była właśnie luka na jaką czekałem.

- Jerzy Dudek i Mariusz Czerkawski opowiedzieli nam o swojej sportowej emigracji rzeczy, że człowiek by sobie nie wyobrażał. Każdy myśli, że to bułka z masłem a to są, proszę pana dramatyczne, ostateczne wybory.

- A co oni tam wiedzą – uśmiechnął się Zbigniew Boniek. – Kiedy ja jechałem grać za granicą nie miałem nikogo, kogo mógłbym zapytać o radę. Rozumiecie? Nikogo. Bo z naszego kraju nikt przede mną nie musiał iść tą drogą.

Pomyślałem, że to nieprawda, bo przecież wtedy cała Polska pojechała z panem Zbyszkiem do tego Juventusu, co był lepszy niż Real, lepszy niż Barcelona, był najlepszy wtedy na świecie. NO ale nie powiedziałem nic, bo wreszcie byliśmy w domu.

- Mówili mi, że dziennikarze mogą pytać, ale przecież chodziło o padla a nie o życie.

- Ale my nie jesteśmy gazetą sportową, my piszemy o tym jak dobrze żyć.

- Ale możemy zacząć od padla? No ja lubię tych ludzi z którymi gram. A nie lubię jak mi się zawraca głowę przed meczem, to tak na przyszłość wam mówię. No, więc padel to sport, który bardzo sprzyja budowaniu relacji, bo gra się we dwóch, z kolegą, z przyjacielem. I nie trzeba trenować bez końca, żeby zagrać. W tenisie człowiek trenuje rok a potem wychodzi na kort i nie wie jak serwować. W Polsce to nowy sport, ale w Hiszpanii, we Włoszech czy Argentynie sport jest niesamowicie popularny. W moim wieku człowiek szuka takiego sportu, który pozwoli się spocić, spotkać z kolegami, a przy tym zapewni tę dawkę rywalizacji. Zagrałem żeby sprawdzić i okazało się, że bardzo mnie kręci. Sport jest na bardzo dużym tempie, poci się człowiek natychmiast, ale nie jest bardzo męczący. Zasady są jasne i nie ma pola na jakim sędziowie mogliby znacząco ingerować w wynik.

Potem pogadaliśmy o partnerach. Okazuje się, że kluczem do sukcesu jest znalezienie takiego partnera, który gra dobrze. Najlepiej takiego, który ma szansę w mistrzostwach Polski. Zbigniew Boniek gra z hiszpańskim zawodnikiem, na co dzień trenerem w Escola Varsovia, najlepszej szkółki piłkarskiej w Polsce. I padel i piłka wymagają szybkości i motoryki, ale nie da się tych sportów porównać, bo piłka to „są jednak przestrzenie”

- A poza tym w piłkę, jak wiadomo gra się nogami a w padla rękoma.

- Sądziłem, że niezależnie od sportu gra się przede wszystkim głową.

- O tak, głowa robi różnicę. I potrzeba rywalizacji. Bez prawdziwej woli rywalizacji nie ma mowy o poważnym sporcie, ale zawsze pozostaje rekreacja i zabawa.

- Ale młodzi i tak wybierają klikanie na komputerze.

- Postęp cywilizacji ma dobre i złe strony. Mamy dostęp do wielu technologii, które pozwalają interaktywnie spędzać czas w sieci. Idę do restauracji i widzę czterech młodych ludzi, którzy niby są razem, ale jednak są osobno. Byłem niedawno w Londynie. W metrze każdy, dosłownie każdy coś tam klikał. Nikt nie rozmawiał, nikt nawet na siebie nie patrzył. A sport jednoczy. Sport jest wspólnym byciem. Uczy myślenia za  siebie i za innych. A piłka jest najpopularniejszym sportem na świecie i tak pozostanie. Ma pan jedną piłkę, bramki zaznaczone na ziemi linią, albo kamieniami i można grać. Inne sporty, jak padel potrzebują inwestycji, boisk, struktur. A piłka tego nie potrzebuje. Jej prostota jest idealna. Można grać na deszczu, na błocie, na trawie, na śniegu. Wszędzie.  

- Czy za dziesięć lat będziemy grać jeszcze w piłkę, czy już tylko w Fifę 2029?

- Sport przetrwa, ale będzie się zmieniał. Kiedyś człowiek miał do wyboru dwadzieścia, może trzydzieści dyscyplin, jakie trenował od dziecka. W Totolotku było 49 dyscyplin, dzisiaj jest ich całe mnóstwo, ale sport przetrwa, bo wysiłek fizyczny jest człowiekowi niezbędny. 

- Może technologia nam to zastąpi, tak jak zastępuje nam młodość. Lekarze od estetyki poprawiają urodę.

