Nie da się odziedziczyć talentu. Może się człowiek naoglądać, naczytać, może nasiąkać tym filmowym światem. Trudno, żeby było inaczej, jeśli twoją mamą jest Małgorzata Braunek, a macochą Sophie Marceau. Można mieć pewność, że ojciec jest wybitnym artystą, że własne życie i życie swojej rodziny reżyseruje się jak film. I że to nie jest żadna pieprzona romantyczna komedia. Ale odziedziczyć talentu się nie da.

Tyle wiedziałem przed spotkaniem z Żuławskim. Wiedziałem, że jego pierwszy film, o trzech braciach, którzy mają różne mamy i różne wizje świata, jest o nim samym. Bohater „Chaosu” w wypadku samochodowym zabija dziewczynę, którą kocha. Reżyser nie krył, że nie chce zapomnieć, jak on sam tak właśnie siedział za kierownicą. Drugi film, „Wojna polsko-ruska”, wygrywał festiwale, ale to czyste szaleństwo. Trzeci, „Mowa ptaków”, rozprawia się z mitami polskiej kultury i lękami intliigencji. Ale zanim trafił do kin, wyrzucili go z konkursu w Gdyni, a potem, po politycznej awanturze, postanowili jednak pokazać. Xawery przysłał mi kod. Miałem kilkanaście godzin, żeby obejrzeć „Mowę ptaków”. Widziałem dwa razy. Za pierwszym przegapiłem klucz: w pierwszym kadrze przenikają się trzy twarze: twarz Andrzeja Żuławskiego, który napisał ten scenariusz i przed śmiercią dał go Xaweremu, twarz reżysera i jeszcze twarz aktora, który go gra. Powinienem od tej chwili wiedzieć, że nie da się do tego filmu przykładać narzędzi adekwatnych do realistycznego kina. Ale dałem się złapać. I kiedy nacjonalistyczna młodzież molestuje nauczyciela – lewicowego liberała, myślę sobie, że ci z Gdyni mieli rację, bo to takie przerysowane, takie nieprawdziwe. Dopiero po chwili rozumiem, że to przecież nie jest dokument. Że to groteska. Zaczynamy od „Ferdydurke” i będzie już tylko trudniej.

- Nie wiem, czy wiesz, ale sytuacja z założeniem kubła na głowę nauczycielowi miała miejsce w toruńskiej budowlance kilka lat temu – mówi Xawery, a ja przypominam sobie, że tak właśnie było.

– Ale ten symboliczny plan rozprawy z polskością bardziej do mnie przemawia – nie ustępuję, choć wiem, że rozmowa z artystą o tym, jak rozumieć jego obraz, to kompletna porażka: zaczyna się od „Ferdydurke”, kończy się na „Weselu”, ale pojawia się i „Pan Tadeusz”, i „Dom zły”, część dialogów zbudowana jest na cytatach z różnych poetów...

– Dobrze, że obejrzałeś „Mowę ptaków”, nie wiedząc, czego się spodziewać. – Xawery skręca sobie papierosa w palcach. – Jeśli masz głowę pełną utartych przekonań, stereotypów, to ten film rzeczywiście będzie cię drażnił, bo on nie jest klasyczną fabułą.

– A czym jest?

 - No jest lustrem. Od tego się zaczyna. W kamerze jest zamontowane lustro. Andrzej Jaroszewicz to wykombinował. Kiedy rozmawialiśmy o scenariuszu, o tym, że on odbija rzeczywistość, jest aktywny i współczesny, choć minęło parę lat, odkąd ojciec go napisał... Były tam jakieś didaskalia, ale odpadały, bo w trakcie pracy odbijaliśmy rzeczywistość dzisiejszą. Gdyby ojciec robił ten film, to odbiłaby się zupełnie inna.

Nie chciałem o tym rozmawiać, ale nie wiem, jak tego uniknąć. Kręcę się, bo jak tu żyć, faceci nie lubią przecież porównań z ojcami, trzeba przeczołgać się przez te rytuały przejścia. Czasami to proste, bo ojciec wypuszcza cię na zupełnie inną ścieżkę, ale Xawery wlazł w najgorsze gówno i poszedł mierzyć się z legendą. Z historią kina. A poza tym każdy wie, że stary Żuławski miał charakter. Że się nie cofał. Nawet przed złośnicą Rosati. – No muszę zapytać, po co wlazłeś w te buty po ojcu?

