Pamięta doskonale swoje pierwsze kroki w telewizji. Był 1996 rok, miał dwadzieścia lat i wychodził na żywo w programie. Nigdy więcej nie miał być już tak zestresowany jak wówczas. To były pionierskie czasy i dużo rzeczy uchodziło jeszcze płazem. Ale nie wszystko. Zaczynał od reporterki. W czasie meczów piłkarskich, w przerwie przepytywał zawodników. Wywiad na żywo, te trzy pytania do trenera to zadanie bardzo trudne, dla obu stron ekstremalna sytuacja, zwłaszcza kiedy mecz nie szedł po naszej myśli. Robił podstawowy błąd, uczył się pytań na pamięć, co jest kompletnym zaprzeczeniem tego, jak powinno się przeprowadzać wywiady.

- Gdybym zapomniał treści pytania, zaraz bym się zamotał i go nie zadał. Taki był początek. Nie wiedziałem jeszcze o co w tym chodzi. Ale najtrudniejszą rzeczą były programy na żywo.

Program odbywał się w małym pomieszczeniu. Kilka metrów kwadratowych. Stała przed nim kamera i tylko kamera. Musiał z nią pracować na żywo. Słyszał z reżyserki odliczanie 10, 9, 8, 7... i czuł jak się pode nim robi kałuża.

- Jakbym się rozpuszczał cały. Im bliżej było tego 3, 2, 1, czułem, że muszę uciec.

Ale to już niemożliwe, kamera rusza i Tomek zaczyna: „dzień dobry państwu, tadam, tadam, tadam”, porusza ciałem na boki. Wejście trwa 30 sekund, bo zapowiada bramki wtedy ligi angielskiej. Sekundy mijają, wchodzi wydawca i mówi „te, kiwaczek, ale śmiesznie głową kiwasz”.

- No i ugotował mnie dokumentnie. W tym momencie koniec… Gdyby mi wtedy powiedział „Tomek, idź do domu, nie powiemy nikomu” to bym poszedł. Nie dałbym wtedy rady. Miałem takie uczucie, że to nie dla mnie, że nie nadaję się. Ale miałem dwadzieścia lat. Nikt mnie nie nauczył, jak pracować z kamerą.

Nie było od kogo się nauczyć tej szybkiej, nowoczesnej telewizji. Dzisiaj spotyka się ze studentami, a oni pytają jak to jest, jak to było, a co by im poradził, bo chcą się dostać do telewizji i robić wywiady. Mówi im: „panie i panowie, żadna uczelnia nie da wam takiego warsztatu, ile wam da praca na żywej materii. Ja zostałem wrzucony do głębokiej wody i albo bym się utopił, albo nauczył. Nauczyłem się pływać, ale jeżeli sam nie pracujesz, nie mierzysz się z tym prawdziwym stresem wyjścia na antenę, to tego ci nie zastąpi żadna uczelnia, żaden trener personalny, czy praca przed lustrem. Kto miał okazję wystąpić na żywo, ten wie o czym mówię”

Jeden z najważniejszych wywiadów, jaki zrobił był z człowiekiem absolutnie fantastycznym, z trenerem, wówczas już byłym trenerem reprezentacji Anglii, a w okresie, gdy rozmawiali aktualnym trenerem PSV Eindhoven - Bobbym Robsonem. To była wielka postać świata trenerskiego, trener czwartej drużyny świata, reprezentacji Anglii na Mistrzostwach Świata w 1990r. Potem prowadził Porto no i Barcelonę.

- Rozmowa z nim dała mi więcej odwagi i wiary w siebie i więcej mnie nauczyła niż z kimkolwiek innym. Nikt nie poświęcił mi tyle czasu, w taki ciepły sposób, chociaż na początku mnie sprawdził na zasadzie - ja się z tobą nie umawiałem. Pojechałem wtedy do Eindhoven, a on mówi - nie mam czasu, nie porozmawiam z Tobą, po czym odwrócił się i wyszedł. Wrócił za dwie minuty i mówi - chodź, chodź, przecież tylko żartowałem. Usiadł ze mną i moim kolegą i rozmawialiśmy godzinę. To była fantastyczna rozmowa, gdzie chyba tylko pierwsze 10 minut było o piłce, a potem rozmawialiśmy o podejściu do drugiego człowieka, o motywowaniu zawodników. Zaczął nam też opowiadać o swojej rodzinie, o tym, co jest dla niego ważne i co jest ważne w zespole. I nagle to się stała zupełnie inna rozmowa. Prowadziliśmy ją na murku oddzielającym szatnię od boiska zespołu PSV Eindhoven. Pewnie gdybyśmy jeszcze chcieli rozmawiać, to tak byśmy na tym murku rozmawiali. Niezwykła postać. Wtedy już taki pan dobrze po sześćdziesiątce, ale dobry człowiek, tak bym go określił. Było widać, że to dobry człowiek. Zresztą uważam, że na złych ludzi szkoda czasu. Staram się otaczać dobrymi ludźmi i ich kolekcjonować ich opowieści. I ich dobrą energię.

Dzisiaj Tomasz jest w niełatwym momencie życia. Po 23 latach odszedł z Canal+, chociaż mógłby pewnie zostać tam do końca dziennikarskiej kariery pracując z przyjaciółmi z redakcji sportowej, ale potrzebował nowego impulsu. Nowego rozdania. Wyzwania.

