Paulina Chylewska - Skazana na sport

Twierdzi, że trafiła do sportowego dziennikarstwa trochę na siłę i wcale nie uważa się za ekspertkę od piłki nożnej. Myślę, że kokietuje. Za każdym razem, gdy oglądam studio Ligi Mistrzów, myślę o niej: „Co za kobieta!”. Słucham jej i nie wierzę, jak precyzyjnie potrafi w punkt ocenić wydarzenia boiskowe. Ma wiedzę kompletną, o drużynach, zawodnikach, na każdy piłkarski element. Mogłaby robić w publicystyce – jest profesjonalna, ambitna, kompetentna. Słyszałem od naszego wydawcy, a znają się jeszcze z Bydgoszczy, uczyli się razem w konferansjerskim kółku, że od najmłodszych lat taka była. Osobiście ujrzałem ją po raz pierwszy, kiedy czekaliśmy w kolejce na rozmowę z hollywoodzką gwiazdą Halle Barry lata temu. Mogłaby robić w rozrywce. Sprawdziłaby się znakomicie. Prowadziliśmy też kiedyś razem konferencję, parogodzinne studio na żywo. Poznałem, co potrafi: błyskotliwa – jak dryblujący Zieliński w formie, trafiająca w punkt – jak Lewandowski z karnych, nie do przejścia – jak Krychowiak na Euro we Francji. Lepsza niż jedenastu Janiaków. Miała mnóstwo opcji, ale wybrała „męską” sportową przestrzeń.

Tak się czujesz? Skazana na sport?

Trochę tak. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w redakcji spor- towej. Chciałam zbawiać świat, pomagać ludziom, marzyły mi się programy interwencyjne. To Sławek Zieliński, ówczesny szef Jedynki, uznał, że powinnam spróbować. Powiedziałam: „Dobra, zobaczymy, jak to będzie”. Nie byłam stuprocentowo przekonana, choć sportem się interesowałam, zawsze w moim życiu był. Miałam faceta, który był byłym piłkarzem i dziennikarzem sportowym, ale nie miałam planów, żeby się sportem zająć zawodowo. To był pomysł mojego szefa.

Chciał wprowadzić kobiecy pierwiastek w męską materię?

Usłyszałam: „Wiesz, potrzebna byłaby fajna dziewczyna w sporcie”. Były wcześniejsze próby i nie były dobre, bo dla tych dziewczyn ser- wisy sportowe były przystankiem do dalszej kariery, nie było chęci, pasji. Kiedy przyszłam do redakcji, nie mogłam zrozumieć, dlacze- go wszystko chcą robić za mnie. Dlaczego nie mogę napisać prostego tekstu czy „białej” do newsów, bo chłopcy mi wszystko przygotowują. Uważali, że nie dam rady, nie zrozumiem, nie będę umiała, wiedziała. Musiałam sobie wywalczyć pozycję, w której mówiłam: „Zrobię to sama, jak się pomylę, to mnie poprawcie, ale chcę to zrobić sama”.

Dzisiaj w studio, które prowadzisz, to ty jesteś najlepszym ekspertem.


Nie... no bez przesady. Wiem, jako widz i dziennikarz przede wszystkim, że stworzenie przedpola do tego, żeby ekspertyzy fachowców właściwie wybrzmiały, wymaga ogromnej wiedzy. Jako moderatorka musisz zbudować przestrzeń. Staram się przede wszystkim stworzyć platformę do rozmowy. Od razu też muszę powiedzieć otwarcie: nie jestem takim eksper- tem, jak choćby wielu moich kolegów komentatorów. Nigdy nie grałam w piłkę, nie do końca czytam grę, a to jest kluczowe. Kiedy słucham swoich ekspertów, razem oglądamy mecz, to, co oni dostrzegają na boisku jest bardzo przenikliwe. Oczywiście z każdym spotkaniem widzę więcej, ale oni łapią niuanse, których ja czasem nie dostrzegam.

Mówisz o strategii, taktyce?