Myślę sobie, czy się wkurzy, ale koleżanki mówiły, że Xawery jest aniołem. Że wszystko robi inaczej niż ojciec. Że dba o rodzinę i o dzieci. Że bierze świat na miękko. Tylko filmy robi tak samo szalone. Nie, nie wkurza się. Zapala tego skręta. Wyciąga grzbiet w fotelu. A to stary fotel jest. Wszystko w tych zespołach filmowych jakby z dekoracji do „Dyrektorów” czy „Czterdziestolatka”.

 - Nigdy nie myślałem, że mogłoby się coś takiego wydarzyć. Ale ojciec to dobrze rozegrał. Miał dwa egzemplarze scenariusza. Jeden dał mi, a drugi producentowi. Zrobił to tuż przed śmiercią. Powiedział: „Przeczytaj albo olej. Rób, jak chcesz”. Nie chciałem. Ale producent chciał. Namówił mnie. Ale film powstał intuicyjnie, spontanicznie. Ja to nazywam wolnością twórczą, nie musisz nikomu tłumaczyć, tylko idziesz po swoje. Ale dialog napisany przez ojca jest najbardziej istotny. Ojciec był intelektualistą, człowiekiem niezwykle oczytanym i to się czuje w scenariuszu. Interpretacja dialogu jest moja. Jestem Polakiem, mam z Polską tysiące interakcji, zdarzeń i przemyśleń i znam całą gamę uczuć, które pojawiają się, kiedy myślimy: Polska. Rozumiem te hermetycznie polskie konteksty. Ludzie wychowani w innych kulturach tego nie zrozumieją. Tłumaczenie „Mowy ptaków” na francuski gubi mnóstwo spraw.

– Chodzi o to, że Francuzi musieliby czytać „Pana Tadeusza”? – pytam. – Rozumieć, że „Dom zły” to metafora stanu wojennego?

- No pomyśl, jak przetłumaczyć „Dziady”, skoro u nich to znaczy to samo co „dziadostwo”. Musiałoby to być opisowo zrobione, włącznie z kontekstem, że to starcie między starym komunistą i młodym człowiekiem. Te konotacje walą po naszych korzeniach intelektualnych, inni tego nie pojmą. Sebastian Fabijański ostatnio dzwoni do mnie i mówi: „Stary, znowu spróbowałem przeczytać ten scenariusz... ja pierdolę, co myśmy odjebali!”.

No tak, myślę, z jednej strony Gombrowicz walczy z gębą polską, z drugiej Witkacy i eksplozja wolności w sztuce, z trzeciej nacjonaliści, którzy chcą, żeby było tak, jak było, nie mają refleksji, tylko uczą się na pamięć patriotycznych formuł. A do tego napad na bank, rozpadające się ciało trędowatego, płonąca czerwona Warszawa, chocholi taniec na grobach i piękna miłosna piosenka.

A jednak to wszystko jakoś trwa.

– Ale w jakim sensie trwa? – pyta Xawery.

– No nie rozpada się, trwa i to chyba jest jakiś cud.

- Myślę, że wybawieniem dla Polski byłoby uznanie tej naszej różnorodności za wartość. Nie wiem, po co my z tym walczymy. Jesteśmy różni po prostu i już.

– Ale kiedy mówisz o lękach polskich, to mówisz o jego lękach, bo to jego scenariusz, czy o swoich?

Xawery myśli chwilę. Tamten papieros to już przeszłość. Zwija nowego.

– Ja też nie wiem – uśmiecha się. No jest aniołem. Nie ma dwóch zdań. – Ja jestem przeciwnikiem tego, żeby pytać artystów, jak odbierać ich sztukę, bo to jest kwestia kompetencji odbiorcy i każdy z nas będzie to odczytywał inaczej, ale nie spodziewam się, żeby koledzy z ruchu ONR się w tym obrazie odnaleźli.

- Ja bym wolał, żeby tego nie oglądali. Na plakacie mamy nawet takie ostrzeżenie „To nie jest film dla ciebie”. (śmiech) Ludzie, którzy nie czytają, nie zrozumieją. Matura to jest poziom basic, który jest wymagany do tego filmu. Ojciec tak to wymyślił.

– A ty mogłeś uniknąć tego mierzenia się z ojcem? Zostać kierowcą rajdowym?