- Mi tam nikt urody nie będzie poprawiał. Doping wydolnościowy rzeczywiście się rozwija, ale to nie jest potrzebne człowiekowi. Ja tego nie potrzebowałem, żeby się doskonalić. I wierzę, że prawdziwy sportowiec może dążyć do doskonałości bez wspomagania. No i rzeczywiście te cechy, ta potrzeba doskonałości popchnęła mnie do międzynarodowej kariery. Dzisiaj młodym ludziom „stwarza się warunki i się ich namawia”. To pierwszy krok do niepowodzenia. Bo trzeba mieć w sobie ducha i pasję. Jak ma pan ducha walki, to boisko sobie pan znajdzie i warunki stworzy. To zawodnik musi przekonać trenera, że jest dobry a nie trener motywować zawodnika, żeby zechciał trenować. Ja miałem tę pasję.   

- No i stał się pan ambasadorem polskiej piłki. No i polskich marzeń.

- I do dzisiaj tak zostało. 

- Pamięta pan ten moment kiedy wychodził pan pierwszy raz jako Polak w zagranicznym klubie?

- No pewnie tego się nie zapomina nigdy, to byłą ścieżka jaką nikt przede mną nie poszedł. Wtedy to był najlepszy klub na świecie. Dzisiaj szatnie są międzynarodowe, ale wtedy było tylko dwóch obcokrajowców, reszta to sami Włosi. Nie musiałem się przebijać do składu, bo byłem tam najlepszy. Wiedzieli o tym, bo znaliśmy się z Mundialu, graliśmy wtedy z Włochami dwa mecze, mecz otwarcia i półfinał.

- A kiedy myśli pan, o rany, to był mój najważniejszy mecz, to który panu przychodzi na myśl?

- Ten z NRD. Decydował o awansie na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii. 3:2 na wyjeździe a wygrywać w NRD nie było łatwo. To był mecz który otworzył nam drogę na mundial, ale on też niejako, z czego niewielu zdaje sobie sprawę, stworzył tę reprezentację, bo mieliśmy czas, żeby ze sobą grać, trenować, żeby się poznać. No i on mi otworzył drogę kariery. Wykorzystałem to. Od samego początku. W moich czasach nie było internetu, nie było telewizji, ale nie znaliśmy słów „nudzę się”, czy „depresję mam”. My nie mieliśmy depresji. Człowiek wychodził na podwórko i grał. Ojciec grał na poziomie pierwszej ligi, jestem z tradycyjnie piłkarskiej rodziny. Ponieważ wszyscy wtedy grali  w piłkę, od razu się kapnąłem, że mogę być lepszy od wszystkich.

- Między mogę być lepszy a będę jest ocean spraw do zrobienia.

- Powiedziałbym że potrzeba trochę pracy. Talent jest ważny, ale talent łatwo niszczy człowiekowi karierę. Liczą się głowa i praca. Więc jeśli masz do czegoś talent, musisz na niego uważać. To zwodnicza siła. A na pracę, którą wykonałeś, zawsze możesz liczyć. 

Przerywamy, bo przecież jesteśmy tu nie tylko po to, żeby porozmawiać, ale też żeby zrobić zdjęcia. To nie jest łatwe, bo w hali do padla trwa szaleństwo mistrzostw.

A potem siadamy wracamy na tę moją ulubioną opowieść. Bo przecież dwóch było wtedy Polaków w Italii. Boniek i papież.

- No poznaliśmy się i bywałem na audiencjach, mogłem przedstawić rodziców. Oczywiście na audiencję prywatną, choć nie nalegałem. No oczywiście, że ojciec święty był kibicem. Spotkaliśmy się z papieżem przed mistrzostwami świata w Hiszpanii. Wręczyliśmy piłkę, porozmawialiśmy i poprosiliśmy, żeby się pomodlił za nasze zwycięstwo. A papież na to „Pan Bób z piłką nie ma nic wspólnego, musicie to sami zwyciężyć”. Pojechaliśmy na mundial, bardzo trudny, bo w Polsce był stan wojenny i żadna drużyna nie chciała z nami nawet kontrolnie grać. Same niewiadome a zajęliśmy trzecie miejsce. No i zaraz po mistrzostwach pojechałem do Watykanu razem z drużyną Juventusu. Sześciu Włochów z tytułem mistrzów świata, familia Agnellich, właściciele klubu a papież woła „dove Boniek”? Ja zawstydzony, bo jeszcze nie mówię po włosku a papież kiwa na mnie, bierze mnie  pod rękę i mówi „jakbym wiedział, że będziemy na trzecim miejscu, to bym się jednak pomodlił”.