Inspiracją do powstania tego artykułu był materiał Matta Morsia, brytyjskiego YouTubera występującego jako „MattDoesFitness”, w który pokazał proces tworzenia idealnego zdjęcia na swój Instagram. Niby nic, ale nie znając tajników profesjonalnego działania we wszelakiego rodzaju social media, można uznać to za zwykłe zakłamywanie rzeczywistości. Jak się jednak później okazało, im dalej w las, tym więcej problemów i skandali. 

Jak to robią zawodowcy?

Sprawa nabrała rozpędu, gdy ten sam YouTube podrzucił mi film, gdzie w klasycznym stylu jeden twórca dyskredytuje drugiego, lecz nie tyle kwestionując jego triki, co drogę, jaką potencjalnie przebyć, aby osiągnąć swoją obecną sylwetkę. Greg Doucette – zawodowy kulturysta IFBB, w przygotowanym przez siebie wideo zauważa, że Matt nie tylko wspomaga się prostymi, choć osobliwymi trikami, ale istnieje również prawdopodobieństwo zażywania przez niego sterydów anabolicznych. Choć Morsia nie odpowiedział na zarzuty Doucette’a, ten nagrał kilka miesięcy wcześniej film, w którym zaprzecz, jakoby wspomagał się sterydami, a uściślając to testosteronem. W materiale z 13 lutego 2019 roku mówi również o swoich naturalnych / genetycznych predyspozycjach, którymi dysponują również jego brat i siostra, choć ci nigdy zawodowo się sportem nie zajmowali, w przeciwieństwie do Matta. Wspomina również o „kiepskich” genach, parafrazując – mając je, będziesz mieć trudniej, dwie te same osoby, wykonujące ten sam zestaw ćwiczeń, mogą osiągnąć zupełnie inne rezultaty w danym okresie czasu. Mnie jako laikowi trudno ocenić naturalność efektów osiągniętych przez Morsiego, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że nigdy do końca nie będziemy wiedzieć kto co zażywa, aby zwiększyć swoja siłę i wydajność, a w dalszej konsekwencji również i atrakcyjność. A zatem nie tylko mistyfikujemy nasze realny wygląd poprzez użycie amatorskich trików, czy profesjonalnego Photoshopa, ale również wszelakiego rodzaju dopingu, który chodź dozwolony, zapewne wyrządza w ostatecznym rozrachunku więcej szkód, jak pożytku. 

Ciało, więcej ciała, OnlyFans

Nie ma nic dziwnego w tym, że ciało to jedna z tych rzeczy jaką można, a wręcz warto pokazać światu, tym bardziej gdy jest ono piękne, gładkie i młode – dostosowane do aktualnie panujących standardów. Wraz ze standardami, idą też bliżej niesprecyzowane, choć bardzo jasne oczekiwania, które na ten moment odnoszą się do ludzkich wymiarów – im większe tym lepsze, cokolwiek to znaczy. Choć nie powinno być mowy o standardach piękna, co najwyżej zdrowia, tak od zawsze istniały w naszej świadomości, niezależnie od czasu, czy przestrzeni kulturowej. Zawsze będzie coś, co będzie tym symbolicznym ideałem. Dziś jest nim to, co jest modne na Instagramie, gdzie toczy się nieustanna walka o to, kto pokaże więcej, a jednocześnie nie zostanie zawieszony w prawach jego użytkownika, gdy pokaże za dużo. Jako długoletni użytkownik tego portalu, nie mogłem nie zauważyć pewnej prawidłowości, jeśli chodzi o profile osób, których aparycja jest obiektywnie pociągająca. Zaczyna się niewinnie, od bicepsa, od klatki piersiowej, a kończy na mniej lub bardziej sugestywnych zdjęciach w negliżu. Wtedy pozostaje już tylko jedno, założyć konto na OnlyFans, by zarobić na wrodzonej w człowieku ciekawości i rozbudzonego przez media podglądactwu. Choć nie śmiem oceniać ludzi pokazujących swoje realne, bądź skrzętnie wyreżyserowane życie erotyczne, tak problem tkwi w kapitalizowaniu piękna tego ciała, które może kryć za sobą wiele niedopowiedzeń, albo prawdziwy biznes na którego sukces działa pokaźna grupa etatowych pracowników. 

