Kiedy miałem sześć lub siedem lat, któregoś letniego dnia wdrapałem się na strych mojego rodzinnego domu. Było to tajemnicze i zakazane dzieciom miejsce. Ciemne, pachnące starociami. Podłoga strychu była pokryta grubą warstwą trocin, na ścianie przy wejściu paliła się mała żarówka. Strych – tak mi się wtedy wydawało – był ogromny. Z mroków wyłaniały się pojedyncze sprzęty: fotele z bebechami na wierzchu, czyjeś portrety, duże wiklinowe kosze, sterty porozrzucanych gazet i książek. W jednym ze stosów starych czasopism znalazłem komiks „Salto Śmierci”, sygnowane pieczęcią „Kapitan Żbik”. Był to mój pierwszy przeczytany, „dorosły” komiks w życiu. Bardzo mocno wrył mi się w pamięć. Kiedy wróciłem do niego przed kilkoma laty wydał mi się dość naiwny, ale przeczytałem go znów z chęcią, a kreskę autora serii komiksów o Kapitanie Żbiku, Bogusława Polcha, poznałbym na końcu świata. I kiedy usłyszałem o tym, że Kapitan Żbik ma zagościć na deskach teatru jako bohater musicalu, serce mi zadrżało jak skoczkowi przed saltem śmierci. Czy to się może udać?

Przedstawienie „Kapitan Żbik i żółty saturator” ma prostą fabułę: Kapitan Żbik i Porucznik Ola gonią po całej Warszawie za podstępnym Manfredem Steifem, który w swoją niecną intrygę wplątuje niewinną Kasię, sprzedającą wodę sodową z żółtego saturatora. Obok nich przetacza się cała plejada postaci, mieszkańców Warszawy, którzy spotykają na swojej drodze… saturator.

Najnowsza inscenizacja Syreny to sprawna machina tocząca się w stronę dewizowego finału. Mamy tu znakomicie odtworzone realia PRL-u – dzieło pionu scenograficznego pod wodzą Anny Chadaj (spektakularna wyobraźnia!!!), świetnego reżysera, Wojciecha Kościelniaka, który jest również autorem całości (libretta i świetnych tekstów piosenek), fenomenalną muzykę Mariusza Obijalskiego (z musicalu mogłaby powstać płyta z radiowymi hitami!), wspaniałych muzyków poprowadzonych – jak to w Syrenie – przez mistrza Tomasza Filipczaka oraz zdolnych tancerzy i aktorów. Do tych ostatnich za chwilę wrócę, ale z grona twórców szczególne ukłony należą się Ewelinie Adamskiej-Porczyk, która jest autorką choreografii do spektaklu. Ta artystka, bo patrząc na Jej choreografię, takie określenie nasuwa się samo, sprawiła, że „Kapitan Żbik i żółty saturator” nie zatrzymuje się ani na chwilę. Potrzeba ogromnej wyobraźni, żeby stworzyć – mam wrażenie – setki układów zbiorowych, z których każdy jest inny, każdy osadzony w scenie, każdy mocny. Bardzo wyraźnie widać, że Adamską-Porczyk w przygotowaniu choreografii wspierał Krzysztof Tyszko, który tańczy w spektaklu w zespole na scenie i mocno trzyma cugle wszystkich tancerzy. Jest bardzo sprawny, uważny, osadzony w postaciach, które tworzy i to On jest odnośnikiem do pozostałych osób z zespołu, które tańczą nieprzeciętnie! Rany! Jak oni tańczą! Każde z nich: Kaźmierska, Kierzkowska, Pacocha, Kowalewski, Zawadzki i Ziółek, zasługuje na mistrzowską klasę taneczną.

Wojciech Kościelniak porywając się na teatralną realizację Kapitana Żbika, rzucił się głową w dół, niczym przy salto mortale. Lądowanie ma miękkie, zakończone sukcesem, ale ten skok pod względem dramaturgii nie przysparza silnych emocji. Choć było bardzo blisko. Czego zabrakło? Dramaturga. Ojciec komiksowego Żbika, wybitny rysownik Bogusław Polch, do opracowania przygód Żbika zawsze zatrudniał scenarzystów, którzy zgrabnie układali pomysły rysownika w całość. Może warto było, żeby ojciec musicalowego Żbika, wybitny reżyser Wojciech Kościelniak, zatrudnił do swojej inscenizacji dramaturga, który zbudowałby zgrabną fabułę z suspensem? Brak dramaturga czuć szczególnie w poprowadzeniu głównej postaci: Kapitana Żbika, bo niestety brak Żbika w „Żbiku”.

Wojciech Kościelniak to jeden z najlepszych reżyserów musicali w Polsce. Jego wyobraźnia jest wielka, niemalże nieograniczona – czemu daje wyraz również w tej sztuce. Współpraca z dramaturgami może tylko sprawić, że Jego pomysły będą wprawiały widzów w jeszcze większy zachwyt, a kolejne salto śmierci, które wykona, będzie zapierało dech w piersiach.

Swoją drogą, po premierze dochodzą do mnie głosy w stylu zblazowano-znużonym, że kwartet Kościelniak – Obijalski – Chadaj – Adamska-Porczyk znów odniósł sukces, tak jakby praca tych wybitnych ludzi była bułką z masłem. Tymczasem każdemu z nich należą się najwyższe kulturalne laury oraz głębokie ukłony za ich tytaniczną, twórczą pracę.

„Kapitan Żbik i żółty saturator” to dwugodzinna porcja pysznej zabawy. Jest barwnie, zabawnie, emocjonalnie, czasem nostalgicznie - uczta dla oczu i uszu. I ci wspaniali aktorzy, którzy występują w tym musicalu!!!

