Przemek Dankowski: Kiedy wpadłeś na pomysł, aby zostać choreografem pokazów mody? To był impuls, przypadek czy raczej świadoma decyzja?

Maciej Majzner: Było to połączenie wszystkich tych elementów. Zaczęło się, kiedy na jednym z pierwszych łódzkich Fashion Weeków, siedząc na widowni, chwilę przed pokazem MMC, widziałem biegającą po wybiegu Kasię Sokołowską. Charyzmatyczna, świetnie ubrana, widać, że pasjonatka swojego zawodu. Pomyślałem, że fajnie być reżyserem pokazów mody. Po chwili rozpoczął się pokaz MMC, w którym zabrzmiał Maanam i ich „Szare miraże”. Przez cały pokaz miałem ciarki i to był ten pierwszy impuls, kiedy poczułem, że reżyseria to coś, co może stanowić łącznik moich miłości, a więc ruchu scenicznego, teatru z całą otoczką w postaci m.in. świateł, efektów ale też mojej niewiarygodnej miłości do muzyki. Wymyślałem więc pomysły i proponowałem je młodym projektantom, którzy wtedy pokazywali swoje kolekcje w strefie Off. Stworzyłem ich kilka, jednak na poważnie wszystko się zaczęło, kiedy dostałem pracę jako asystent Joanny Horodyńskiej. Przygotowywaliśmy duży pokaz dla jednej z marek bieliźnianych, Asia oddała mi dużą część pracy nad pomysłem tego pokazu. Można powiedzieć, że fakt mojego dużego udziału w reżyserii show były przypadkiem, sumą zdarzeń.

ZOBACZ: ZAWÓD MODA: Dominik Sadoch: Najgorsza rzecz to porównywanie się z innymi

Współpracowałeś z wieloma polskimi projektantami. Jakie warunki musiałeś spełnić, aby zaufali Ci za pierwszym razem? W końcu to olbrzymia odpowiedzialność….

Zaczynałem od reżyserowania pokazów młodych projektantów podczas łódzkiego Fashion Weeku. Warunkiem pracy z nimi było opowiedzenie ciekawego pomysłu. Schody zaczynały się podczas pracy z ekipą realizacyjną. „Nie da się”, „a po co” albo „nie możemy zrobić tak jak było?” to najczęstsze zdania, jakie słyszałem. Była to walka i udowadnianie, że się da. Musiałem państwu, którzy byli przyzwyczajeni do pewnych standardów, pokazać, że jestem dobry i odzwyczaić ich od wygodnej pracy. Chciałem jednak robić też większe imprezy. I tu musiałem już przekonać do siebie nie tylko ekipę techniczną, ale tego, kto mnie zatrudniał. Myślę, że na początku drogi przekonywałem tym, z jaką pasją opowiadałem o swoich pomysłach, a te przychodziły mi od tak. Do tej pory mam tak, że słyszę temat kolekcji i natychmiast wpada mi do głowy pomysł pokazu. Całościowy. A opowiadam chyba na tyle obrazowo, że ludzie rozumieją, o co mi chodzi i zwykle chyba czują te pomysły, bo mnie zatrudniają.

Wróćmy do samego początku Twojej kariery w tym zawodzie. Świat mody od zawsze był
i pewnie będzie jedną z najbardziej hermetycznych branż. Nie wystarczy być utalentowanym chłopakiem czy dziewczyną z pomysłem na siebie. Jak udało Ci się przebić do tego biznesu?

Drogę do świata dużej polskiej mody otworzyła mi praca u boku Asi Horodyńskiej, taki wpis do CV ma znaczenie. Ale to oczywiście nie spowodowało, że zacząłem dostawać zlecenia. Od siedmiu lat stale jestem w branży. Jest ona jednak tak bardzo hermetyczna, że ja już nie mam ochoty się w nią wciskać i walczyć o pokazy wielkich nazwisk, takich jak Kupisz, Woliński czy Paprocki&Brzozowski. Oni wszyscy przyjaźnią się z Kasią od lat, współpracują ze sobą od zawsze. Owszem, kiedyś miałem ambicje, aby z nimi współpracować. Realia pokazały, że choćbym zrobił pokaz Diora w Paryżu, w Polsce i tak pewnych pokazów nie stworzę. Nieważne jak będę zdolny i pracowity. I ja to rozumiem. Mam jednak grono projektantów i marek, z którymi stale współpracuję, więc na szczęście nie muszę walczyć o przetrwanie. Po pięciu latach życia i pracy w Warszawie wróciłem do mojej rodzinnej Łodzi. Nie pokazuje się więc na stołecznych imprezach, a do Warszawy przyjeżdżam by wyreżyserować pokaz i kiedy wszyscy zaczynają after party, ja wsiadam do auta i wracam do domu. To daje mi niezwykły dystans i równowagę życiową. Ważne też jest dla mnie to, że mimo, iż "nie bywam", to jednak pracuję.

Dla wielu osób praca w branży mody to spełnienie marzeń. Każdy zawód ma jednak swoje plusy i minusy. Jak to jest w przypadku reżysera pokazów mody?

Praca reżysera to, być może poza Kasią Sokołowską, praca tak naprawdę dodatkowa czy hobbystyczna. Kasia mając obok „Top Model” czy kontrakty reklamowe pewnie radzi sobie całkiem nieźle. W moim przypadku jest to druga praca, która pozwala mi spełniać marzenia. Realnie nie byłbym w stanie żyć tylko z tego. I to jest z pewnością minus tego zawodu. Dla mnie nie jest to problemem, bo ostanie pięć lat spędziłem pracując w wyuczonym zawodzie, w czołowych polskich agencjach Public Relations. Oczywiście mógłbym powiedzieć, że reżyseria to ciężka praca, całodniowe próby, a ze stresu wyskakują mi pryszcze, ale po co? Nie widzę więc minusów. A plusy, to dla mnie przede wszystkim możliwość realizacji siebie, bo, mimo, że miałem już wiele zawodów, żaden nie pozwalał mi się tak spełniać jak reżyseria pokazów mody.