O przesuwaniu się poszczególnych formacji, łamaniu linii obrony. Coraz więcej wiem, ale nigdy nie będę czuła piłki tak jak ludzie, któ- rzy spędzili lata na boisku. Staram się dobrze przygotować, żeby dać im pole do rozmowy. Wyszukuję informacje, ciekawostki, zagłę- biam się w historie spotkań, szukam statystyk poszczególnych graczy, żeby zrozumieć, w jaki sposób przez lata funkcjonowali na boisku, bo to daje obraz tego, jakimi są dzisiaj piłkarzami. Te informacje da- dzą moim gościom pole do rozmowy, otworzą drzwi. Ja pukam do tych drzwi i mówię: „Proszę, panowie, co o tym sądzicie?”. I oni wchodzą w to.

Oglądamy was w przerwach, po meczu, ale co się dzieje, kiedy oglądacie wspólnie spotkanie?


Emocje bywają ogromne. Kiedy grają biało-czerwoni czy Polacy w europejskich klubach, to jest kosmos, krzyczymy, piszczymy (to zna- czy ja piszczę), chłopaki kłócą się między sobą, mają inne zdania. Bywają bardzo zażarte dyskusje, śmieję się, że gdyby mogli, to by sobie do gardeł skoczyli.

Od czego zależy, ile w komentarzach optymizmu, nadziei, a ile malkontenctwa?

Od osobowości komentujących. Eksperci, którzy są bardziej analityczni, odnoszą się do boiskowej rzeczywistości, taktyki, rozstawienia, ruchu formacji, bo to są dla nich elementy szczególnie istotne. To racjonaliści. Oni widząc skład na papierze, wiedzą, że w takim ustawieniu zespół nigdy nie grał albo dwa razy zaledwie, że piłkarz, który w klubie gra na lewej obronie, nie sprawdzi się w reprezentacji na prawej. I od nich potem słyszę: „No mówiłem, że to nie zagra”. Są też tacy, którzy podchodzą do sprawy z dużym entuzjazmem: „Zobaczymy, może to jest dobry pomysł” i oczywiście zdarzają się takie sytuacje, że entuzjazm po dwunastu minutach spada. Kiedy oglądasz mecz w pubie, wchodzą w grę ogromne emocje. Natomiast eksperci patrzą z nieco chłodniejszą głową: „To jest mój zawód, ja się na tym znam”.

Anita Werner - Sukces się nie udaje

Pierwszy pokaz w Warszawie. Miałem gigantyczną tremę. Paraliżującą. Szedłem tuż za nią, krok za krokiem. Widziałem jej długi cień rzucany przez sceniczne światła. Wzrok wbijałem w wybieg i tylko ten cień pozwalał mi utrzymać kierunek, tempo i wiarę, że dotrwam. Wcześniej motywowała mnie tym swoim wyrazistym, głębokim głosem. Ze spokojem mówiła, że dam radę. Tyle pamiętam z naszego pierwszego, modowego spotkania w auli SGH w 1997 roku. Minęły trzy, może cztery lata i widywaliśmy się na korytarzach tej samej telewizji. Wpadła nawet raz na imprezę u mnie w chacie. Później kontakt się urwał. Ja robiłem w rozrywce, Anita grała w innej lidze. Kolorowy świat mody, filmu, życie towarzyskie jej nie interesowały. Ważne było po prostu życie. Ciekawość życia można zaspokoić tylko będąc w jego centrum. W programie newsowym. Najlepszym w Polsce. W Faktach. Przeszła poligon w TVN24 i szybko została najmłodszą prowadzącą główne wydanie serwisu w historii. Anita Werner na koncie ma cztery Telekamery, trzy Wiktory i dziesiątki innych nagród. Uznanie widzów i gości programów. Cenią ją wszyscy. O piłce nożnej nie chciała rozmawiać – nie daje sobie prawa, by być ekspertem. O ludziach – owszem – oni interesują Anitę zawsze. Widać to w cyklu programów „Tokio. Cena sukcesu”. I można wyczytać w książce napisanej wspólnie z Michałem Kołodziejczykiem: „Mecz to pretekst. Futbol. Wojna. Polityka”.

Przechodzi pani od poważnej publicystyki w stronę sportu?

