Kolejna osoba zajrzała do sali, dając do zrozumienia, że najwyższy czas kończyć spotkanie. Godzina minęła niezauważenie. Na finiszu rzuciłem jeszcze pytanie innego kalibru. Pytać mistrza dźwięków, perfekcjonistę słowa o znaczenie mody zakrawało na bluźnierstwo. Bohater bez oporów jednak podjął temat. Po kilku słowach odpowiedzi zrozumiałem, że i w błahej zdawałoby się materii potrafi być znawcą. Moglibyśmy właściwie zacząć kolejny, zupełnie inny wywiad. Choć faceci podobno nie rozmawiają o ciuchach. Kilka akapitów dalej zauważycie, że mogą rozmawiać o wszystkim. Pod warunkiem, że jeden z nich nazywa się Waglewski. Wojciech Waglewski.

Kiedy jest szansa porozmawiać z kimś, kogo cenisz, podziwiasz, znasz jego dokonania i pozycję wypracowaną jakością, doświadczeniem, nie tylko scenicznym, ale i ludzkim, życiowym to nawet jako dziennikarz z praktyką się spalasz. Chcesz być partnerem do rozmowy, starasz się za bardzo i wtedy kontakt z rozmówcą zaczyna być nieprawdziwy, utrudniony.

Wojciech Waglewski też nie ułatwia sprawy. Nie otwiera się w trzy sekundy. Nie jest łatwym rozmówcą. Nie patrzy ci w oczy. Słucha i słyszy, rzeczowo odpowiada, ale jest jakby obok. Ponad. To precyzyjniejsze określenie. Patrzy gdzieś daleko, poza horyzont. Jakby szukał i dostrzegał gdzieś dalej, poza tym wszystkim co widoczne od razu. Może dlatego mówi mądrze jak niewielu dziś potrafi. Zwłaszcza w słowach jego piosenek można to usłyszeć. Gdy ma czas, a podobno dużo czasu mieć musi, by je dopracować, poskracać, pozbawić zbędnych znaczeń, głosek, uprościć do bólu, który później tak mocno przejmuje słuchacza. Nikt tak jak on nie potrafi opowiedzieć historii tak dosadnie, wprost i prosto.

Pracowałem już z mikrofonem wiele lat, zdobyłem się na odwagę i podszedłem z operatorem z prośbą o setkę. Tak w telewizyjnym żargonie mówi się na krótką wypowiedź. By ją uzyskać najpierw trzeba rzecz jasna poprosić, no a potem zadać pytanie. Ta obawa, że nie zainteresujesz nim rozmówcy, zwłaszcza takiego jest paraliżująca. Pierwszy raz rozmawiałem z Waglewskim na jakimś czerwono-dywanowym, nobliwym wydarzeniu. Trzy minuty. By porozmawiać dłużej musiałem jechać do Bielska Białej. Na zadymkę jazzową. Grali tam z Voo Voo. Pojechałem. Ciemna noc. Odczuwalne minus dwadzieścia. Namiot rozstawiony na zewnątrz. Rozpalone ognisko by się ludzie mogli ogrzać. Przygotowaliśmy kamery i czekaliśmy. Stanął obok. Twarz oświetlona płomieniami, jakbym z wodzem indiańskim rozmawiał. Szamanem jakimś. Słowa, też padły magiczne, brzmią mi do dziś. Rozmawialiśmy o partnerstwie i rodzicielstwie pod muzyki pretekstem. Całe dwadzieścia minut. A potem roznieśli ten namiot. Wypełnili potężną energią, mistyczną. Poczułem fenomen ich grania. Koncert przejmujący bardziej niż mróz.