Uważasz, że na polskim rynku mody masz konkurencję?

Wiele razy słyszę, że jestem konkurencją Kasi Sokołowskiej. Zawsze wtedy uśmiecham się i dziękuję, po czym odpowiadam, że rynek jest na tyle szeroki, że nie muszę mieć ciśnienia na to, aby faktycznie być dla Kasi konkurencją. A czy ktoś jest dla mnie? Wydaje mi się, że przez te lata pracy w branży mody wypracowałem sobie na tyle swoją pozycję, że nie muszę czuć się zagrożony.

Czy masz aspiracje, aby pracować również za granicą? Jakie rynki Cię interesują?

Pomysł pracy za granicą nigdy nie pojawił się w mojej głowie nawet na chwilę. Być może dlatego, bo jestem mocno „polski”. Na wakacje jeżdżę nad polskie morze, lubię polską kuchnię, moją wielką miłością jest polska muzyka, którą zwykle wykorzystuję w pokazach, które reżyseruję. Oczywiście, kiedy oglądam pokazy realizowane przez studio Betak, a więc największe pokazy na świecie, pojawia mi się w głowie myśl, że zbuduję tak ciekawe portfolio, że np. Betak polubi moje zdjęcie na Instagramie, a wtedy ja napiszę i pojadę do niego pracować. Wtedy do głosu wraca logika i realizm. Mam 33 lata, nie jestem już młodym zdolnym reżyserem, nikt nie ogłosi mnie zjawiskiem. W Polsce mam już zbudowaną pewną pozycję, nie muszę wracać na start.

W swoim portfolio masz współpracę z takimi markami jak TOMAOTOMO, Łukaszem Jemiołem, zwycięzcą pierwszej edycji Project Runway, Jakubem Bartnikiem, Simple x Dorota Williams czy Próchnik. Który pokaz wspominasz z największym sentymentem?

Każdy pokaz pozostawia we mnie nieco inne emocje i wspomnienia. Każdy stanowi spełnienie marzeń, lekcję, naukę współpracy z innymi osobowościami, jakimi są projektanci czy producenci. Z największym sentymentem wspominam pokazy, w których najwięcej elementów składowych wyszło ode mnie, a więc te, w których poza reżyserią świateł, choreografią itd. np. mój był pomysł scenografii, muzyki, a nawet makijażu czy fryzur. Im więcej mnie w pokazie, tym głębiej pozostaje w moim sercu. Wspominam każdy pokaz Thecadess, współpracuję z chłopakami od pierwszego, każdy miał inną energię, dynamikę i historię, pokazywał, jak rozwija się marka czy jak zmienia się jej klientka. Z Tomaotomo stworzyliśmy dwa przepiękne pokazy, spokojne, niezwykle klimatyczne. W jednym pianista zagrał na żywo Chopina. Drugi bardzo ważny dla projektanta Tomka Olejniczaka, dedykowany jego mamie. Tam coś niezwykłego unosiło się w powietrzu. Pokaz Jacoba to z kolei zupełnie inna energia, mocne uderzenie, dynamiczny pokaz z silnym przekazem. Wyjątkowe miejsce ma w moim sercu Fashion Designer Awards, bo towarzyszy mi praktycznie od początku drogi i trwa nadal. Podczas jednej z gal FDA, na żywo zagrała moja ukochana Kasia Stankiewicz, która po pokazie powiedziała mi, że jestem wizjonerem. Nigdy tego nie zapomnę. Takich chwil jest wiele i one wchodzą głęboko we mnie i zostaną we mnie na zawsze.

CZYTAJ: ZAWÓD MODA: Maciej Zień: Za bardzo kocham akt tworzenia, aby z niego rezygnować

Wiem, że od niedawna pełnisz też funkcję dyrektora kreatywnego jednej z polskich marek modowych dla mężczyzn. Czy łatwo jest pogodzić te dwie profesje?

Owszem, od początku czerwca pełnię funkcję dyrektora kreatywnego marki Dastan, tworzącej ubrania dla mężczyzn. Jak już wspominałem, praca reżysera pokazów mody to od lat mój drugi zawód. Ostatnie pięć lat pracowałem, jako PR-owiec od godz. 9 do 17. Pokazy wymyślałem po godzinach. Na dzień realizacji pokazu brałem dzień z urlopu i w ten sposób byłem w stanie pogodzić wszystkie obowiązki. W marce Dastan odpowiedzialny jestem za działania kreatywne, począwszy od tworzenia kolekcji, przez realizację kampanii, ale także PR, współpracę z mediami czy stylistami. Marka przechodzi rebranding, a moim zadaniem jako Dyrektora Kreatywnego jest odmłodzenie odbiorcy i wprowadzenia marki do mediów. Działań jest sporo, jestem jednak pewien, że bez problemu uda mi się połączyć wszystkie obowiązki. Jako pracoholik nie mógłbym mieć nudnej pracy czy robić czegoś, czego nie kocham. A jeśli kocham, chcę więcej i więcej. Przy dobrej organizacji pracy, jasno wytyczonych celach i odpowiednio zbudowanym zespole, nie ma możliwości abym nie pogodził tak fascynujących obowiązków. Z marką Dastan się rozpędzamy, od września zaczyna się sezon pokazów. Na pewno męcząco, ale za to ile satysfakcji!