– Nie mogłem właśnie, przez to, że się wychowałem w takim, a nie innym domu. Mama była aktorką, jedną z najpiękniejszych kobiet tych czasów. Ikona. Ojciec, niedościgniony artysta, mieszkający w Paryżu, wiesz...

– Wiem, kręcił filmy z najsłynniejszymi gwiazdami i stawiał je w sytuacjach, w których żaden inny reżyser nie odważył się ich postawić.

- Ojciec uważał, że dzieci nie mają wstępu do jego świata, chciał nas chronić przed wariactwem tej sytuacji... Ale ja uważałem, że to fascynujące. Naprawdę przemyślałem, czy chcę być pilotem, czy kierowcą ciężarówki, i zrozumiałem, że chcę robić filmy.

– Już jako dziecko, w Afryce, byłeś jedynym białym w przedszkolu, umiesz być na widoku. I na widelcu.

– No tak... moja rodzina nie jest anonimowa od pokoleń i brzemię tego nazwiska dostałem, bo urodziłem się w takiej, a nie innej rodzinie. I jaki wybór? Albo poniesiesz to godnie, albo co?

– Musisz dużo czytać od dziecka. (śmiech)

- Na szczęście wychowywałem się w czasach, gdy nie było wszystkich tych rozrywek fantastycznych i było dużo długich, pustych godzin i dni, mogłem czytać, czytać, czytać, czytać... I właściwie do studiów bardzo dużo czytałem. Po studiach niestety książki zaczęły odpływać i teraz czytam tylko, kiedy ktoś mi powie „przeczytaj to”.

– No właśnie. Czyj jest ten film? Cały twój?

- ...jest wspólny. Po części ojca, po części mój, a po części Sebastiana Fabijańskiego, który bardzo dużo tam dał siebie. To bardzo trudne dialogi przecież. W chwili, kiedy dialog się inscenizuje, kiedy aktorzy zaczynają go czytać, mówić nim, to tworzy się jakaś wspólnota, coś ponad nami, i nagle rozumiemy, że trzeba inaczej. I ktoś mówi wreszcie: „Weź, kurwa, jebnij tym dialogiem, że ja pierdolę!”. I następny też zaczyna iść mocno. I dopiero jak to się zaczęło nakręcać, uznaliśmy, że to jest dobra temperatura. Ja to nazywam też surfowaniem. Kiedy złapiesz dobrą falę, to wiesz, że złapałeś dobrą falę, to już nikt ci nie musi tego tłumaczyć.

– Scena w kwiaciarni ma dobrą falę. Bo to jest też film o miłości.

– Byłby bardzo o miłości, gdyby robił go mój ojciec.

– Ale miłość musi wygrać, a jednak jest to film. Wszystko, co się dzieje, dzieje się z miłości. Z miłości do kraju, z miłości do...

– ...sztuki.

– Z miłości do kobiet, do mężczyzn i do lotnictwa. Z miłości do ojca trochę też?

– Też. I miłość ojca do syna, bo przecież dał mi ten tekst. Trochę jego ostatnie słowo.

– Nie wiedziałem... nikt o tym nie wie, nie opowiadałeś o tym, że napisałeś zakończenie.

– Jest też, powiem ci, najistotniejsza rzecz, że oni powiedzieli dialog z filmu, ale to, dokąd ten film poszedł. Bo w tych wszystkich odbiciach, od których się zaczyna, Fabijański gra właściwie ojca w młodości. Ale gdy gra reżysera w zakończeniu, to przecież jest tak, że gra mnie.

– A więc to jest film o nieśmiertelności?

- Tak. O nieśmiertelności ducha, sztuki, filmu.

Czuję, że to mam, że na taki wywiad to niezła puenta. Bartek pokazuje mi zegarek. Drewniany ma. Kto, kurwa, nosi drewniane zegarki?! No ale ma rację, widzę, że na zdjęcia zostało nam piętnaście minut, musimy iść, znaleźć w tym rozpiździaju jakieś miejsce, które będzie pasować do Xawerego. Do tej jego wyrazistej, nienachalnej, męskiej urody. Ale nie mogę jeszcze skończyć, bo coś mi nie gra. Xawery wstaje. Mamy wychodzić, ale wtedy mam. Wiem.

– No ale przecież wszyscy tańczą na grobach! Dyryguje nimi trup, to jaka to nieśmiertelność.

– No co ty gadasz? – uśmiecha się Xawery. – Jaki trup. Przecież on właśnie zmartwychwstał. On jest, kurwa, nieśmiertelny.