Nie miałbym odwagi by go na łamy Elle MANa zaprosić. Marta Wojtal – fotograf zadzwoniła ze robi sesję z zespołem, dla wydawnictwa i że może byśmy przy okazji chcieli zrobić mu zdjęcia do magazynu. Podesłała numer do managera, konkretny, ale i życzliwy facet brzmiał w słuchawce. Omówiliśmy detale. O styliście nie było mowy. Wojtek ubiera się sam. Ma świadome podejście do ubierania się. Z Berlina przywozi swój styl - usłyszałem. Dzień przed wywiadem poszedłem jeszcze na prezentacje najnowszej płyty „Za niebawem”. By tę muzykę odsłuchać na super sprzęcie, może przełamać towarzyskie lody.

Aleje Ujazdowskie. Mieszkanie na czwartym piętrze przystosowane do słuchania muzyki i spotkań z dziennikarzami. Studio U22 z trudem pomieściło ponad setkę chętnych na spotkanie z Waglewskim. Poznanie produkcji i szczegółów jej tworzenia. Byłem przygotowany. Nie na to jednak, że nazajutrz, na dzień dobry Pan Waglewski zaproponuje przejście na „ty”. Wojtek.  I że będę miał dużo czasu na rozmowę. To są zalety prasy. Zapis wywiadu zajął 19 stron. Dużo za dużo do magazynu. Moje pytania wyrzuciłem. By zrobić więcej miejsca dla mistrza. Nie tylko muzyki. Myślenia, oglądu świata, słowa. Czas i przestrzeń dla autorytetu. Wszelkie niszczy się w kraju. Niech wybrzmią tu.

Wojciech Waglewski: O tym, czy ubrania są ważne

Ubrania są bardzo ważne. Jestem obserwatorem i zwracam na to uwagę. Styl w modzie porównałbym do poszukiwania własnego języka w muzyce. Tymczasem zauważam, że w Polsce, ludzie nawet posiadający pieniądze ubierają się bardzo źle. Widać to na wszystkich tak zwanych ściankach. Akceptują to, co „wypada” nosić, bo jest niby modne. Nie lubię ogólnych informacji, że w tym roku modny będzie kolor czerwony, albo że granatowy będzie „nowym czarnym”, że będziemy słuchać Anny Marii Jopek i Dawida Podsiadło. Dlatego wielu celebrytów czuje się w obowiązku zaprezentować z nową torebką Gucciego, żeby pokazać jacy są światowi. Generalnie - słabo. Stosuję zasadę, którą wbiłem sobie do głowy i jest oznaką dobrego smaku a przy tym jest bezpieczna. To zasada trzech kolorów. Staram się żeby jej nie przekraczać. Staram się żeby ubrania były dopasowane do mojej figury. Podstawą ubierania się jest jednak figura. Poza tym, cóż, ikony rocka oprócz manifestów, uosabiały też jakiś estetyczny sposób bycia. Mam ulubionych krawców: Balanciaga, Rick Owens i mam też ulubione sklepy w Berlinie. Odwiedzam je co jakiś czas.

