Idzie nowe

Kiedy w 2016 roku Toyota zaprezentowała model C-HR, nawet najbardziej optymistycznie nastawieni do świata dziennikarze nie mogli uwierzyć, że ten miejski SUV zasila gamę marki, która - choć jest niezaprzeczalnym liderem niezawodności i mistrzem nowych technologii - to daleko jej do bycia określanym jako mistrz wzornictwa użytkowego. A jednak, miejski SUV dumnie nosi logo Toyoty i niemal natychmiast podbił serca Polaków. To było coś, gdy zaczepiany byłem przez innych kierowców i przechodniów, którzy chcieli dowiedzieć się, jak jeździ się nowym „japończykiem”. Czułem się, jakbym prowadził któryś z włoskich bolidów, a nie auto koncernu, który w każdym roku wypuszcza z taśm produkcyjnych miliony takich samych pojazdów. Dla wtajemniczonych nie była to jednak niespodzianka, bo stylistyka Toyoty C-HR zapowiadała nadejście nowej ery designu japońskiego producenta.

Jednak Toyota C-HR ma w sobie coś takiego, co i dziś przyciąga wzrok. Z pewnością nie jest to auto, które zginie w tłumie nawet, jeśli kupilibyście je w kolorze białym lub szarym. Ostre, odważne linie nadwozia i mocno zarysowana twarz przypominają mi bohaterów serii Transformers. Nie muszę chyba dodawać, że chodzi o Autoboty, czyli tych dobrych. Dynamiczna karoseria poprzecinana została przetłoczeniami, nadającymi jej sportowego charakteru. Nawet wydatny spojler, który optycznie wydłuża dach, jest jakby wyjęty z magazynu rajdowego teamu.

Futurystycznie i ergonomicznie

Podwyższone nadwozie idealnie wpisuje się w aktualne trendy, a próg podłogi i wysokość, na której znajduje się siedzisko fotela zostały idealnie dopasowane do europejskich pośladków. Wnętrze utrzymane jest w ultranowoczesnym stylu. Deska rozdzielcza skierowana jest w stronę kierowcy, jakby sugerując, że to on jest tu najważniejszy, Wszystko znajduje się na swoim miejscu i jest łatwo dostępne. Chyba jedynym ergonomicznym zgrzytem jest włącznik automatycznych świateł drogowych umiejscowiony z lewej strony deski, na wysokości kolan. Nad całością góruje ekran multimediów, który wraz z liftingiem karoserii otrzymał wreszcie nową nawigację i usprawnienia w postaci Apple CarPlay i Android Auto. To absolutnie krok milowy dla Toyoty i ukłon w stronę młodych kierowców, którzy nie rozstają się ze swoim smartfonem. Powiem więcej, to wszystko działa, a nawigacja pracuje gładko i bezproblemowo. Poniżej ekranu umiejscowiono wydatny tunel środkowy, w którym znalazło się miejsce dla dwóch kubków z napojami i głęboki schowek pod podłokietnikiem, który (tu znów musze dodać słowa uznania) idealnie podpiera łokieć. 

Na uznanie zasługują również fotele. Są obszerne i idealnie dopasowują się do sylwetki, nawet takiego jak ja, obdarzonego większą objętością społeczną osobnika. Na tylnej kanapie nie pobijecie rekordu przestronności, ale takich dwóch jak autor tego tekstu zmieści się bez problemu. Narzekać na brak widoczności mogą jedynie dzieci jeżdżące w fotelikach, bo wysoko poprowadzona linia okien skutecznie odbiera możliwość obserwacji otoczenia. Podobnie, za sprawą nisko opadającej klapy w stylu coupe, bagażnik nie jest tak funkcjonalny jakbym tego oczekiwał. Dodatkowo, pod jego podłogą kryje się akumulator. Aż dziwię się, że konstruktorzy nie znaleźli dla niego lepszego miejsca, tym bardziej, że pod podłogą znajduje się styropianowe koryto o wielkości porównywalnej z główną przestrzenią bagażową. Pewnie gdybym zdecydował się na zakup Toyoty C-HR, pierwszym zabiegiem tuningowym byłoby właśnie uwolnienie części przestrzeni pod podłogą. Na moje oko zmieszczą się tam dwie walizki kabinowe.

