Miałem kiedyś kolegę, z którym grywałem w tenisa. Było to w czasach, kiedy jeszcze grałem w tenisa i – co tu dużo mówić – nawet nieźle mi szło. Do czasu. Któregoś dnia na kort przyjechał Znany Trener. Przyglądał się przez pół godziny temu, jak gram. Po meczu podszedł do mnie, poklepał mnie po plecach i powiedział z uśmiechem: „Jesteś zmarnowanym talentem”. Prawdopodobnie w jego mniemaniu miał to być wieeeeeelki komplement. Nie był. Za to był to mój ostatni mecz tenisa. W życiu lubię zajmować się tylko tym, w czym nie trwonię swojego talentu. 

Każdy facet uprawiający sport, do którego potrzebny jest co najmniej jeden partner, wie, że to, co mówi się na boisku, korcie, macie, placu, a szczególnie w szatni, jest święte. I poza boisko, kort, matę, plac, a szczególnie szatnię NIGDY nie powinno wyjść. Tym bardziej, że to podczas sportu spotykamy się  często z naszymi przyjaciółmi, którym zawierzamy najważniejsze i najbardziej intymne sprawy. Mamy wkodowane kulturowo, że męska przyjaźń realizuje się najczęściej w schemacie shoulder-to-shoulder (ramię w ramię), czyli we wspólnej akcji i działaniu, w przeciwieństwie do kobiecej przyjaźni, która spełnia się głównie w schemacie face-to-face (twarzą w twarz), opierając się na przekazie informacji, tysięcy informacji. Mecz czy „siłka” z przyjacielem to są te „facetowe” momenty, w których wprawdzie gramy w sport, ale nie gramy ról. To moment rozluźnienia, otwarcia, zaufania. Coś, co nam, współczesnym mężczyznom, od których oczekuje się niemożliwego, przydarza się bardzo rzadko. Są to sytuacje z pogranicza sacrum, które wymagają szczególnego szacunku. 

Wróćmy do owego kolegi z tenisowego kortu. Był superczłowiekiem, z którym doskonale spędzało mi się czas, i miał duże zadatki na zostanie moim przyjacielem. Po kilku miesiącach grania z nim spotkałem na ulicy jego żonę. Widywałem ją rzadko, choć znałem ją z wielu jego opowieści. Po krótkiej wymianie uprzejmości uśmiechnęła się szelmowsko, mrugnęła porozumiewawczo okiem i powiedziała: „Nooooo, słyszałam, że nieźle się tam z Moniką zabawiacie w łóżku!”. Oniemiałem! Pewnie gdybym potrafił, to nawet bym spłonął. Udałem, że nie wiem, o co chodzi. Pożegnaliśmy się szybko. Dotarło do mnie, że kolega z kortu nigdy moim przyjacielem nie zostanie. Miał brzydką cechę. O wszystkim, o czym rozmawialiśmy w czasie gry lub w szatni, z czego się zwierzałem, o czym mówiłem, o wszystkim tym opowiadał po powrocie do domu żonie. Ze szczegółami! Masakra. 

Bo czegokolwiek by nie powiedzieć o męskiej przyjaźni, to punktem wyjścia do jej zadzierzgnięcia, rozwoju i trwania jest zaufanie i lojalność. Jeśli w którejś z tych dwóch uzupełniających się umiejętności jesteś słaby, to sorry, brachu, ale marnie ci wróżę w kwestii posiadania przyjaciela.

Większość z was, którzy czytacie ten felieton, nie ma męskiego przyjaciela. Pośród tych, którzy mają, jest również spora grupa, która jedynie myśli, że ma. Bo ma kumpla z dzieciństwa/wojska/studiów (niepotrzebne skreślić), z którym słyszy się lub widuje raz na trzy lata. W mniejszości są ci, którzy prawdziwych męskich przyjaciół mają. Czy ci ostatni są szczęściarzami? Nie. Tym ostatnim, tym w mniejszości, po prostu się chce. Bo utrzymanie prawdziwej przyjaźni – podobnie jak każdego innego głębokiego związku – to praca. Wymaga starań, zabiegów, przeznaczenia (a nie poświęcenia!) czasu. Myślimy, że nasze potrzeby emocjonalne będziemy mogli załatwić najpierw z matką, a potem z partnerką. Ale ostrzegam, drodzy panowie, dziewczyny mają dość. Po pierwsze, mają dość tego, że traktujecie je jako emotional gold digger, czyli emocjonalne studnie bez dna, w których możecie do woli kopać, które zawsze staną na wysokości zadania i ogarną wasze emocjonalne huśtawki. Po drugie, mają dość organizowania wam życia towarzyskiego i zachęcania was do tego, żebyście poszukali sobie kolegi, umówili się z nim na piwo lub na sport. Każda mądra kobieta wie, że facet, który ma zaspokojone potrzeby męskiej przyjaźni, jest o niebo lepszym partnerem! Ale podtrzymywanie waszych przyjaźni to nie jest jej rola. To wy sami macie o nie zadbać. Nie widzicie szczególnego powodu? Proszę bardzo. Oto kilka naukowych dowodów na to, że męska przyjaźń da wam dłuższe i szczęśliwsze życie. 

Od 77 lat na Uniwersytecie Harvarda w ramach Harvard Study of Adult Developement prowadzone są badania nad wpływem relacji międzyludzkich na stan fizyczny i psychiczny. I co się okazuje? Gdy patrzy się na dzisiejszych osiemdziesięciolatków, widać wyraźnie, że ci, którzy potrafili zbudować głębokie męskie przyjaźnie, mieli szczęśliwsze życie. Co więcej, cieszyli się lepszym zdrowiem, a do tego dłużej zachowywali sprawność umysłową. Mężczyźni pozbawieni przyjaciół dużo szybciej zapadali na demencję. Ci szczęśliwsi i zdrowsi dbali o swoich przyjaciół. Wykonywali mrówczą pracę nad sobą, żeby ich przyjaźnie przetrwały lata.

O ile w tenisie jestem zmarnowanym talentem, o tyle w przyjaźni mam Wielkiego Szlema. Po latach doświadczeń wiem, że typologizowanie i mówienie, że mężczyźni przyjaźnią się jakoś szczególnie inaczej niż kobiety, jest… nietrafne. Każde z nas, niezależnie od płci, poszukuje bliskości i bezgranicznego zaufania, które daje przyjaciel. Moje przyjaźnie są różne, bo różni są moi przyjaciele. Czasem mają formę shoulder-to-shoulder, czasem face-to-face. Wszystko zależy od momentu w naszych życiach. Od Fifiaszy dostaję nieskończone, pozawerbalne zrozumienie, dzięki Szeryfowi wiem, że warto być uczciwym i uczuciowym człowiekiem, od Orła czerpię garściami z jego życiowej mądrości, a od Marcysia uczę się, jak żyć piękniej. Każdy z nich jest dla mnie autorytetem, każdy z nich jest dla mnie ważny, każdego z nich kocham. Dzięki nim jestem lepszym człowiekiem. I na przyjaźń z każdym z nich pracuję. Codziennie. 

Więc jeśli chcesz być takim szczęściarzem jak ja, to zaraz po przeczytaniu tego felietonu rusz cztery litery, zadzwoń do starego przyjaciela lub rokującego przyjacielsko kumpla i pozwól sobie na bycie przy nim sobą. Niczego nie udawaj. Bądź. 

---------

Tomasz Sobierajski - socjolog z zawodu i z pasji, badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań i multidyscyplinaroności. Autor kilkunastu książek o sprawach ważnych. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z miłości i warszawianin z wyboru.