Wojciech Waglewski: O tym, dlaczego pisze piosenki

Ja po prostu jestem w nałogu. Nie dodawałbym do tego żadnej gęby. Robię to, co umiem. Teoretycznie jestem socjologiem, magistrem i tak dalej. Paru rzeczy próbowałem, na przykład pisać bajki dla dzieci. To była totalna porażka. Na szczęście Wojtek Bonowicz, w porę mnie przestrzegł przed upadkiem. Więc jedyne, co umiem robić naprawdę, to grać. Specjalnie nie przepadam za przebojami, choć niektóre piosenki wspominam z czułością, bo nam przypominają młodość. Jest taka piosenka „Child in Time” Deep Purple, o której powiedziałem kiedyś głośno, że to bardzo ładna piosenka, ale znacznie ładniejsza byłaby po włosku, ponieważ ma w sobie operowy patos i wzruszać się przy niej może tylko nastolatek. Ale nie dorosły facet. Dostałem straszne bęcki. Chcę uniknąć takich porównań, więc wybrałem taką formę uprawiania muzyki, która polega przede wszystkim na poszukiwaniu własnego języka. Mówię często, że gramy jak żaden zespół na świecie, ale to nie jest wartościujące. To nie znaczy, że najlepiej, choć niektórzy tak to odbierają, nazywając mnie poniekąd słusznie bufonem. Konsekwentnie szukamy własnego języka. Riffy, które gramy z Mateuszem są nasze. Mamy własny sposób artykułowania, czy sposób pracy z sekcją. Znalezienie własnego języka to klucz do sukcesu. W muzyce, w modzie, w życiu. Wszyscy moi mistrzowie tak postępowali. I Miles, i Tomek Stańko. Jeśli znajdziesz swój język, osiągniesz nieśmiertelność w muzyce. W muzyce mody niszczą oryginalność. To co jest trendy, to zwykle totalna kicha. Odbiera muzyce emocje. Teraz w muzyce popowej kompresja jest tym zabójczym trendem. Powoduje, że przez całe te trzy minuty emisji, od pierwszego do ostatniego dźwięku jest ta sama dynamika. Na kilkudziesięciu płytach, które nagraliśmy, kilka piosenek przetrwało próbę czasu. Młodzi ludzie przychodzą na nasze koncerty i estetyka, w której się poruszamy, pewnego typu niezłomność, do nich trafia. Może będą sami grać, może to rozwiną? Pojmuję uprawianie tego zawodu w kategoriach tradycyjnych. Jest mistrz i uczeń. Sam całe życie miałem mistrzów. Podglądałem Niemena, Stańkę, Hołdysa. Taka postawa pozwoliła z jednej strony na fantastyczne poczucie kontynuacji pewnego języka, posiadanie korzeni, kultury grania, z której się wyrosło, a z drugiej sprowokowała do poszukiwań. Żeby zagrać inaczej niż mistrz. Podoba mi się taka ciągłość i wiem, że mam kontynuatorów.

Wojciech Waglewski: O pozornej prostocie słów

Praca nad językiem to ogromny wysiłek. Piosenka kieruje się innymi prawami niż poezja. Są oczywiście artyści, którzy fantastycznie interpretują poezję, ale piosenka, zwłaszcza w muzyce rockowej, musi się opierać na prostym przekazie. Najbardziej mozolne w mojej pracy jest upraszczanie tego, co napisałem w pierwszej wersji, wyrzucanie rzeczy niepotrzebnych. Na przykład z myśli o śmierci na płycie „Snopowiązałka”, drugiej płycie w naszej historii, pozostały słowa: „już niedługo nic po nas nie zostanie, pomachamy sobie”. Unikam jak mogę w tekstach publicystyki, bo to ma krótki żywot. Wyjątkiem była piosenka "Nie spać" nagrana przed wyborami, w które się zaangażowałem, żeby SLD nie wróciło do władzy. Zdarza się, że teksty nabierają znaczenia politycznego niezależnie od naszej woli. "Się poruszam" z nowej płyty został napisany w marcu, start singla nastąpił w dniu po zamachu na prezydenta Gdańska, a to tekst o tym, że jesteśmy narodem mocno poróżnionym od czasów rozbiorów i to, co się teraz w sumie dzieje między nami nie jest nowe. I że to napięcie źle się skończy.  Kiedy prezydent Gdańska niestety zmarł, natychmiast piosenkę zdjęliśmy z anteny. Tekst nabrał zupełnie innego znaczenia. Utwór o uchodźcach jest napisany z potrzeby obnażenia hipokryzji. Okażemy miłość bliźniego, ale pod warunkiem, że nie będziemy się nim zajmować. Ja nie wierzę, że jesteśmy narodem hipokrytów, bo akcje takie jak "Wielka Orkiestra" dowodzą, że stać nas na wielką mobilizację. Wierzę, że ta papka medialną może spowodować tragedię. Są ludzie, którzy zabijają na tym kasę a przecież niechęć do innych gdzieś tam w nas drzemie.

