Czym pachnie Twoja orchidea?

Ma wiele zapachowych nut. Jest nostalgiczną podróżą, zadumą nad własnym życiem. Ale też, ponieważ wyrosła z potrzeby tworzenia, nieustającym pytaniem o drogę, o to co robić, jak iść przez życie. Którędy. Od jakiegoś czasu umiem nazywać to, co chcę robić, oraz to czego robić nie chcę, co nie sprawia mi radości, co mnie nie niesie. Bardzo mi z tym dobrze. Ale jest tu też sporo świeżych zapachów, choć wspomnieniowych, takich z dzieciństwa, kiedy marzyłem o graniu, o scenie, o podróżowaniu po świecie. Jestem, i nie boję się do tego przyznać, dość wrażliwym typem. Ostrożnie i z szacunkiem podchodzę do instrumentu. Nie ma tu szczególnie dużo improwizacji, stawiam raczej przemyślane kroki dorosłego człowieka. W moim rodzinnym domu zawsze pachniało muzyką. Kalafonią osypującą się ze smyczka, taśmą magnetofonową. To był bardzo muzykalny dom, niezamożny ale na swój sposób bogaty w muzykę.

Nawiązuje do zapachu bo jawisz się jako niezwykle wrażliwy człowiek, który żyje zapachami, cytatami, dotykiem różnych materii, bodźców. Zamykasz to wszystko w dźwiękach, swojej muzyce. To jest ucieczka od rzeczywistości?

Każda forma twórczości jest moim zdaniem formą ucieczki od rzeczywistości, a na pewno przynajmniej daleką podróżą w przeciwną stronę. Chyba, że ma się jedynie stosunek merkantylny do swojej twórczości, wtedy może niekoniecznie. Ale nie wiem tego, mam odmienne pobudki. Gdybym myślał jedynie o kwestiach finansowych, uprawiałbym zapewne albo inny zawód, albo inną muzykę. Jednak ponieważ nie wierzę w pisanie “hitów” , niespecjalnie umiem to robić i chyba nie chcę, wybieram jedynie twórcze ucieczki. Stany, które dają mi poczucie spełnienia. A ponieważ postawiłem wszystko na jedną kartę wiele lat temu, i wykonuję swoją pracę najstaranniej jak umiem, to apanaże, naturalnie za pracę należne, pozwalają mi się utrzymać, będąc jednocześnie w zgodzie ze sobą.

Twoje fascynacje szczególnie literaturą to podróż do czasu już minionego. Ameryki pierwszej połowy XX wieku. Świata Bukowskiego czy Steinbecka. Tam w tym śnie jest bezpieczniej?

Absolutnie nie. To nie jest literatura uśmiechu, czy bezpieczeństwa, tylko często refleksji i namysłu. Zresztą zdecydowanie wywołałbym raczej McCarthy’ego czy Whiteheada. Może Capote’go. Czasem, kiedy zbyt długo obcuję z ich światami, mam wrażenie, że już tam kiedyś byłem. W jakiś szczególny sposób są mi to bliskie miejsca i ludzie. Od najmłodszych lat szukałem w świecie książek najpierw tajemnic ukrytych w przypowieściach, sowizdrzałów trefnisiów i wesołych diabłów, a potem swoich idoli, cowboyów, włóczykijów i stróżów prawa. Do dziś w rodzinnym domu na szczególnym miejscu stoi “Bajarka opowiada” zbiór bajek i baśni polskich. Pierwsza książka, którą samodzielnie przeczytałem.


Jesteś idealnym przykładem do tego, że bez odbioru sztuki nie ma życia. Tym bardziej w czasie debaty publicznej, w której tak wielu ludzi próbuje zmniejszyć wartość kultury do niepotrzebnej błahostki.

Mam ostatnio wrażenie, a raczej poważną wątpliwość, czy pamiętamy jeszcze jako społeczeństwo, że kształtuje nas kultura. Jej dziedzictwo i spuścizna po naszych przodkach. Niełatwa przecież historia, która wydaje się, niczego nas nie nauczyła. Nie dbamy bowiem jako społeczeństwo, napędzane decyzjami organów państwowych o naukę z niej płynącą i spoglądanie w przyszłość. Zresztą szereg kontrowersji dotyczących środowiska artystycznego w ostatnich tygodniach, jest również przykładem tego, jak bardzo nie rozumiemy jako społeczeństwo roli i funkcjonowania środowisk kultury. A, ponownie mam wrażenie, obecnej władzy jest to rękę. Mierzi mnie ten temat, nie chcę w niego głębiej wchodzić, bo jest o wiele bardziej skomplikowany. Nie mam też ochoty pastwić się nad gustami. Nauczony jestem o nich nie dyskutować. Jesteśmy w złej kondycji i nie mówię jedynie o ekonomii.

