Viggo Mortensen jest zdobywcą wielu nagród, trzy razy był nominowany do Oscara, ostatni raz za pierwszoplanową rolę w świetnym filmie „Green Book”. Jednak widzowie na całym świecie zawsze będą w nim widzieli Aragona z trylogii „Władca pierścieni” w reżyserii Petera Jacksona. Tymczaem 19 marca do polskich kin trafi jego debiut reżyserski: „Jeszcze jest czas”, w którym zagrał jedną z głównych ról. Mieliśmy spotkać się w zeszłym roku w Warszawie, pandemia pokrzyżowała jednak wszystkie plany i musieliśmy to przełożyć. Ostatecznie spotkaliśmy się wirtualnie. Mortensen od kilku lat nosił się z zamiarem wyreżyserowania filmu. Pomysł narodził się podczas pogrzebu jego matki, gdy słuchał, jak rodzina i znajomi o niej opowiadają. Niektóre z tych opowieści słyszał po raz pierwszy i przedstawiały one tę stronę mat- ki, o której nie wiedział lub o której dawno zapomniał. Stwierdził, że to historia warta opowiedzenia widowni, ale okazało się, że zgromadzenie na nią funduszy jest jeszcze trudniejsze niż zniszczenie pierścienia w Mordorze.

Granie w filmie a wyreżyserowanie filmu to w oczach potencjalnych producentów dwa zupełnie różne światy, które bardzo rzadko się przenikają. Możesz być jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów na świecie, o którego biją się najwięksi reżyserzy, ale to nie ma dla nikogo znaczenia, jeśli sam chcesz stanąć po drugiej stronie kamery. Viggo musiał się zmierzyć z tym problemem. Walka o pieniądze na „Jeszcze jes tczas” trwała kilka lat, a gdy pojawiło się światełko w tunelu, postawiono mu pewien warunek. Nie wystarczy, że jego nazwisko będzie widniało na plakacie – widzowie mają zobaczyć jego twarz, co znaczy, że ma również zagrać jedną z głównych ról. Dla debiutującego reżysera nie było to łatwe. Z pomocą przyszedł sam David Cronenberg, który nie tylko dał mu kilka cennych wskazówek, lecz także wystąpił w filmie jako proktolog ojca głównego bohatera. Mortensen opowiedział mi, dla- czego ta historia jest dla niego tak ważna i ile zaczerpnął z własnego doświadczenia opieki nad rodzicami.

Jesteś współczesnym człowiekiem renesansu: piszesz wiersze, scenariusze, malujesz, fotografujesz, grasz, a teraz do tego szerokiego wachlarza zdolności doszła jeszcze reżyseria. Nie ma dla cie- bie rzeczy niemożliwych. Co cię motywuje do działania?

Od najmłodszych lat fascynowały mnie film i możliwość opowiadania różnych historii za jego pośrednictwem. A to dlatego, że łą- czy on wszystkie sztuki w jedną. W jednym momencie stajesz się pisarzem, malarzem i fotografem, przedstawiającym widzowi swoją wizję świata. Prawie jak Bóg odpowiadasz w nim za każdy detal. Nawet spontaniczność jest przez ciebie kontrolowana. Układasz choreografię każdego z bohaterów. Wiesz, co zrobi i jak. Oczywiście, za film odpowiada cały kolektyw ludzki, co niezmiernie mi odpowiada. Czasami lubię być sam ze sobą, ale uważam, że najlepsze rzeczy powstają we współpracy z innymi. Gdy siadamy i szukamy razem rozwiązań. Nasze pomysły się dopełniają. Gdy zaczynałem pracę jako aktor, fascynował mnie cały proces powstawania filmu. Wyobraź sobie, że ktoś bierze do ręki scenariusz i zamienia go w rzeczywistość, którą możemy oglądać na ekranie. Nie miałem pojęcia, ile osób się do tego przyczynia i jak tytaniczną pracę trzeba wykonać, by tak się stało. W swojej długiej karierze miałem ogromne szczęście pracować z utalentowanymi reżyserami i reżyserkami różniącymi się pod względem stylu, poglądów i spojrzenia na świat; mieli oni kilka rzeczy, które ich łączyły i których się od nich nauczyłem. Po pierwsze, bardzo dobre przygotowanie do pracy jeszcze przed jej rozpoczęciem. Po drugie i najważniejsze, świadomość, że dobry pomysł może pochodzić od każdego w twojej ekipie i zrodzić się o każdej porze. Możesz być asystentem oświetleniowca, ale twój pomysł może być na wagę złota. Każdego należy wysłuchać. Jeśli reżyserowi nie uda się opanować swojego ego, to jego produkcja na tym ucierpi. Dlatego na planie trzeba wysłuchać każde- go, kto chce ci pomóc. Nie musisz wcielać tych pomysłów w życie, ale przynajmniej ich wysłuchaj.

