Muszę przyznać, że powstała przed ponad wiekiem koncepcja narodowych pawilonów sztuki, umiejscowionych w I Giardini, czyli dużym parku położonym w południowo-zachodniej Wenecji, trochę mnie śmieszy. Pomimo tego, że rozumiem założenia świetnego pomysłu sprzed lat, kiedy stworzono miejsce, mające na celu możliwość zaprezentowania państwom z całego świata swojego dorobku artystycznego. W tym celu w I Giardini wybudowano kilkadziesiąt pawilonów narodowych, które co dwa lata wypełniane są sztuką z danego kraju. W dzisiejszych, zglobalizowanych czasach, w których artyści są kosmopolitami, przywiązywanie się do sztuki narodowej jest co najmniej zabawne. A same pawilony, które są zazwyczaj zamknięte do wewnątrz ze swoimi ekspozycjami, przypominają bardziej grobowce sztuki niż jej świątynie. Ciekawe jest też samo ułożenie pawilonów, odwzorowujące dawny i dzisiejszy system geopolityczny: pawilon rosyjski znajduje się w bezpiecznej odległości od amerykańskiego, a monumentalne pawilony: niemiecki, francuski i brytyjski stoją na bokach jednego kwadratu, tak jakby nieustannie namawiały się, co tym razem zbroić światu. Ale i tak już od kilku edycji, najciekawszymi miejscami są pawilony wspólne, w których wystawiają swoje prace artyści z całego świata, czyli pawilon La Biennale i Arsenal.

Tegoroczna edycja jest jakby na przekór przewodniemu hasłu. Trudno było odnieść wrażenie, odwiedzając kolejne, narodowe pawilony, że nasze czasy są jakoś szczególnie ciekawsze od minionych. Albo inaczej: czasy białego, bogatego człowieka z Północy, któremu nadal wydaje się, że rozdaje karty na świecie – również w obszarze sztuki - są nudne jak flaki z olejem. Dostajemy bowiem w pawilonach państw Zachodu raczej niestrawną, wtórną porcję sztuki. Mamy tu np. zachowawczą instalację w pawilonie holenderskim; udającą, że nic się nie dzieje wystawę w pawilonie węgierskim; kuriozalną instalację, jak po zrzuceniu bomby na Downton Abbey propozycję brytyjską; całkowicie zmarnowaną w pomyśle wystawę w pawilonie skandynawskim; zatrzymaną w czasie i pseudomonumentalności pracę Amerykanów czy jak zawsze oszałamiającą przepychem, ale i zarazem nieznośną z tego samego powodu propozycję rosyjską. W tej grupie niezwykle mocno wyróżniała się instalacja francuska, przedstawiona przez Laure Prouvost, odwołująca się do skutecznie i sukcesywnie niszczonej przez nas Ziemi, fascynująca praca w polskim pawilonie z rzeźbą-instalacją Romana Stańczaka (choć, nie tylko w moim sercu, na stałe zagościła projekcja filmowa C.T. Jaspera i Joanny Malinowskiej „Halka/Haiti” z Biennale 2015 roku, przedstawiająca wystawienie Halki Stanisława Moniuszki w małej wiosce na Haiti), czy fenomenalna wystawa prac Renate Bertlmann, z wyjątkowym ogrodem różanym i przejmującymi zdjęciami, zaprezentowana przez Austriaków.

Ale to, co robiło największe wrażenie na zwiedzających, poruszało, dotykało, niepokoiło (a taki jest również cel sztuk wizualnych) było dalekie geograficznie od zachodniego świata. Tętniący dźwiękami salsy pawilon brazylijski z przedstawieniem swinhuerry, która jest nie tylko rodzajem tańca, ale też formą prezentacji siły, pełen niepokoju pawilon wenezuelski, klarowny pawilon urugwajski czy przedstawione w Arsenalu prace twórców z Afryki, jak chociażby znakomite obrazy Michaela Armitage.

Jednak kiedy szedłem przez rozciągnięty do granic możliwości w tym roku Arsenal, który stanowi od kilku edycji silną konkurencję do I Giardini, z nagromadzoną w nim nieskończoną liczbą rzeźb, obrazów i zdjęć, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że większość artystów naśladuje mojego ulubionego, legendarnego Jeffa Koonsa. Nowojorska pieczęć kuratora Rugoffa mocno odbiła się na tej części Biennale. Niezależnie od tego, czy były to fotografie Martine Gutierrez, stalowe rzeźby Nike autorstwa Carol Bove, czy rzeźby Idana Zareskiego to artystyczny duch Koonsa spowijał te wszystkie prace.

Ale na Biennale w tym roku jest też mnóstwo perełek, zachwycających dzieł, które na zawsze zostaną na mojej siatkówce i to głównie za sprawą artystów azjatyckich. Na szczególną uwagę zasługuje przewspaniała instalacja Ryoji Ikedy na końcu Arsenalu czy robot uwięziony w klatce przez Sun Yuan i Peng Yu w pawilonie międzynarodowym. O ile większość pozostałych prac wskazywała na wielkość człowieka, jego mądrość, przebiegłość i… niszczycielską moc, o tyle te dwa dzieła sprowadzają zwiedzających do parteru, pokazując naszą „nieznaczność” wobec kosmosu i obnażając naszą małość wobec tych, którzy są inni od nas.

Wystawa Biennale Arte 2019 trwa w Wenecji do 24 listopada 2019 roku.