Ale czy to nie jest ten czas, kiedy w końcu należy wskazać co jest dobre, a co nie? Tak dużo złego już się stało, tak bardzo naruszono jakość polskiej kultury, że ta dyskusja o gustach powinna mieć miejsce za nim nie będzie za późno.

Pewnie masz rację. Ale ja się chyba nie nadaję na Rejtana. Nie mam przekonania, że mógłbym mówić tak donośnym głosem. Uprawiam niszowy gatunek sztuki. Nie czuję się w żadnym razie autorytetem, zresztą my, jako ogół, nie jesteśmy społeczeństwem autorytetów. Nam w większości trzeba kazać, a nie pozostawić do namysłu. Poza tym, żyjemy w czasach zawłaszczania. Kultura rownież padła ofiarą władzy. Dobrze funkcjonujące instytucje utraciły sprawnych i kompetentnych managerów. Co któryś program z pomocowego cyklu “Kultura w Sieci” miał twarz Jana Pawła II. Sztuka zadająca pytania, zmuszająca do refleksji, nie jest dzisiejszej władzy do niczego potrzebna. A to aparat państwa, powinien stać na straży wolnej, poszukującej sztuki, być jej mecenasem. O wsparciu rodem z Islandii nie śmiem nawet marzyć.

Potrzebujesz autorytetów?

Sądzę, że każdy ich potrzebuje. Nie mam na myśli powielania życiorysów. Raczej wiwisekcję i zestaw wniosków, inspirację. Nie wyobrażam sobie przejść obojętnie nad życiorysami osób, które mnie inspirują albo odstręczają. Mam mocny imperatyw poznawczy, potrzebę rozumienia. Jestem niezwykle ciekaw zjawisk, rzeczy i ludzi. Ta potrzeba mnie napędza. Wielokrotnie przeze mnie przeczytane biografie Davisa i Stańki, dały mi wiele siły do pracy nad swoim albumem, oraz ukonstytuowały moje poglądy w kwestii, o której już wcześniej mówiłem czyli co chcę, a czego nie chcę robić. Trzeba ze spuścizny i dziedzictwa korzystać.

A masz w sobie takie zadatki na mentora, który poprowadzi i zmieni myślenie innych?

Nie umiem dobrze o sobie mówić. Nie kokietuję. Wciąż się z tą “skazą” mierzę. Prowadzę warsztaty, wykładam cyklicznie w Akademii Managerów, pisywałem do prasy. Ale po prawdzie wszystko to po to, żeby się rozwijać i uczyć. Jestem wielce wątpiącą osobą, dlatego swoje doświadczenie poddaję innym raczej pod rozwagę, niż głoszę jak dogmat wiary. Jeśli ktoś umie i chce z tego korzystać, bardzo się z cieszę. Jeśli przejdzie obok obojętnie, nie będę darł szat. Jestem aż i zaledwie muzykiem, uprawiam tę sztukę z potrzeby mojej duszy. Jeśli „The Orchid” może słuchacza zabrać w choćby krótką podróż do lepszego świata, to jest to chyba najlepsza nagroda i tytuł mentora jest mi niepotrzebny.

Zrobiłeś coś co dla wielu jest niemożliwe, dotknąłeś legendy, serii Polish Jazz wydawanej przez Polskie Nagrania, które to wydały Cię w swoim katalogu pod numerem 85. Maciej Gołyźniak przez lata dotykający się z innymi gatunkami zabiera się za jazz i dostaje wielki dar w postaci wydania płyty w najbardziej prestiżowym miejscu w Polsce.

Polish Jazz mógł bez dwóch zdań powodować pewną konfuzję, tak w słuchaczach jak i kolegach z branży. I rzeczywiście, postrzegam ten fakt, mówię o wydawnictwie, jako swego rodzaju dar. To może dobry moment, żeby powiedzieć, że i mnie ta propozycja wydawnicza nieco zaskoczyła, ale to kwestia moich ciągłych wątpliwości względem siebie. Od swojego początku album „The Orchid” był przejawem dużej odwagi. I przyjęcie propozycji wydawniczej tej wielce szacownej serii, było kluczowym tej odwagi sprawdzianem. Bardzo mi w tym pomogła p. Alicja Szymańska z Polskich Nagrań. Rozmawialiśmy bardzo długo, tak o tym czym właściwie jest dziś jazz, ale też o tym, jakie są role serii. Dziś, rozmawiamy już mając kontekst sukcesu tego albumu, tak komercyjnego, jak i artystycznego. Ma bowiem bardzo pochlebne recenzje, nawet w środowiskowej prasie branżowej. Ale wtedy, kiedy podpisywałem kontrakt, miałem świadomość jak bardzo hermetyczne jest to środowisko co przecież zasadniczo jest antytezą wolności, którą jest jazz. To był trudny, choć naprawdę niezwykle budujący czas. A sama muzyka? Wszyscy siadamy do tego samego pianina, dwanaście dźwięków skali a tyle różnorodności. Stawiam zatem na wrażliwość, nie koterie i na świadomość a nie muzyczne szuflady, czy etykiety. Muzyka to dla mnie emocje. Bez nich mnie nie interesuje.