Rozplanowanie poszczególnych scen w sztuce, uwypuklenie epizodów, daje możliwość zaprezentowania niewątpliwej klasy aktorów, których reżyser zaprosił do współpracy. Dzięki talentowi literackiemu Kościelniaka i muzycznej maestrii Obijalskiego mogą oni – każde z osobna - zachwycać i porywać publiczność. Zupełnie nieoczekiwanie osią całego spektaklu nie jest Kapitan Żbik, a żółty saturator, a konkretnie Kasia, która go obsługuje, grana przez Barbarę Garstkę. To Ona zaczyna spektakl i Ona go kończy. Jest promykiem tego musicalu. Ma anielski głos, dziewczęcą naiwność, a przy tym dużą śmiałość na scenie. Garstka to aktorka, której się nie zapomina. Jest zachwycająca. Prezentuje nowoczesny typ aktorstwa – prosty, nieprzekombinowany, naturalny. I jaki ma głos! Swoją główną piosenkę śpiewa nutami wydobytymi z trzewi – trudno uwierzyć, że w takim drobniutkim ciele mieści się tak wielki talent i tak mocne głosisko. Barbara Garstka z pobocznej roli zrobiła majstersztyk, wykorzystała swoją szansę do końca. Niezwykle cenię takich aktorów, którzy się nie poddają, nie odpuszczają, dociskają swoją postać, mają ją przemyślaną, a jednocześnie grają z takim luzem, jakby nic ich to nie kosztowało. Syrena ma już dwoje takich aktorów: Barbarę Grastkę i Filipa Cembalę. Co ciekawe, oboje – z wydawałoby się pobocznych ról, stworzyli rdzeń swoich spektakli i zostali narratorami całości.

Niebywale wzruszająca jest Iga Rudnicka, grająca Porucznik Olę – to młodziuteńka aktorka, piękna dziewczyna o zjawiskowym głosie. Jej song – wyznanie niespełnionej miłości do Kapitana Żbika, która miała szansę się ziścić na złotych piaskach bułgarskiej plaży - jest jednym z mocniejszych akcentów spektaklu. Rudnicka w swoją papierową postać tchnęła życie. Ma duży talent i wszystkie warunki ku temu, żeby robić wielkie rzeczy w przyszłości. Michał Juraszek – aktor o niebywale kojącej, aksamitnej barwie głosu – jako taksówkarz Kuba, zakochany w swoim niezawodnym aucie marki Warszawa, wykonuje utwór, który już od jutra mógłby być hitem w największych stacjach radiowych. Anna Terpiłowska, aktorka o niepowtarzanej melancholii w oczach, zamaszyście gra seksowną Marzenę. W swojej piosence łączy zabawę i bezgraniczny smutek związany z odrzuceniem. Tak mistrzowsko mogła zrobić to tylko ona. Marek Grabiniok po fizycznej metamorfozie gra lepkiego koniunkturalistę i z tego powodu nie na darmo śpiewa song o… gumie arabskiej! Tomasz Więcek jako Manfred Steif, oprócz tego, że przywołuje na myśl niezapomniane klimaty enerdowskiej telewizji, świetnie radzi sobie jako zły charakter w spektaklu. A tak na marginesie, jeśli ktoś jeszcze nie znalazł aktora do musicalu o Dawidzie Bowie – to Więcek jest do tego idealny!

No i kolejni. Adrianna Dorociak zmiennością swojej bohaterki buduje intymny nastrój roli, poruszając najczulsze struny u damskiej części publiczności. Fenomenalny jest Krzysztof Żabka jako Wilhelm, a Jego blues o Goofy’m, który ucieka z historyjki obrazkowej z gumy do żucia marki Donald, powala na łopatki. No i jest jeszcze Katarzyna Walczak (na roli z legendarną Barbarą Melzer), która otrzymała od reżysera monolog-prezent, czyli luźno interpretowany fragment „Folwarku zwierzęcego” Orwella. Ta aktorka z roli na rolę zachwyca mnie coraz bardziej. Mam wrażenie, że wreszcie pozwoliła samej sobie na „rozpuszczenie warkoczy” – przewspaniale śpiewa, znakomicie interpretuje. Kiedy mówi tekst o wyzysku jednych przez drugich, o ponurych czasach, do których i my teraz politycznie zmierzamy, jest w niej tak nieskończony lęk, a w oczach taka rozpacz, że nie ma na widowni osoby, która Jej nie wierzy. Jest konstrukcyjnie prawdziwa i magnetyczna.

„Kapitan Żbik i żółty saturator” to kolejne potwierdzenie nieprzeciętnej klasy Teatru Syrena. To spektakl dla dużych i małych, dla tych co znają i pamiętają oraz dla tych, którzy są ciekawi. Feeria radości z drobnymi melancholijnymi przełamaniami. To zachwycający przykład na to, jakie piękne rzeczy zdolni ludzie mogą stworzyć w teatrze. „Żbik” to spektakl z przymrużeniem oka, z wyraźnie zarysowanymi bohaterami i prostą historią. Tak jak przystało na dobry komiks.

  • „Kapitan Żbik i żółty saturator”
  • reż. Wojciech Kościelniak
  • Teatr Syrena w Warszawie
  • Premiera: 29.02. 2020
  • Czas trwania: 150 min. (z 1 przerwą)

---------

Tomasz Sobierajski - socjolog z zawodu i z pasji, badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań i multidyscyplinaroności. Autor kilkunastu książek o sprawach ważnych. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z miłości i warszawianin z wyboru.