To nie jest tak. Poważna, polityczna publicystyka to moja dyscyplina i z niej nie zrezygnuję, a mistrzowie i mistrzynie sportu zainteresowali mnie po prostu jako ludzie. Za każdym razem, kiedy rozmawiam z ludźmi sportu, czerpię dla siebie drogowskazy z ich mistrzowskie- go podejścia do życia, koncentracji na celu, sposobu myślenia. Igrzyska w Tokio będą pokazywane na wszystkich platformach Eurosportu, grupy Discovery, więc uznałam, że to dobry moment, żeby te inspiracje przekazać dalej w świat. A poza tym żyjemy w trud- nych czasach epidemii, kiedy wiele rodzin przeżywa dramaty, ma problemy związane ze śmiercią albo zdrowiem bliskich, z upadającymi biznesami, mamy teraz jako społeczeństwo sporo przeszkód, przez które trzeba przejść. W tak trudnych czasach potrzebujemy inspiracji, ludzi, którzy dadzą nam drogowskaz, którzy mogą być wzorem. Chciałam właśnie tego poszukać.

Udało się?

Bardzo. Kiedy słucham Adama Kszczota, który mówi, jak rozmawia z lustrem, czyli własnym odbiciem, jak trudne to są rozmowy, jak za- daje sobie niewygodne pytania, bo lustro nie kłamie, to jest to zupełnie innego rodzaju kontakt niż np. podczas rozmowy z psychologiem. Albo kiedy słucham Anity Włodarczyk, która mówi, że umysł, głowę, psychikę można wytrenować tak samo jak ciało. To daje do myśle- nia. Albo kiedy Fabian Drzyzga tłumaczy, jak to jest, że sukces spor- towca stopuje, a napędzają porażki. Kiedy słucham wszystkich bo- haterów programu „Tokio. Cena sukcesu”, jak opowiadają, w jaki sposób wychodzić z porażek, jak brać z nich lekcje na przyszłość, to tak, czerpię z tego garściami.

Społeczeństwo, tak bardzo podzielone, potrzebuje wspólnych wzruszeń. Kibicowanie na Euro czy kibicowanie olimpijczy- kom to będzie wspólne misterium.

Tak. Też uważam, że potrzebujemy wspólnie przeżywanych pozytywnych emocji. Potrzebujemy się razem cieszyć z sukcesów. Nie tylko Roberta Lewandowskiego czy Igi Świątek, ale też wielu innych mistrzów i mistrzyń, którzy dostarczają ludziom uśmiechu, po prostu. To jest piękne, fantastyczne. Tych pozytywnych emocji mam wraże- nie nam w życiu codziennym trochę brakuje. Pamiętajmy jednak, że kibice widzą mistrzów i mistrzynie tylko podczas zawodów, w chwilach wielkiego triumfu albo rozczarowania. A to tylko krótka chwila wyjęta z ich codziennego treningu, ich życia. Zależało mi, by poka- zać właśnie tę codzienność. Trud, cierpienie, fizyczny ból, zmęcze- nie, łzy, które są nieodłącznym elementem wielu godzin pracy. Sukces się nie udaje, sukces się wypracowuje. Sportowcy na to ciężko pra- cują: godziny, dni, lata wyjęte z życiorysu, wysiłek na ekstremalnym poziomie, fizyczny i psychiczny. Na zawsze zapamiętam, jak Adam Kszczot opowiadał, jak przesuwa granice swoich możliwości, jak tre- nuje do odcięcia, jak dochodzi do „pomroczności jasnej”.

Pokazujesz na Instagramie, jak się zbieracie do biegania z twoim partnerem Michałem Kołodziejczykiem. Mnie to motywuje. Skąd ten sport u ciebie? Czy to się stało nagle? 

Sport zawsze był dla mnie wentylem bezpieczeństwa, sposobem na rozładowanie złych emocji, stresów. I zawsze dawał mi endorfiny, poczucie szczęścia, radości. Mam coś takiego w charakterze, że lubię sama ze sobą rywalizować, pokazać sobie, że mogę więcej. Mam chęć wygrywania sama ze sobą. Skoro nie mogę zrobić pięćdziesięciu brzuszków, to zacznę od czterdziestu, ale następnym razem zrobię sto. Myślę o sporcie w kategorii zdrowia, szukania odporności, pracy nad formą, kondycją. Mamy sporo rzeczy na głowie, niezależnie od tego, gdzie pracujemy, co robimy, mamy rodziny, bli- skich, nasze małe światy do ogarnięcia i musimy być w formie. Tym bardziej w czasach, kiedy walczymy o to zdrowie, kiedy widzimy,