Jak przyjęło Cię środowisko jazzowe?

Z ostrożnością. I na pewno nie mówi jednym głosem. Długo trwało, zanim napłynęły gratulacje. To dla mnie zrozumiałe. Wielu moich kolegów, uprawia tę trudną sztukę od lat, studiując, tłukąc się po klubach. Ja przyszedłem z mainstreamu i nikt mnie zapewne nie posądzał o takie muzyczne fascynacje. A ja od lat już myślałem zupełnie innym językiem. Szczególnie jeśli chodzi o sposób gry i brzmienie. Dla mnie jest to naturalna konsekwencja muzycznego rozwoju, nowy język. Oczywiście, było mi przez chwilę przykro, bo zupełnie nie rozumiem uczucia zazdrości. A przez krótką chwilę, miałem takie właśnie przeczucia. Osobiście nie znam uczucia zazdrości, raczej mnie inspirują sukcesy innych. Staram się naśladować dobre i mądre ruchy, zamiast zaklinać czyjeś niepowodzenie. Nie liczyłem na specjalne laury, ale na krótkie gratuluję, może tak. Dostałem mnóstwo gratulacji, przeważnie jednak od obcych mi osób.

A co było impulsem do tego, żebyś zaczął od nowa, żebyś odciął to co robiłeś wcześniej i zaczął grać jazz?

Refleksja. Nad płynącym czasem, oraz szeregiem zawodów i rozczarowań. Instrument nauczył mnie pokory i konsekwencji. Do tego przyłożyłem faktor upływającego czasu. Miałem przekonanie, że źle go pożytkuję. A bardzo chciałem znów poczuć sens tego co robię i decydować o tym, ze wszystkimi konsekwencjami tych decyzji. Od ponad dwudziestu lat param się muzyką, gra mi w głowie na okrągło. Potrzebowałem przewietrzenia, nowego spojrzenia i innego kostiumu.

Wielki autorytet Tomasz Stańko kiedyś zaprosił mnie do swojego mieszkania pokazał imponującą kolekcję butów i powiedział, że dziś prawdziwych jazzmanów już nie ma, tylko dlatego, że jazzmani się nie ubierają, nie idą za modą. Dla Ciebie moda jest chyba ważną częścią wyrazu, to ewenement w tym środowisku wygniecionych koszul i brudnych butów na scenie!

A propos autorytetów, nikt w jazzie nie był tak ubrany jak Miles. I chociaż nie są to w twórczości rzeczy najistotniejsze to jednak istotne. To składa się w całość. Pochodzę z niezamożnej rodziny i szybko nauczyłem się powiedzenia: "ludzi ubogich nie stać na rzeczy tanie". Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że mogę mieć na sobie cokolwiek, ale mam mieć zawsze czyste buty. Boso, ale w ostrogach… I od tego się zaczęło, dlatego od zawsze przywiązywałem wagę na to na co wydaję pieniądze. Uważam, że to jak wychodzę ubrany na scenę, jest, poza kreacją artystyczną, wyrazem szacunku do odbiorcy. Wspomniany Davis wiedział, że trzeba w określony sposób tworzyć elitę. Dla mnie wychodzenie na scenę w podkoszulce i brudnych butach jest nie do przyjęcia. Imponuje mi Nick Cave, który co rano w swoim domu zakłada białą koszulę, marynarkę, czyste buty i idzie do swojego gabinetu pracować. Zdarza mi się często przyjeżdżać do mojego studia odstawionym „w niedzielne” jak się u mnie mówiło, ciuchy. Lubię to i mam gdzieś, co sobie ktoś o tym myśli. Chciałbym się z tego świata zawinąć z fasonem.

A czego nauczyło Cię sięgniecie do jazz, dotknięcie, ten romans?

Wszystko co wydawało mi się, że wiem o muzyce musiałem zweryfikować jeszcze raz. Przepiękna lekcja pokory.

Czy orchidea to zaproszenie do ogrodu, w którym tego jazzu, tych kwiatów będzie jeszcze więcej?


Nie lubię zapeszać. Wierzę trochę w te gusła. Jak pokazuje rzeczywistość, w której żyjemy wszystko się może wydarzyć. Na razie ciągle pielęgnuję orchideę, jest to wszystko we mnie bardzo głęboko i wciąż świeże. Nie umiem o tej płycie zapomnieć. Mam tak po raz pierwszy od dwudziestu lat. To jest moja codzienność, ta płyta w pewnym sensie stała się mną. Natomiast na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa.