Zasady bicia rekordu prędkości były proste. Samochód na określonym odcinku drogi (której rolę w tym przypadku ze zrozumiałych względów pełnił pas startowy na lotnisku) musiał odbyć dwa przejazdy w przeciwnych kierunkach, a uzyskane w nich maksymalne prędkości należało najpierw do siebie dodać, a następnie podzielić przez dwa.

Próba, do której doszło 17 stycznia nie była pierwszą w wykonaniu Tuatary. W październiku ubiegłego roku uradowani przedstawiciele firmy SSC poinformowali, że ich dzieło udało się rozpędzić do oszałamiającej prędkości 532,93 km/h, a średnia z dwóch przejazdów wyniosła 508,73 km/h. Entuzjazm szybko jednak opadł, a firma zdecydowała się nie zgłaszać wyniku Guinnessowi, a zamiast tego powtórzyć cały sprawdzian. Druga próba miała odbyć się w grudniu, ale została odwołana z powodu problemów z silnikiem.

Do trzech razy sztuka

Plan wreszcie udało się zrealizować kilka dni temu na terenie Centrum Kosmicznego imienia Kennedy’ego. Kierowca Larry Caplin miał do dyspozycji pas o długości 3,3 mili, na którym udało mu się rozpędzić Tuatarę najpierw do 450,1 kilometrów na godzinę, a po kwadransie do 460,4 km/h. Średni wynik wynoszący dokładnie 455,3 km/h sprawił, że SSC Tuatara zdetronizowała Koenigsegga Agerę RS i oficjalnie stała się najszybszym seryjnym samochodem na świecie. Przynajmniej, jeśli chodzi o Księgę Rekordów Guinnessa, bo jakiś czas temu Bugatti Chiron osiągnął prędkość ponad 490 kilometrów na godzinę. Próba ta odbyła się w innych warunkach, które nie spełniały wymogów autorów słynnej Księgi.

Konstruktorzy Tuatary twierdzą, że pobicie rekordu bynajmniej nie oznacza końca prac nad samochodem, bo kolejnym celem jest przekroczenie granicy 300 mil na godzinę. No i rywalizacja się nie kończy - ciekawe, jak teraz zareaguje Koenigsegg...