jak jest kruche. Inwestycja w zdrowie w postaci zdrowego odżywiania, dbania o siebie, budowania własnej kondycji, to inwestycja na lata. I tego się trzymam. Doszłam do wniosku, że oprócz tego, co mogę dać z siebie w stu procentach zawodowo jako profesjonalistka, dziennikarka newsowa, jest jeszcze coś ekstra, czym, jak sądzę, mogę kogoś zainspirować do zdrowego trybu życia, dbania o siebie. Dbania o kondycję fizyczną, emocjonalną. Dlaczego nie przekazać dalej czegoś, co przynosi nam dobro? Jak widzisz ileś osób, które ro- bią to, co sam chciałbyś robić, to działa „trybalizm”, który powoduje, że nagle jesteśmy jednym plemieniem, które ma jakiś wspólny cel. O to chodzi. O motywację. Podziwiam Monikę Olejnik, która poza swoim zawodowstwem pokazuje, jak bardzo ważne jest dbanie o zdrowie, o kondycję i jest w świetnej formie. To jest element prywat- ności, który ja też bardzo chętnie pokażę, bo uważam, że to służy motywacji, że warto tym ludzi zainspirować.

Izabela Kruk - Nie ma takiej pozycji jak fajny chłopak

Numer telefonu dostałem od Pauliny Chylewskiej. Szukałem trzeciej bohaterki do naszego raportu o kobiecym spojrzeniu na piłkę nożną. Zastanawialiśmy się podczas wywiadu, kim wartościowym ten obraz dopełnić. Było kilka pomysłów kobiet, które deklarują, że kochają futbol. Deklaracje to jedno, a prawdziwą miłość poznasz od razu. Po programie „Power Couple” wyczuwam ją w sekundę. Jak zapachy w męskiej szatni. Paulina powiedziała, że zna jedną taką, co od urodzenia zadurzona była w piłce, ma ten gen po ojcu. Ze ściany, z plakatu nad łóżkiem zerkał na nią Artur Boruc w dzieciństwie. Zadzwoniłem. Po chwili rozmowy z Izą Kruk wiedziałem, że ta kobieta skraca dystans w chwilę, z klasą, wdziękiem, ale konkretnie przechodzi do rzeczy, po męsku. Pytanie – odpowiedź. Podanie – strzał i gol. Termin spotkania ustalony w minutę. Jak na dobrą rzeczniczkę prasową przystało, tylko konkrety. Miejsce – oczywiste. Stadion przy Łazienkowskiej. Loża centralna z widokiem na murawę. Pustą, bo sezon właśnie się skończył. Mistrzem Polski jest Legia. Po raz 16.

Skąd się tutaj wzięła kobieta?

Jako jedyne dziecko swojego taty przejęłam wszystkie jego męskie pasje. Zabierał mnie na ryby i na mecze, oglądał ze mną futbol, tłu- maczył go. W Legii zakochałam się od razu, ponieważ jest to jedyny zespół w Polsce, który budzi tak wielkie emocje. Są często albo skraj- nie negatywne, albo skrajnie pozytywne. Siłą rzeczy największe. Dla mnie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Na UW studiowa- łem dzienikarstwo sportowe z myślą o piłce. Zaczęłam współpraco- wać z klubem ponad 10 lat temu, na samym początku ścieżki zawo- dowej i tak już zostało. Ten prawdziwy „uniwersytet życia”, który tutaj przeszłam, nie da się porównać z żadnym innym wyzwaniem.

To był plan czy niesprecyzowane marzenie?

Pamiętam wypracowanie szkolne, w którym pisałam, że zostanę dziennikarzem sportowym. Dziś moja rola jest trochę inna, ale funkcjonuję w medialnym futbolowym środowisku, otoczona ludźmi, którzy byli moimi idolami jeszcze w czasach dzieciństwa. Zawodnicy, dziennikarze dziś są po prostu moimi kolegami z pracy. Zawodnik z plakatu, który miałam w swoim pokoju, czyli Artur Boruc, wczoraj obok mnie świętował na boisku z medalem mistrzowskim w ręku. Michał Żewłakow, legenda polskiego futbolu, bawił się do rana na moim weselu. To są piękne momenty i wtedy tak sobie myślę, że na- wet nie zauważam, kiedy spełniam swoje marzenia.

Już na studiach myślałaś o Legii?

