Kolejna osoba zajrzała do sali, dając do zrozumienia, że najwyższy czas kończyć spotkanie. Godzina minęła niezauważenie. Na finiszu rzuciłem jeszcze pytanie innego kalibru. Pytać mistrza dźwięków, perfekcjonistę słowa o znaczenie mody zakrawało na bluźnierstwo. Bohater bez oporów jednak podjął temat. Po kilku słowach odpowiedzi zrozumiałem, że i w błahej zdawałoby się materii potrafi być znawcą. Moglibyśmy właściwie zacząć kolejny, zupełnie inny wywiad. Choć faceci podobno nie rozmawiają o ciuchach. Kilka akapitów dalej zauważycie, że mogą rozmawiać o wszystkim. Pod warunkiem, że jeden z nich nazywa się Waglewski. Wojciech Waglewski.

Kiedy jest szansa porozmawiać z kimś, kogo cenisz, podziwiasz, znasz jego dokonania i pozycję wypracowaną jakością, doświadczeniem, nie tylko scenicznym, ale i ludzkim, życiowym to nawet jako dziennikarz z praktyką się spalasz. Chcesz być partnerem do rozmowy, starasz się za bardzo i wtedy kontakt z rozmówcą zaczyna być nieprawdziwy, utrudniony.

Wojciech Waglewski też nie ułatwia sprawy. Nie otwiera się w trzy sekundy. Nie jest łatwym rozmówcą. Nie patrzy ci w oczy. Słucha i słyszy, rzeczowo odpowiada, ale jest jakby obok. Ponad. To precyzyjniejsze określenie. Patrzy gdzieś daleko, poza horyzont. Jakby szukał i dostrzegał gdzieś dalej, poza tym wszystkim co widoczne od razu. Może dlatego mówi mądrze jak niewielu dziś potrafi. Zwłaszcza w słowach jego piosenek można to usłyszeć. Gdy ma czas, a podobno dużo czasu mieć musi, by je dopracować, poskracać, pozbawić zbędnych znaczeń, głosek, uprościć do bólu, który później tak mocno przejmuje słuchacza. Nikt tak jak on nie potrafi opowiedzieć historii tak dosadnie, wprost i prosto.

Pracowałem już z mikrofonem wiele lat, zdobyłem się na odwagę i podszedłem z operatorem z prośbą o setkę. Tak w telewizyjnym żargonie mówi się na krótką wypowiedź. By ją uzyskać najpierw trzeba rzecz jasna poprosić, no a potem zadać pytanie. Ta obawa, że nie zainteresujesz nim rozmówcy, zwłaszcza takiego jest paraliżująca. Pierwszy raz rozmawiałem z Waglewskim na jakimś czerwono-dywanowym, nobliwym wydarzeniu. Trzy minuty. By porozmawiać dłużej musiałem jechać do Bielska Białej. Na zadymkę jazzową. Grali tam z Voo Voo. Pojechałem. Ciemna noc. Odczuwalne minus dwadzieścia. Namiot rozstawiony na zewnątrz. Rozpalone ognisko by się ludzie mogli ogrzać. Przygotowaliśmy kamery i czekaliśmy. Stanął obok. Twarz oświetlona płomieniami, jakbym z wodzem indiańskim rozmawiał. Szamanem jakimś. Słowa, też padły magiczne, brzmią mi do dziś. Rozmawialiśmy o partnerstwie i rodzicielstwie pod muzyki pretekstem. Całe dwadzieścia minut. A potem roznieśli ten namiot. Wypełnili potężną energią, mistyczną. Poczułem fenomen ich grania. Koncert przejmujący bardziej niż mróz.

Nie miałbym odwagi by go na łamy Elle MANa zaprosić. Marta Wojtal – fotograf zadzwoniła ze robi sesję z zespołem, dla wydawnictwa i że może byśmy przy okazji chcieli zrobić mu zdjęcia do magazynu. Podesłała numer do managera, konkretny, ale i życzliwy facet brzmiał w słuchawce. Omówiliśmy detale. O styliście nie było mowy. Wojtek ubiera się sam. Ma świadome podejście do ubierania się. Z Berlina przywozi swój styl - usłyszałem. Dzień przed wywiadem poszedłem jeszcze na prezentacje najnowszej płyty „Za niebawem”. By tę muzykę odsłuchać na super sprzęcie, może przełamać towarzyskie lody.