Ale czy to czasami nie jest odbierane jako podważanie kompetencji reżysera?

 Bywa, że niektórzy reżyserowie reagują alergicznie na takie zachowanie, denerwują się. Ja jednak taki nie jestem. Chętnie wysłucham innego spojrzenia na przedstawianą przeze mnie historię, bo może jest ono faktycznie lepsze. Trzeba pamiętać, że czasami reżyser jest emocjonalnie związany ze swoim dziełem i traci do niego dystans. Od jednego z reżyserów usłyszałem kiedyś bardzo mądrą radę: „Nie czekaj z opowiedzeniem mi swojego pomysłu do jutra, bo będzie za późno. Opowiedz mi go dziś, gdy dana scena jest nagrywana. Później przecież już nic nie zmienimy, bo ten czas minie”. Film tworzy ekipa, a nie sam reżyser.

Od jak dawna nosiłeś się z zamiarem wyreżyserowania własnego filmu? 

Chciałem to zrobić od 25 lat, ale nigdy nie udało mi się zgromadzić odpowiednich funduszy na start. Próbowałem z wieloma historiami i scenariuszami, ale zawsze ostateczny efekt był taki sam, brak chętnych osób, by pomóc mi w realizacji. Nawet do„Jeszcze jest czas” zabierałem się kilkukrotnie. Gromadzenie środków na ten film zajęło mi cztery lata.

Czy to, że „Green Book” z twoim udziałem zebrał tyle nagród, jakoś ułatwiło ci drogę do debiutu reżyserskiego?


Ani trochę, ale ja to rozumiem. Przecież to, że filmy ze mną zyskują uznanie w oczach widzów i krytyków, nie oznacza automa- tycznie, że z tym wyreżyserowanym przeze mnie też tak będzie. Producenci wykładają swoje pieniądze i nie chcą ich stracić. Dlatego łatwiej jest ich przekonać, gdy nie tylko reżyseruje się film, lecz także w nim gra, co zrobiłem właśnie z tych pobudek, bo początkowo nie miałem takich planów. Wytłumaczono mi jednak, że widzowie chętniej pójdą na produkcję, w której wystą- pię, niż na taką, pod którą się jedynie pod- pisuję. A i to nie przekonało inwestorów na samym początku. Wciąż mieli obiekcje, bo przecież ja w swoim życiu nic nie nakręci- łem – ani pełnego, ani krótkiego metrażu. Byłem dla nich jednym wielkim znakiem zapytania.

To jak ich do siebie przekonałeś?

Sam zebrałem pieniądze na start tego filmu, licząc, że jeśli będę mógł już coś pokazać swoim potencjalnym inwestorom, to będzie mi łatwiej ich przekonać. Zadzwoniłem do operatora Marcela Zyskinda, który zresztą ma polskie korzenie, i powiedziałem mu wprost, że nie mam pieniędzy na cały film, ale chciałbym nakręcić kilka ujęć z różnych pór roku: lata, zimy, wiosny. Takich w stylu Davida Cronenberga. Znaleźliśmy farmę, na której chciałem, by toczyła się akcja mojego filmu. Nie miałem jednak aktorów, więc nagraliśmy po prostu naturę. Później zmontowałem z tego jakieś sześć minut materiału i podłożyłem pod niego muzykę. Z taką próbką mojej twórczości ruszyłem w tournée po producentach.

Pomogło?