Wojciech Waglewski: O braku autorytetów

Podziały między nami są tak głębokie, że przywrócić autorytety nie będzie łatwo. Są ludzie, którzy wierzą w zamach w Smoleńsku, albo wierzą, że Owsiak oszukuje, mimo, że jest najbardziej kontrolowanym człowiekiem na świecie i gdyby władza znalazła przy nim choćby 5 zł. schowane w skarpetce, to by siedział. Przekonanie jednej strony przez drugą chyba nie jest możliwe. Mówisz o sprawach, które wydają ci się oczywiste, racjonalne i do sprawdzenia, a druga osoba mówi, że ty po prostu oglądasz inne media i twój obraz świata jest fałszywy. Doszło już do tego, że bliskie mi osoby, pytają czy dla mnie Wałęsa jest jeszcze bohaterem. A przecież w momencie, gdy Wałęsa trzymał ten swój długopis i podpisywał, to razem płakaliśmy jak bobry. Dziś zaczynają myśleć, mówić jakbyśmy tego nigdy nie przeżyli, razem wspólnie, solidarnie. To jest bardzo głęboki podział i media się do niego przyczyniły. Nigdzie za granicą nie ma aż tylu całodobowych programów informacyjnych, co w Polsce. Dyskusje z politykami polegają na tym, że sześć osób mówi równocześnie, na poziomie takiego chamstwa, że w każdej normalnej sytuacji prowadzący dostałby czerwone światło, kartkę i kopa w tyłek. Mówimy o upadku autorytetów, ale następuje też totalny upadek obyczajów. Jeśli każdy z nas zrobi sobie rachunek sumienia i spojrzy w historię tego, co widział w ostatnim tygodniu, to okaże się, że przynajmniej połowę czasu słuchaliśmy, kto kogo kopnął, czy zaorał. Nie interesuje nas, że Janek Peszek zagrał z Anną Polony w rewelacyjnym spektaklu. Sztuka interesuje nas pod warunkiem, że ma wymiar sportowy. Oscary oglądamy na przykład.

Wojciech Waglewski: O tym, że można jeszcze odbudować mosty

To jest strasznie trudne. Jest jednak rada. Odwrócić się. Wyjść jakoś z tej mentalnej niewoli. Walczyć oczywiście o przyzwoitość, o prawdę, kultywować wiedzę o historii, kulturze, ale odpuścić, nie rozdrabniać tego na bijatyki słowne. To nie ma sensu. Już lepiej zapytać o zdrowie, o znajomych, o proste sprawy.

Druga rada jest poważniejsza: sięgnąć po wiedzę. Uczyć się w domu, w samochodzie, w pociągu, w samolocie, cały czas się uczyć. Mało czytamy. Poziom czytelnictwa jest chyba jednym z najgorszych w Europie, uczestnictwo w kulturze słabe. Dostęp do wiedzy jest utrudniony przez niekontrolowany natłok informacji ze świata dostępnych w internecie, najczęściej pozbawionych jakiegokolwiek komentarza. No i niekoniecznie trzeba wierzyć, że Ziemia jest płaska, choć niby wszystko na to wskazuje. A do tego podobno jeszcze się kręci.

