Historyk sztuki, autor książek, współkurator wystaw, ale też marszand. Do tego współzałożyciel oraz prezes Fundacji Andrzeja Wróblewskiego. I dziennikarz. Jak twierdzi, zawsze równolegle interesował się modą i sztuką. – Te dwie dziedziny życia są dla mnie bardzo istotne, a do tego obie wiążą się z obrazem i formą. Od zawsze wiedziałem, że chcę studiować historię sztuki, ale przez kilka lat, już na studiach, zajmowałem się też fotografią mody. Wtedy wydawało mi się, że moje życie zawodowe będzie związane z modą, a bagaż wiedzy z historii sztuki przyda mi się w tej dziedzinie. Jednak proporcje uległy znacznej zmianie i od kilku lat intensywnie angażuje mnie świat sztuki. – Wojciech Grzybała jako szef działu mody w dwutygodniku „Gala” podpatruje trendy i o nich pisze. Sam jednak hołduje klasyce, którą lubi przełamywać ekscentrycznymi dodatkami. Najswobodniej czuje się jednak w garniturach, które nie są dla niego przebraniem, a strojem na co dzień. Zdarza się, że Wojciecha podpatrzą fotoreporterzy światowych tygodni mody. Ale Grzybała bywa nie tylko na nich – równie ważne jest biennale sztuki w Wenecji, słynne targi sztuki Artbasel w Szwajcarii czy organizowana raz na pięć lat wystawa Documenta w Kassel.

Wojciech Grzybała: poszetka w kwiaty

Wojciech szczególną wagę przywiązuje do detali, krawatów i poszetek. Kiedyś, przechodząc przez targ staroci Plainpalais w Genewie, zauważył stosik poliestrowych apaszek. – W tej stercie dostrzegłem charakterystyczne kwiaty. To był wzór Gucci Flora. W podobny sposób udało mi się zdobyć świetną apaszkę Hermès, a jeden z moich ulubionych krawatów tej marki kupiłem za przysłowiową złotówkę w sklepie z tanią odzieżą na prowincji. Tak można znaleźć coś bardzo cennego, a czasem niezwykłego, unikatowego. Ale do tego trzeba mieć oko, nad którym pracuje się latami. Ja zaczynałem od zbierania magazynów, od przeglądania archiwalnych wydań włoskiego „Vogue’a” z lat 80. w bibliotekach. Nie znałem języka, ale chłonąłem obrazy. To właśnie kształtowało mój gust. Zawsze był dla mnie ważny bliski kontakt ze sztuką. Nie wyobrażam sobie podróży bez wizyty w galerii, a kiedy to tylko możliwe, idę na koncert albo do opery. Bardzo dużo mi to daje i nie chodzi tylko o odskocznię od rzeczywistości. Wystawy oglądam bardzo specyficznie. Niekoniecznie spędzam w muzeum wiele godzin. Zwykle koncentruję się na kilku bądź kilkunastu obrazach. Bywa, że szybko wychodzę, a potem wracam drugi, a nawet trzeci raz, jeśli mam możliwość. Zwiedzanie przez cały dzień kilku muzeów uważam za bezsensowne. Lepiej zobaczyć kilka obrazów, zapamiętać kilka ich szczegółów i pozwolić im w sobie żyć.

Wojciech Grzybała: między pokazami

Wojciech Grzybała jest bywalcem najważniejszych pokazów haute couture i pret-à-porter. Najczęściej odwiedza Paryż i Mediolan, obowiązkowo pokazy mody męskiej. Te same pokazy zobaczymy co prawda na żywo w social mediach, ale to nie to samo. Atmosfery, ludzi oraz niewiarygodnej organizacji ekran smartfona nie odtworzy. – Kiedy po raz pierwszy pojechałem na tydzień mody do Paryża i zobaczyłem ten świat, zdałem sobie sprawę, czym może być moda. I jak potężną ma moc. Profesjonaliści w każdym calu, top modelki, milionowe budżety i wiele miesięcy przygotowań po to, żeby zrobić kilkunastominutowe show. Tego nie robi się dla zabawy, tylko po to, by pokazać siłę marki, jej prestiż oraz wizję i pomysły projektanta. Im ciekawszy pokaz, tym bardziej prawdopodobne, że media od niego zaczną swoje relacje, a ilość komentarzy przełoży się na sprzedaż w nadchodzącym sezonie.