Musiałem oczywiście wytłumaczyć, o co chodzi w mojej historii, ale tak, znaleźli się chętni.Conaturalnienieoznacza,żeudało mi się zebrać taką sumę, o jaką się starałem. Już na samym wstępie mój koproducent z Kanady powiedział mi wprost: „Słuchaj, wiem, że chciałeś kręcić przez siedem tygodni, ale musimy się zmieścić w pięciu, z czego pieniędzy starczy nam tylko na dwa”. Byłem przerażony. Na szczęście to był tylko zabieg psychologiczny z jego strony, bym się jeszcze bardziej skupił na mojej pracy. Po dwóch tygodniach przyszedł i powiedział, że mamy fundusze na kolejne trzy tygodnie. Kamień spadł mi z serca, gdy się o tym dowiedziałem, bo nie było takiej możliwości, bym się wyrobił w tak krótkim czasie.

Oglądając „Jeszcze jest czas”, miałem wrażenie, że jest to dla ciebie bardzo osobista historia osoby, która opiekuje się ojcem cierpiącym na demencję i cały czas walczy ze swoimi emocjami, by nie wybuchnąć jak wulkan.

Świetnie to ująłeś, bo dokładnie o tym jest ten film. O walce wewnętrznej osób, które stają w obliczu takiej sytuacji. Mają ojca lub matkę, którzy już nie kontrolują tego, co mówią czy robią, i krzyczenie na nich ze złością nic nie da. Może tylko pogorszyć sytuację. Oryginalnie pomysł na ten scenariusz przyszedł do mnie po śmierci mojej matki, a dokładnie w trakcie jej pogrzebu, gdy słuchałem, jak ludzie ją wspominają. Wracałem nocnym lotem do domu i dużo o niej wtedy myślałem; zapisywałem sobie wszystko, o czym rozmawialiśmy, by tego nie zapomnieć. Ciekawiło mnie, jak bardzo różniły się niektóre moje wspomnienia pew- nych wydarzeń od tego, co pamiętały inne osoby. Jedno wydarzenie miało kilka zupełnie różnych wersji. Im więcej myślałem o mamie, tym częściej wspominałem mojego ojca. Oboje cierpieli na demencję. Jest ona bardzo powszechna w mojej rodzinie. „Jeszcze jest czas” oczywiście jest fikcyjną historią, ale niektóre sceny czy rozmowy zaczerpnąłem z mojego życia. Na początku chciałem, by to był krótki metraż, ale z biegiem czasu materiał urósł do pełnej fabuły. Głównym wydźwiękiem stało się to, że na- sza pamięć jest zawodna i nie możemy na niej w pełni polegać. Każdy ma swoje wspomnienia i nigdy nie są one takie same.

To motyw, który bardzo często pojawia się w filmie.


Ponieważ jest bardzo ważny. Wiele osób, które opiekują się członkami rodziny z demencją, bardzo często wchodzi z nimi w niezwykle zaognione konwersacje, starając się poprawić ich pamięć, przypominając, że osoba, o której oni mówią w czasie teraźniejszym, umarła 30 lat temu. To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, bo wy- wołuje u tych ludzi panikę. Wiem to z własnego doświadczenia, bo opiekowałem się zarówno swoimi rodzicami, jak i później ojczymem. Przeżywałem te kłótnie i wiem, że nie prowadzą one do niczego dobrego. Są też bez sensu, bo co z tego, że wytłumaczymy komuś, że bliska im osoba już nie żyje. W najgorszym wypadku będą znów przeżywać traumę związaną z utratą tej osoby, w najlepszym – przypomną sobie o tym i będzie im głupio. Tak czy inaczej, nie wyniknie z tego nic dobrego.

Film rozpoczyna się mocną sceną, gdy ojciec mówi do swojego dopiero co na- rodzonego dziecka z wielką troską: „Przepraszam, że przyniosłem cię na ten świat tylko po to, byś mógł umrzeć”.

To szokujące słowa, jakie ojciec może powiedzieć do swojego dziecka, i nie ma tu znaczenia to, że ono ich jeszcze nie rozumie. Jest to jednak przejaw największej miłości i strachu, jaki pojawia się w oczach mężczyzny, który wie, że teraz będzie za kogoś odpowiedzialny, i zaczyna czuć to brzemię. Ono z biegiem czasu zaczyna go przerastać, ale ta jedna scena ustawia nam obraz mężczyzny na cały film.