Aleje Ujazdowskie. Mieszkanie na czwartym piętrze przystosowane do słuchania muzyki i spotkań z dziennikarzami. Studio U22 z trudem pomieściło ponad setkę chętnych na spotkanie z Waglewskim. Poznanie produkcji i szczegółów jej tworzenia. Byłem przygotowany. Nie na to jednak, że nazajutrz, na dzień dobry Pan Waglewski zaproponuje przejście na „ty”. Wojtek.  I że będę miał dużo czasu na rozmowę. To są zalety prasy. Zapis wywiadu zajął 19 stron. Dużo za dużo do magazynu. Moje pytania wyrzuciłem. By zrobić więcej miejsca dla mistrza. Nie tylko muzyki. Myślenia, oglądu świata, słowa. Czas i przestrzeń dla autorytetu. Wszelkie niszczy się w kraju. Niech wybrzmią tu.

Wojciech Waglewski: O tym, czy ubrania są ważne

Ubrania są bardzo ważne. Jestem obserwatorem i zwracam na to uwagę. Styl w modzie porównałbym do poszukiwania własnego języka w muzyce. Tymczasem zauważam, że w Polsce, ludzie nawet posiadający pieniądze ubierają się bardzo źle. Widać to na wszystkich tak zwanych ściankach. Akceptują to, co „wypada” nosić, bo jest niby modne. Nie lubię ogólnych informacji, że w tym roku modny będzie kolor czerwony, albo że granatowy będzie „nowym czarnym”, że będziemy słuchać Anny Marii Jopek i Dawida Podsiadło. Dlatego wielu celebrytów czuje się w obowiązku zaprezentować z nową torebką Gucciego, żeby pokazać jacy są światowi. Generalnie - słabo. Stosuję zasadę, którą wbiłem sobie do głowy i jest oznaką dobrego smaku a przy tym jest bezpieczna. To zasada trzech kolorów. Staram się żeby jej nie przekraczać. Staram się żeby ubrania były dopasowane do mojej figury. Podstawą ubierania się jest jednak figura. Poza tym, cóż, ikony rocka oprócz manifestów, uosabiały też jakiś estetyczny sposób bycia. Mam ulubionych krawców: Balanciaga, Rick Owens i mam też ulubione sklepy w Berlinie. Odwiedzam je co jakiś czas.

Wojciech Waglewski: O tym, dlaczego pisze piosenki

Ja po prostu jestem w nałogu. Nie dodawałbym do tego żadnej gęby. Robię to, co umiem. Teoretycznie jestem socjologiem, magistrem i tak dalej. Paru rzeczy próbowałem, na przykład pisać bajki dla dzieci. To była totalna porażka. Na szczęście Wojtek Bonowicz, w porę mnie przestrzegł przed upadkiem. Więc jedyne, co umiem robić naprawdę, to grać. Specjalnie nie przepadam za przebojami, choć niektóre piosenki wspominam z czułością, bo nam przypominają młodość. Jest taka piosenka „Child in Time” Deep Purple, o której powiedziałem kiedyś głośno, że to bardzo ładna piosenka, ale znacznie ładniejsza byłaby po włosku, ponieważ ma w sobie operowy patos i wzruszać się przy niej może tylko nastolatek. Ale nie dorosły facet. Dostałem straszne bęcki. Chcę uniknąć takich porównań, więc wybrałem taką formę uprawiania muzyki, która polega przede wszystkim na poszukiwaniu własnego języka. Mówię często, że gramy jak żaden zespół na świecie, ale to nie jest wartościujące. To nie znaczy, że najlepiej, choć niektórzy tak to odbierają, nazywając mnie poniekąd słusznie bufonem. Konsekwentnie szukamy własnego języka. Riffy, które gramy z Mateuszem są nasze. Mamy własny sposób artykułowania, czy sposób pracy z sekcją. Znalezienie własnego języka to klucz do sukcesu. W muzyce, w modzie, w życiu. Wszyscy moi mistrzowie tak postępowali. I Miles, i Tomek Stańko. Jeśli znajdziesz swój język, osiągniesz nieśmiertelność w muzyce. W muzyce mody niszczą oryginalność. To co jest trendy, to zwykle totalna kicha. Odbiera muzyce emocje. Teraz w muzyce popowej kompresja jest tym zabójczym trendem. Powoduje, że przez całe te trzy minuty emisji, od pierwszego do ostatniego dźwięku jest ta sama dynamika. Na kilkudziesięciu płytach, które nagraliśmy, kilka piosenek przetrwało próbę czasu. Młodzi ludzie przychodzą na nasze koncerty i estetyka, w której się poruszamy, pewnego typu niezłomność, do nich trafia. Może będą sami grać, może to rozwiną? Pojmuję uprawianie tego zawodu w kategoriach tradycyjnych. Jest mistrz i uczeń. Sam całe życie miałem mistrzów. Podglądałem Niemena, Stańkę, Hołdysa. Taka postawa pozwoliła z jednej strony na fantastyczne poczucie kontynuacji pewnego języka, posiadanie korzeni, kultury grania, z której się wyrosło, a z drugiej sprowokowała do poszukiwań. Żeby zagrać inaczej niż mistrz. Podoba mi się taka ciągłość i wiem, że mam kontynuatorów.