Trzeci sposób to zanurzyć się w sztuce. Mamy w tej chwili świetny okres w filmie, bardzo dobry okres w muzyce. A teraz zobacz: jak myślimy o historii Polski, to myślimy obrazkami związanymi z książką, muzyką, filmem. Może, a nawet na pewno wielokrotnie były spaczone ideologicznie, ale wiedza o owych wypaczeniach to też nauka. W piosence „Się poruszam” i pomyśle na taniec można się doszukać inspiracji filmem „Salto” Konwickiego i tańcem w wykonaniu Zbyszka Cybulskiego. Dla młodych ludzi historią są Wodecki, Nalepa, polski jazz, wciąż doznają reinkarnacji, wciąż odżywają w pamięci. Nie wiem, czy młodzi zdają sobie sprawę, co to były ZSRR, ZSL, czy wiedzą, że istniał Gomułka. Jakie to ma znaczenie? Sztuka zostaje. Film, muzyka. To jest najważniejsza wartość. Dzisiaj jest dobry czas. Gra Mazolewski, jego „Polkę” Down Beat umieścił wśród pięciu najważniejszych jazzowych płyt świata roku ubiegłego. Gra Maciek Obara, nowy nabytek ECM, najbardziej prestiżowej marki wydającej jazz i klasykę w Europie. Marcin Wasilewski wydał kolejną płytę koncertową w tym samym wydawnictwie. Światowe poczynania Wacka Zimpla, dobra forma naszego popu, świetne pisarstwo, kino kwitnie. Te rzeczy będą żyły znacznie dłużej niż codzienne rewelacje dotyczące kolejnych ściemnień, sprzeniewierzeń, niż licytacje, kto był w tym lepszy. Może krzywdzę kogoś, ale mało który z tych, co teraz zasiadają w Sejmie, robi to z potrzeby czynienia dobra. Przeważają motywacje prywatne, czysto merkantylne: być posłem, mieszkać w Warszawie, urządzić rodzinę, wystartować do europarlamentu. Jedyną misją jest, odnoszę wrażenie, niszczenie przeciwnika. A wydawałoby się, że patriota, człowiek wybrany przez ludzi do tego, żeby poprawiać jakość życia, powinien szukać konsensusu, prowadzić dialog, dyskutować, znajdować kompromisy. Wybierzmy sobie takich. I tylko niech nas więcej o tym decyduje.

Wojciech Waglewski: O tym, co dziedziczymy

Jako socjolog śledziłem spór natywistów i środowiskowców o to, na ile człowiek jest kształtowany przez geny, a na ile przez wpływ środowiska. Moi rodzice mieli inne pomysły na życie niż muzyka. Ale muzyka w moim domu była i jest stale obecna. Żyłem i żyję w jej otoczeniu, i spotykam się nieustannie z artystami: malarzami, poetami, pisarzami, muzykami. Wierzę im i wierzę w nich. Ten kontakt z ludźmi uprawiającymi zawody artystyczne miał, jak myślę, wpływ na wybory moich synów nie mniejszy niż geny.