Pokazy to nie tylko prezentowanie mody, ale też okazja do nawiązywania kontaktów z ludźmi z całego świata. Wystarczy czasem odrobina szczęścia, a drogę do sukcesu często otwiera przypadek, bycie w odpowiednim miejscu i czasie. Kiedy Wojciech po raz pierwszy w życiu był na pokazie za granicą, z jednego z najgorszych miejsc trafił na krzesło obok Pedro Almodóvara i Catherine Deneuve. Innym razem, po pokazie Saint Laurent, chciał zrobić kilka zdjęć przestrzeni, w której odbywał się show. Nagle okazało się, że drzwi, do których skierowała go ochrona, nie prowadzą do wyjścia, a na backstage, na którym odbywa się koktajl po pokazie.

Atmosfera na wydarzeniach związanych ze sztuką jest zupełnie inna. Jedno jest pewne – bywanie na jednych i drugich oznacza podróżowanie i przepełniony kalendarz. – Kiedy zaliczasz kilkadziesiąt lotów w ciągu roku, a bywa, że ponad sto, czujesz się zmęczony – mówi Wojciech. – Coraz częściej staram się zwolnić tempo. Z czasem nauczyłem się wyłapywać granicę. Oraz zrozumiałem, że za nic w świecie nie można przesuwać jej na siłę. Czasem trzeba zobaczyć mniej, a z kilku premier wybrać tę jedną, najciekawszą. Lub spędzić po prostu kilka godzin na spacerze. Choć pojęcie „emerytura”, zwłaszcza rozumiana jako siedzenie w fotelu i oglądanie seriali, dla mnie nie istnieje.

Wojciech Grzybała: Wróblewski

Pierwszą aukcję obrazów zobaczył w stołecznym Unicum w połowie lat 90., jeszcze jako nastolatek. – Mniej więcej w tym okresie zaczęło fascynować mnie malarstwo, skupiałem się na sztuce dawnej. Później moje zainteresowanie przeniosło się na Młodą Polskę. Szalenie interesowała mnie twórczość Wyspiańskiego i Malczewskiego. Aż nagle zobaczyłem mały, bardzo nietypowy olejny obraz Wróblewskiego. Przedstawiał martwą naturę z kwiatem doniczkowym. Wcześniej znałem tylko jego ikoniczne cykle „Rozstrzelanie” czy „Kolejki”. I nagle dostrzegłem innego artystę. Nietuzinkowego, bezkompromisowego, wyprzedzającego epokę i mającego ten rodzaj buty, który pomagał mu w byciu wyrazistym. Taki był początek mojej fascynacji tym malarzem. Zauroczenie przerodziło się w wielką pasję i pomysł na międzynarodową promocję jego twórczości.

Najpierw była pierwsza zagraniczna wystawa Andrzeja Wróblewskiego w Eindhoven, której kuratorem była dr Magdalena Ziółkowska. To właśnie z nią i przede wszystkim z córką artysty panią Martą Wróblewską, Wojciech założył Fundację Andrzeja Wróblewskiego. Wielkim osiągnięciem tej instytucji jest wydanie 800-stronicowej monograficznej publikacji „Unikanie stanów pośrednich. Andrzej Wróblewski (1927–1957)”. Zdarzają się momenty, że odkrywane są dotąd niepublikowane bądź nieznane dzieła Wróblewskiego. Teraz Wojciech i Madalena są w trakcie przygotowywania katalogu wszystkich prac Andrzeja Wróblewskiego na papierze.

W świecie sztuki, podobnie jak w świecie mody, bardzo ważne są spotkania z ludźmi, ale w tej branży mają one jeszcze bardziej niezwykły wymiar. – Często poznaję osoby, które znały podziwianych przeze mnie artystów. Historie, które opowiadają, to prawdziwa kopalnia wiedzy. Po latach, patrząc na ludzi, z którymi obcuję, widzę, że najwspanialszym zjawiskiem, z jakim można obcować, jest sztuka. Sztuka to najpiękniejsza przygoda, jaka może się przydarzyć człowiekowi w życiu. To też cudowny prezent, który można komuś podarować. Świadomość, że to, co robisz, wpływa na wrażliwość dziesiątek tysięcy ludzi, którzy przyjdą na wystawę, to coś, co mnie porusza. W dzisiejszych czasach trudno o znalezienie namacalnych dowodów na to, że można stworzyć coś, co będzie kiedyś dla kogoś ważne. To duży napęd. Kiedy rozmawiam ze starszymi osobami, często powtarzają, że najbardziej żałują, że nie miały więcej czasu na zajęcie się kulturą, na kontakt z artystami, na obcowanie z przedmiotami, które zostały wytworzone z pasją i miłością. Sztuki bowiem nie tworzy się przecież dla galerii i muzeów. Tylko dla ludzi.