Wojciech Waglewski: O pozornej prostocie słów

Praca nad językiem to ogromny wysiłek. Piosenka kieruje się innymi prawami niż poezja. Są oczywiście artyści, którzy fantastycznie interpretują poezję, ale piosenka, zwłaszcza w muzyce rockowej, musi się opierać na prostym przekazie. Najbardziej mozolne w mojej pracy jest upraszczanie tego, co napisałem w pierwszej wersji, wyrzucanie rzeczy niepotrzebnych. Na przykład z myśli o śmierci na płycie „Snopowiązałka”, drugiej płycie w naszej historii, pozostały słowa: „już niedługo nic po nas nie zostanie, pomachamy sobie”. Unikam jak mogę w tekstach publicystyki, bo to ma krótki żywot. Wyjątkiem była piosenka "Nie spać" nagrana przed wyborami, w które się zaangażowałem, żeby SLD nie wróciło do władzy. Zdarza się, że teksty nabierają znaczenia politycznego niezależnie od naszej woli. "Się poruszam" z nowej płyty został napisany w marcu, start singla nastąpił w dniu po zamachu na prezydenta Gdańska, a to tekst o tym, że jesteśmy narodem mocno poróżnionym od czasów rozbiorów i to, co się teraz w sumie dzieje między nami nie jest nowe. I że to napięcie źle się skończy.  Kiedy prezydent Gdańska niestety zmarł, natychmiast piosenkę zdjęliśmy z anteny. Tekst nabrał zupełnie innego znaczenia. Utwór o uchodźcach jest napisany z potrzeby obnażenia hipokryzji. Okażemy miłość bliźniego, ale pod warunkiem, że nie będziemy się nim zajmować. Ja nie wierzę, że jesteśmy narodem hipokrytów, bo akcje takie jak "Wielka Orkiestra" dowodzą, że stać nas na wielką mobilizację. Wierzę, że ta papka medialną może spowodować tragedię. Są ludzie, którzy zabijają na tym kasę a przecież niechęć do innych gdzieś tam w nas drzemie.

Wojciech Waglewski: O braku autorytetów

Podziały między nami są tak głębokie, że przywrócić autorytety nie będzie łatwo. Są ludzie, którzy wierzą w zamach w Smoleńsku, albo wierzą, że Owsiak oszukuje, mimo, że jest najbardziej kontrolowanym człowiekiem na świecie i gdyby władza znalazła przy nim choćby 5 zł. schowane w skarpetce, to by siedział. Przekonanie jednej strony przez drugą chyba nie jest możliwe. Mówisz o sprawach, które wydają ci się oczywiste, racjonalne i do sprawdzenia, a druga osoba mówi, że ty po prostu oglądasz inne media i twój obraz świata jest fałszywy. Doszło już do tego, że bliskie mi osoby, pytają czy dla mnie Wałęsa jest jeszcze bohaterem. A przecież w momencie, gdy Wałęsa trzymał ten swój długopis i podpisywał, to razem płakaliśmy jak bobry. Dziś zaczynają myśleć, mówić jakbyśmy tego nigdy nie przeżyli, razem wspólnie, solidarnie. To jest bardzo głęboki podział i media się do niego przyczyniły. Nigdzie za granicą nie ma aż tylu całodobowych programów informacyjnych, co w Polsce. Dyskusje z politykami polegają na tym, że sześć osób mówi równocześnie, na poziomie takiego chamstwa, że w każdej normalnej sytuacji prowadzący dostałby czerwone światło, kartkę i kopa w tyłek. Mówimy o upadku autorytetów, ale następuje też totalny upadek obyczajów. Jeśli każdy z nas zrobi sobie rachunek sumienia i spojrzy w historię tego, co widział w ostatnim tygodniu, to okaże się, że przynajmniej połowę czasu słuchaliśmy, kto kogo kopnął, czy zaorał. Nie interesuje nas, że Janek Peszek zagrał z Anną Polony w rewelacyjnym spektaklu. Sztuka interesuje nas pod warunkiem, że ma wymiar sportowy. Oscary oglądamy na przykład.

CZYTAJ DALEJ na kolejnej stronie >>>