Wojciech Waglewski: O tym, jak być dobrym ojcem

Nie da się tego ocenić, jakim jestem ojcem. Ni hu, hu. Mnie się wydawało, że średnim, ale głęboko wierzę w to, że jeśli człowiek się zastanawia nad problemami związanymi z wychowaniem, to powinien zacząć od tego, żeby się zastanowić nad sobą, nad relacjami z żoną. Kochać i być kochanym. Straszny banał, ale to jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy. Nie miałem żadnego planu, sposobu na wychowywanie dzieci. Jestem człowiekiem impulsywnym, czasem upierdliwym, ale i otwartym, reagującym. Raczej nie spekulowałem, mimo jakiejś tam psychologiczno-socjologicznej wiedzy nabytej podczas studiów. Wiedziałem, że wszystkie najważniejsze emocje kształtują się u dziecka do trzeciego roku życia. Wiem, że są rodzice, którym się wydaje, że można zaniedbać rozwój dziecka tak do piątego roku, bo wcześniej ono jeszcze niewiele rozumie. Oni błądzą. Poważnie błądzą. Najwięcej uwagi poświęcić trzeba dziecku, gdy się wydaje, że ono jest jeszcze niekumate. Tego jestem pewny. Podobnie jak z ubieraniem. Im bardziej chcesz wyglądać atrakcyjnie, tym bardziej wyglądasz na przebranego, więc im bardziej chcesz dzieci wychowywać, tym więcej popełniasz błędów. Bardzo mi się podoba historia zasłyszana od Kasi Stolarczyk. Rozmawiała z czteroletnim chyba Michałkiem. Zapytała go: „Michałku, a jak ma Święty Mikołaj na imię?”. A on mówi: „Rysiek”. Dziecka nie oszukasz. Przychodzi moment, że przestają wierzyć w Mikołaja i choćbyś nie wiem, jak się przebierał, to i tak któryś z synów zauważy, że Mikołaj ma na nogach kapcie szwagra. No więc nie wierzę w fortele w wychowywaniu dzieci, że coś tam zagadasz i oszukiwaniem wpakujesz dziecku jedzenie do buzi. Myślę intuicyjnie, że z dziećmi trzeba rozmawiać jak z dorosłymi. Nienawidzę dziamdziania tych wszystkich tiu tiu tiu: a moje dziecko powiedziało „jokomotywa”, upubliczniania tego na FB. Dziecko dorośnie i tego nie pochwali. Człowieka od początku trzeba traktować jak dorosłego. Pamiętam, kiedy dzieci były jeszcze w wieku dziecięcym, wybraliśmy się, dość ryzykownie, do Muzeum Sztuki Współczesnej w Brukseli. Tam jest wszystko. Od Moneta, Pollocka, po jakieś instalacje Beuysa. A oni się w to wkręcili na maksa. Dotarło do mnie, że ich wyobraźnia jest nieograniczona, bo te dzieła wymagają olbrzymiej wyobraźni, że są znacznie bystrzejsi, niż myślałem. Cały okres dojrzewania polega na tym, że my tępimy w dzieciach emocje. Staramy się panować nad ich gniewem, uczymy, jak być grzecznym, jak panować nad emocjami itd. Tępimy tę dziecięcość w człowieku, mówiąc: siedź prosto, nie kop ciotki pod stołem itd., chociaż sami chętnie byśmy jednak kopnęli. Kiedyś syn zadał mi pytanie, po co on ma się uczyć. Odpowiedź na to pytanie wydawała mi się tak oczywista, że aż nie umiałem jej sformułować. Wydukałem coś tam, że krótko się żyje na tym świecie, choć mówić siedmiolatkowi, że się krótko żyje, jest skuchą, w związku z tym najlepiej dowiedzieć się o życiu jak najwięcej. Chyba coś tam dotarło. Rozmawialiśmy, albo przynajmniej staraliśmy się rozmawiać z dziećmi jak z dorosłymi.

Wojciech Waglewski: O wnukach

To jest zupełnie inaczej. Przede wszystkim dziadek to kibic i trzyma się z dala. Odpowiedzialni za wychowanie są rodzice. Dziadek jest po to, by go potarmosić za brodę, teraz pozbywając się jej, troszkę chyba straciłem w notowaniach u wnuków. Dziadkowie są po to, żeby bawić. Pozwalają wnukom na odreagowanie domowego reżimu. Jak nas odwiedzają, to jest demolka, jest głośno, jest zabawa. Dziadkowie są właśnie od tego, żeby w niczym nie przeszkadzać i broń Boże nie korygować nachalnie. Choć oczywiście bez przesady, wedle zasady żyj i daj innym żyć. Nie wolno nam się wtrącać w to, co nasze dzieci robią ze swoimi

dziećmi. Oni są ich mistrzami. Można się temu ewentualnie przyglądać. Fajnie, jak się zasłuży na szacunek wnuków. Dobrze, gdy po prostu lubią przychodzić. Być. Mamy pięcioro wnuków. Emadziak ma bliźnięta, a Fisz ma dwie córki i syna.

Człowiek uważny musi sobie uświadomić, sobie też, że dzieciństwo to jest okres momentami bardzo bolesny dla dzieci. Przeżywają historie, w które dziadkowi trudno ingerować, kiedy widzi, że coś je męczy. Mają prawo do tajemnic i do ochrony własnej niezależności i godności. Pamiętam swój okres dzieciństwa jako momentami bardzo mocny emocjonalnie i dość stresujący.