Nie wszystko prawe, co piękne 

Zatem po co pokazuje się to ciało? W wielu przypadkach po to, żeby nam coś sprzedać – albo siebie, zakładając profil na OnlyFans, albo wszelakiej maści produkty codziennego użytku. Powołując się ponownie na materiał Grega Doucette’a oraz badania naukowe prowadzone od lat 70. XX wieku – im twój wygląd jest bliższy przyjętym standardom piękna, tym większa szansa, że druga osoba przypisze ci pozytywne cechy charakteru. W świecie nauki zjawisko to określane jest mianem ‘physical attractiveness stereotype’, co możemy przetłumaczyć jako stereotyp fizycznej atrakcyjności. Zasada jest prosta - „ładni ludzie” szybciej zyskają nasze zaufanie, uwiarygodnią swoją dobroduszność oraz potencjalny zasób wiedzy, niż „ludzie nieładni”. Nie trzeba specjalnie długo szukać przykładów – Ted Bundy, skazany na śmierć morderca, pomimo udowodnienia mu zabicia przynajmniej dwunastu kobiet, zgromadził wokół siebie wianuszek fanek. Podczas licznych rozmów z nimi, tłumaczyły swój brak wiary w jego czyny, ponieważ jest przystojny i nikt tak pociągający nie mógłbym popełnić tak okropnych zbrodni. Zdecydowanie mniej drastycznym przypadkiem jest ten Jeremy’iego Meeksa, który stał się internetową sensacją zaraz po tym, jak do sieci trafiło jego zdjęcie z policyjnego zatrzymania. Stało się to wyłącznie dlatego, że był niezwykle przystojny, mimo, że został oskarżony o nielegalne posiadanie broni, za co odsiedział dwa lata w więzieniu. Przekładając to na zasadę w świecie Instagrama, będąc obiektywnie przystojnym zdecydowanie łatwiej będzie przychodziło zdobywanie kolejnych followersów, a gdy algorytm dostrzeże wzmożoną aktywność na danym profilu, reszta będzie już tylko formalnością. 

Branżowa paprotka, czyli „twarz rajstop”

Jak się okazuje, nie tylko w świecie internetowych makijażystów dochodzi do różnego rodzaju dram, ale i YouTube’owe środowisko zawodowych trenerów nie jest od nich wolne. Jedną z większych infamii cieszy się obecnie marka „VShred” oraz jej współtwórca Vince Sant. Przygoda Santa zaczęła się w roku 2015, kiedy to opublikował swój pierwszy instruktarz, gdzie pokazywał jak należy ćwiczyć mięsnie brzucha, aby osiągnąć szybkie efekty. Vince już wtedy mógł się pochwalić dużą aktywnością na Instagramie, gdzie publikował zarówno prywatne zdjęcia, jak i fotosy z kampanii modowych takich marek jak Calvin Klein, czy C&A. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by Vince Sant (@vin_sant)

Tym samym można uznać, że niewiele miał związku z zawodową działalnością w świecie fitness, choć jednocześnie nie można mu było odmówić nienagannej, wręcz atletycznej sylwetki. Wszystko szło świetnie, dopóki nie wyszło na jaw, że materiały Santa są łudząco podobne do tych stworzonych parę lat wcześniej przez YouTubera Jeffa Cavaliere znanego jako „Athlean-X”. Gdy przyszło do weryfikacji umiejętności Vince’a jako internetowego trenera tworzącego swoje autorskie zestawy ćwiczeń, okazało się, że nie dość nie ma w tym żadnego doświadczenia, tak są one jednocześnie niebezpieczne dla zdrowia, co udowodnił ten sam Cavaliere. Co istotne dla całej sprawy, „VShred” powstało już w roku 2015, wtedy jeszcze pod inną nazwą, przy udziale biznesmenów – Nicka Daniela, Rogera Crandalla oraz Kevina Pearna. Sant pomimo bycia oficjalnym współwłaścicielem marki, jest jej wyłączną twarzą. Pytanie dlaczego, tym bardziej gdy pozostali panowie również są całkiem popularni na Instagramie i nie należą do tej „nieatrakcyjnej” grupy? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by Vince Sant (@vin_sant)

Wielu YouTuberów wskazuje na to, że Sant dosłownie został wybrany na twarz biznes planu wcześniej wymienionej trójki przedsiębiorców. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Jednak decydując się na wybór kogoś wyłącznie „ładnego”, kto nie ma pojęcia o tworzeniu diet oraz planów treningowych, nie tylko narażają imię swojej marki, ale i wykorzystują niewiedzę Santa, by go sobie podporządkować. I tak koło się zamyka, Vince reklamuje swoim ciałem na Instagramie „VShred” i jej programy treningowe, suplementy diety „SCULPTnation” oraz inne rzeczy, klasyczne dla wszelakiej maści influencerów – wybielacze do zębów, odzież, buty, czy samochody. By tego było mało, produkty wyżej wymienionych marek należą do tych absurdalnie drogich, gdy ich skuteczność jest kwestionowana przez YouTuberów zajmujących się tym zawodowo. Jednak zawsze znajdą się tacy, którzy natrafiając na ofertę obiecującą im wręcz natychmiastowe efekty, w dodatku mając dowód w postaci nienagannej sylwetki Vince’a, uwierzą mu i kupią reklamowane przez niego produkty. Jak widać, przypadek zespołu Milli Vanilli nie dotyczy już tylko muzyki, ale przeniósł się do mediów społecznościowych. 

Wystarczył jeden film, aby z felietoniku, który miał być dyskusją o sztuczkach profesjonalnych użytkowników Instagrama, zrodził się sporych rozmiarów artykuł o kulisach biznesu fitness i nie tylko. Social media z nami zostaną, a dopóki będą przynosić innym zysk, a my będziemy pozwalać sobie na klikanie w kolejne krypto reklamy, nie doprowadzimy do zmiany. Gdzieś jest granica – granica wyzysku, granica napompowania mięśni, granica głupoty, pytanie tylko gdzie i kiedy się z spotkamy.