Na studiach wybrałam specjalizację z dziennikarstwa sportowego. Byłyśmy we trzy z całą bandą chłopaków, z których wielu, takich jak chociażby Maciek Jermakow, Mateusz Leleń czy Paweł Pawłowski działa z sukcesami w tej branży. Ja od zawsze lepiej się odnajdowa- łam w męskim towarzystwie. Tak jest do dzisiaj. Zdarzają się żarto- bliwe sytuacje, kiedy przychodzi nowy zawodnik, widzi kobietę, gry- zie się w język, żeby nie powiedzieć brzydkiego słowa. A wiadomo, jak funkcjonuje szatnia piłkarska. Piłkarze słyszą czasem, jak klnę. Mocniej niż koledzy z szatni. Trzeba mieć w tej profesji męskie cechy, często chodzić w spodniach, dosłownie i w przenośni.


Zgłosiłaś się do legii. Zobaczyli dziewczynę, która ma cha- rakter, ma „jaja”. To odpowiedzialna funkcja, trzeba mieć turbo charakter, z jednej spokój, z drugiej konkretność.

 Weszłam do szatni jako młoda dziewczyna. Wtedy piłkarze mieli inną mentalność, inną świadomość swoich obowiązków pozaboisko- wych, sama się dziwię, jak ja w ogóle się w tym odnalazłam. Ta sfe- ra mediów, obowiązków wizerunkowych, zobowiązań wobec spon- sorów, mediów, akcji marketingowych piłkarzy jest naprawdę bardzo wymagająca.

Łagodzisz obyczaje? Jesteś balsamem, który uśmierza ból?

Bardzo romantycznie ujęte, ale często tak bywa...


Ale to trzeba poczuć, wypracować, tego na studiach nie uczą.

Dlatego mówię o szkole życia. Jest bardzo wiele sytuacji, gdy w grę wchodzą negatywne emocje. Podam najprostszy przykład. Jeśli je- steś po przegranym meczu, czasem w złym stylu, nie masz ochoty rozmawiać, ale jest telewizja, która zapłaciła grube pieniądze za prawa transmisyjne, musisz zatrzymać się do wywiadu i zająć sen- sowne stanowisko. W takiej sytuacji newralgicznej kobiecie jest du- żo łatwiej załatwić temat. I choć obecnie zawodnicy są naprawdę wysokiej klasy profesjonalistami w tej kwestii, w takich sytuacjach rzą- dzą emocje. Natomiast rzeczywiście z sezonu na sezon jest dużo łatwiej. Patrząc po najmłodszym pokoleniu piłkarzy, oni to po prostu lubią. Lubią widzieć się w telewizji, w social mediach, z których chcą i umieją korzystać. Takim pionierem wśród piłkarzy wiele lat temu był Kuba Rzeźniczak, nie tylko w Legii, ale i w Polsce. Często płacił za to wysoką cenę, spotykając się z hejtem czy krytyką, teraz jest to nasza codzienność.

Przygotowujecie do tego jakoś zawodników, macie jakieś szkolenia?


Tak, cały czas dbamy o ich rozwój w tych kwestiach. 

Piłka to biznes wielopłaszczyznowy, gdzie liczba spraw, sytuacji, emocji, a dalej kontrahentów, medialnych i sponsorskich, jest gigantyczna.

Zawodnicy dostają dziennie po kilkadziesiąt zapytań, próśb: przekazać koszulkę, wesprzeć finansowo, udzielić wywiadu, nagrać filmik na urodziny. Tego jest bardzo dużo i są to bardzo różne tematy. Często jest tak, że tak łatwo przychodzi nam krytykowanie, że ktoś jest zadufany w sobie, nie chce pomóc, ale nawet przy największych chęciach nie uda się wszystkim dogodzić. Dbamy w klubie, żeby bar- dzo efektywnie tym zarządzać. Jako przykład mogę podać naszą Fundację Legii, która koordynuje wszystkie projekty charytatywne związane z Legią, nasi zawodnicy z chęcią się w takie akcje anga- żują, ale cały proces weryfikacji i logistyki jest po jej stronie.

Dalszy ciąg rozmów z naszymi wyjątkowymi bohaterkami dostępny jest w najnowszym numerze magazynu ELLE MAN, który może zakupić w naszym sklepie z dostawą do domu. Polecamy!