CZYTAJ TEŻ: Genewa stop. Fabryki stop. Koronawirus stop. I co dalej...? [MOTO PIĄTEK]

Ekologiczna radość z jazdy

Czas odpalić silnik. Wciskam przycisk START i… cisza. Kontrolki dają znać, że samochód jest gotowy do jazdy, ale w kabinie panuje kompletny spokój. Zaawansowany układ hybrydowy zaprogramowany jest tak, że auto zawsze rusza z wykorzystaniem silnika elektrycznego i dopiero po chwili, lub mocniejszym wciśnięciu pedału przyspieszenia do pracy zabiera się jednostka spalinowa. W tym miejscu kilka zdań poświęcę na krótką prezentację układu napędowego. Jednostka zadebiutowała w najnowszym modelu Corolla i określana jest mianem Hybrid Dynamic Force. W skrócie, to dwulitrowy, benzynowy, wolnossący motor współpracujący z silnikiem elektrycznym. Zadaniem jednostki spalinowej jest napędzanie kół i ładowanie baterii dla silnika elektrycznego, bo rekuperacja energii z procesu hamowania nie wystarczy, by naładować baterie do pełna. Silnik spalinowy pracuje w trybie Atkinsona-Millera, który - nie wdając się w szczegóły techniczne - ma zużywać mniejsze ilości paliwa przy tej samej wydajności. 

Zespolony agregat spalinowo-elektryczny legitymuje się mocą 184 KM, co przy niewielkich rozmiarach miejskiego SUV-a jest wartością więcej niż zadowalającą. W tym miejscu proszę o uwagę. Nowy zespół napędowy 2.0 Hybrid Dynamic Force to najlepsza rzecz, jaka mogła przydarzyć się niewielkiej Toyocie. Auto jest już nie tylko oszczędne, ale i szybkie. Oglądać się za nim będą więc nie tylko eko-aktywistki. Wrażenia podczas jazdy są bardzo pozytywne, bo „hybryda” bardzo chętnie współpracuje z kierowcą. Jeśli chciałbym wykorzystać maksimum jej możliwości, byłaby w stanie przyspieszyć do pierwszych 100 km/h w czasie 8,2 sekundy! Prędkość maksymalną producent określił na 180 km/h, co w zupełności wystarczy. Jazda autostradą jest bardzo przyjemna nie tylko ze względu na dynamikę zespołu napędowego.

Kabina jest bardzo dobrze wygłuszona i do prędkości 140 km/h w środku panuje kompletna cisza. Do uszu dobiega jedynie delikatny szum opływającego powietrza. Pewną przypadłością układów hybrydowych jest połączenie ich z bezstopniową skrzynią biegów CVT. Efektem ubocznym jej pracy było gwałtowne wchodzenie silnika na obroty, co nie sprzyjało walorom słuchowym. Odpowiedni zapas mocy i poprawiona charakterystyka pracy skrzyni spowodowała, że męczące zjawisko praktycznie nie występuje, a nawet jeśli wciśniemy „gaz do dechy”, to dobre wygłuszenie niweluje niepożądany efekt praktycznie w całości. Podoba mi się sportowo zestrojone zawieszenie, które daje poczucie pewności za kierownicą oraz sporo frajdy na wąskiej, krętej drodze.

A jednak wciąż oszczędnie

Wypadałoby także poświęcić kilka słów zużyciu paliwa. Element, który zwykle pomijam przy opisie sportowych samochodów, w przypadku hybrydy ma kluczowe znaczenie. I tak, jazda z maksymalną dozwoloną prędkością autostradową okupiona jest zużyciem na poziomie 5,9 l/100km. W mieście, przy wykorzystaniu odzyskiwania energii, bez problemu uzyskacie wynik na poziomie 3,8 l/100km. Ten wynik jest być może do pobicia, ale do jego osiągnięcia potrzebne będzie skrupulatne zaplanowanie trasy i pomoc wszystkich pasażerów, których zadaniem będzie uważna obserwacja drogi i przekazywanie danych do kierowcy.

Uważam, że samochody z napędami hybrydowymi, stanowią doskonały wstęp do elektromobilności, która prawdopodobnie w niedługim czasie jest nieunikniona. Próba poruszania się z maksymalnym wykorzystaniem silnika elektrycznego wymaga sporego treningu i zmiany przyzwyczajeń, ale w konsekwencji daje dużo frajdy i poczucie spełnienia obywatelskiego obowiązku. 

Toyota modelem C-HR z zespołem napędowym 2.0 Hybrid Dynamic Force pokazuje, że nie trzeba już wybierać pomiędzy ekologią i radością z jazdy, a użytkowanie samochodu hybrydowego może być bardzo przyjemne. Naturalnym krokiem powinno być teraz wprowadzenie wersji plug-in hybrid, która pozwoli na pozyskiwanie energii ze źródeł zewnętrznych oraz możliwość poruszania się z wykorzystaniem jedynie silnika bezemisyjnego.