Wojciech Waglewski: O synach

Pamiętam, kiedy żył jeszcze Robert Leszczyński, dziennikarz, krytyk muzyczny, jechał z nami na koncert do Kazimierza i zaczął mnie wypytywać o jakiś młody, fantastyczny – jego zdaniem – zespół, troszkę hip-hopowy, będący nadzieją na naszym rynku, o nazwie Fisz Emade. Ja mówię: „To moi synowie”. Omal nie wypadł z samochodu. Nikt albo tylko bardzo wtajemniczeni wiedzieli, że jesteśmy spowinowaceni. Ja też nie zarejestrowałem faktu nagrania przez nich pierwszej płyty. Wydawało mi się, i nadal tak uważam, że muzyka rockowa czy hip-hopowa powinny być tworzone w opozycji do wzorów estetycznych, pewnych idei, a nawet stosunku do świata reprezentowanego przez generację ich rodziców. Nie wtrącałem się, przyglądałem z daleka, z pewną dozą nieśmiałości. Po latach natomiast hstoria zatoczyła koło, ponieważ zrobiła się, i bardzo dobrze, moda na żywe granie, na dobre granie, na instrumenty z lat siedemdziesiątych, na te brzmienia i akurat wtedy przyszło im do głowy, że mają takiego dinozaura w domu. Że możemy spróbować razem pograć. Nastąpiło to, kiedy nie zdobyłem jeszcze sławy jako rozmówca pani z Koszalina i niektórzy mnie rozpoznawali jako ojca Fisza, więc mogliśmy spróbować zagrać razem, bo każdy znalazł już swoje miejsce w tym zawodzie. We wspólnej pracy z synami jestem tylko jednym z muzyków, tym, który ma najczęściej mniej do gadania niż oni, bo jest tylko jeden, a ich dwóch. No i w dodatku jest niższy. Zaczęło się od tego, że poprosiłem Emada, żeby mi pomógł, w sensie nagrań, ich realizacji i wniósł mi nieco świeżości przy pracy nad moją solową płytą. Poprosiłem też Fisza, żeby zerknął na to od strony przekazu, formy. To najlepszy dowód na to, że uczymy się od dzieci w równym stopniu co one od nas. Fisz coś tam zagrał na basówce, Emadziak na bębnach, mówiąc kolokwialnie, zażarło i założyliśmy zespół. Potem nagraliśmy jeszcze jedną płytę. Grywamy koncerty i myślę sobie, że to taki zespół, który nawet kiedy nie gra, to istnieje i będzie istniał.

Wojciech Waglewski: O tym, że nie wszystek umrę

Kiedyś o śmierci ludzie myśleli częściej. Poeci nie pozwalali zapomnieć. Na przykład Baudelaire. Pamiętam ten jego wiersz „Padlina”. „Przypomnij sobie, co- śmy widzieli, jedyna / W ten letni tak piękny poranek: / U zakrętu leżała plugawa padlina / Na ścieżce żwirem zasianej”... Od kiedy wkręciliśmy się, tak prowincjonalnie, bo to u nas nowinka, w nowe technologie, i z niewolnictwa komunizmu przemieściliśmy się w stronę niewolnictwa mentalnego, odkąd jesteśmy totalnie zmanipulowani przez internet, żyjemy bardziej w świecie wirtualnym niż realnym. Epatowanie śmiercią stało się teraz nagminne. Śmierć spowszedniała i przestała być tematem tabu, ale z drugiej strony myśl o śmierci przestała być filozoficzną refleksją. Jest traktowana jako fakt, który musi nastąpić. Nastąpi albo nie nastąpi, ale my się tym nie przejmujemy, mamy inne rzeczy do zrobienia. A potem, może z wiekiem, przychodzi pytanie: co po sobie zostawisz? Bardzo pocieszającą sytuacją są wnuki, bo one powodują, że czło- wiek sobie uświadamia, że wszystko ma jakąś ciągłość. I że tak naprawdę nie umiera, bo widzi siebie w tych wnukach. Nie mówię o dzieciach, bo dzieci mamy w momencie, kiedy młodzi rodzice jeszcze nie są tego tak świadomi. Ale kiedy widzisz we wnukach część tego, kim sam jesteś i twoja żona, i wasze dzieci, to zaczynasz wierzyć w nieśmiertelność. I to jest kosmos.