- Mam już 45 lat i chcę mieć wokół dobrą energię, dobrych ludzi i robić takie rzeczy, jak na przykład turniej padla. Nie robię go, żeby na nim zarobić, bo przecież do niego dołożę, ale nie o to chodzi. Jest miło, sympatycznie, fajnie sobie gramy. Robienie fajnych rzeczy w życiu kręci mnie teraz bardziej w życiu niż cokolwiek innego. Bo mamy to życie jedno i naprawdę bardzo krótkie i myślę, że przede mną jeszcze ok. 20 lat na pełnych obrotach, a potem trzeba będzie hamować. Chcę te lata po prostu dobrze przeżyć.

W padla wciągnął go zbieg okoliczności. Kuba Słowiński, pierwsza rakieta Polski w padlu kiedyś opowiadał o tej dyscyplinie, pokazał rakiety i powiedział, że kiedyś muszą zagrać, bo są korty w Warszawie. Nie minął tydzień i zadzwonił Zbigniew Boniek i mówi „słuchaj Smoczek, czy można gdzieś w padla pograć w Polsce? No i Smokowski „ożenił” wtedy Bońka z Kubą Słowińskim. Ale do padla trzeba czterech. Musiał zagrać też sam.

Na południu Europy padel jest popularny, ale tam można grać na zewnątrz. W Warszawie były dwa korty. Jeden na Bulwarach Wiślanych, sport stawał się coraz bardziej popularny. Dołączył Jerzy Dudek, a był wicemistrzem szatni Realu Madryt. Lepszy od niego był tylko Sergio Ramos. Potem Smokowski opowiedział o padlu Czerkawskiemu, kiedy go spotkał w jakiejś knajpie wegetariańskiej, ale to już w czasach obecnych, kiedy powstała hala na Juitrzenki.

- Wciągam kolejne osoby ze środowiska dziennikarskiego, bo sam jestem dziennikarzem i sportowców, piłkarzy, bo jestem dziennikarzem sportowym. I padel robi się sportem coraz bardziej popularnym. To jest super sport, który bardzo uspołecznia. Grasz na małym korcie, łatwo o  interakcje. Grasz dwóch na dwóch, więc już w trakcie meczu jest miejsce na „szydercę”, na komentarze, na emocje.

Wszyscy traktują zawody bardzo poważnie. Nikt nie odpuszcza, ale to nie przeszkadza pożartować po nieudanej piłce. Szydera jest obowiązkowa w każdej szatni i na korcie padlowym też. Bardzo to lubią. Potem można sobie jeszcze usiąść na kanapie, spędzić godzinkę, wypić jedno piwo i jeszcze sobie pokomentować.

Padel staje się dzisiaj w Hiszpanii sportem popularniejszym od tenisa i to pomimo popularności Nadala. Dzieje się tak, bo jest prostszy, nie wymaga tyle przestrzeni co kort, więc boisko można mieć koło domu.

- Ale ja myślę, że decyduje prostota. Jakie jest najtrudniejsze uderzenie w tenisie? Serw. A w padlu serwu nie ma. Nie ma uderzenia z nad głowy. Jest dużo smeczowania, ale żeby stanąć na korcie i zacząć grać, serwisu nie potrzebujesz. Rakieta jest krótka, jest naturalnym przedłużeniem  nadgarstka. Bariera wejścia na kort i rozpoczęcia gry nie istnieje. Wystarczy, że zejdą się cztery osoby, które mają ochotę pograć i można zaczynać. A teraz wracam do Hiszpanii, południowcy lubią spędzać czas razem. Tam jest słońce, tam jest ciepło, można w zasadzie grać całą dobę. Kiedy teraz pojedziesz do Hiszpanii i już będziesz wiedział co to jest, o co w tym padlu chodzi, zobaczysz jak tam dużo jest kortów. Są korty z taką nawierzchnią, jaką mamy w Warszawie, z przeszklonymi ścianami, ale są i zwyczajnie wylane na betonie i ściany też są betonowe, zrobione najtańszym sposobem. Gra się trochę jak w małym bunkrze, jak w klatce. Ale przy każdym osiedlu jest kort do padla. Wiem co mówię, bo pojechałem to sprawdzić. Można było wszędzie pożyczyć sprzęt. Poszliśmy z żoną, dziećmi pograć. I oni, grali pierwszy raz w życiu i cieszyli się tą grą. Każdy, kto spróbuje, zaczyna grać, bo ludziom to się naprawdę podoba.

Oczywiście jak każdy sport ten też ma swoje tajniki, na przykład odbijanie piłki od ścian. Żeby opanować tę sztukę, trzeba pracy, ale grania, na najprostszym, bazowym poziomie, wystarczy założyć buty i wziąć rakietę do ręki.

Smokowski zanim wkręcił się w padla przebiegł czterdzieści maratonów. Gra w tenisa, uprawia cross fit. Myślę, że jest to jakieś sportowe ADHD, że się pewnie rusza za dużo, w stosunku do tego, ile ma lat. Czasami musi więc skorzystać z usług fizjoterapeuty. Całe życie się rusza, bo tego potrzebuje. Żartuje, że dopiero jak się zmęczy, czuje się wypoczęty. Pewnie ma to coś wspólnego z pracą. W Canal + przepracowałem 23 lata. Teraz, w Polsacie też ciągle jest na antenie na pierwszej linii frontu.

- I jest to ta dziedzina życia, która daje mi adrenalinę. Ale powoduje oczywiście też stresy. Byłem też przez kilka lat w Canal+ szefem Sportu. Miałem pod sobą osiemdziesiąt osób i więcej, i to był dla mnie trudny czas, bo każda z tych osób jeśli ma jakiś problem, przychodzi do swojego szefa, a ja z tymi problemami muszę i chcę się zmierzyć, bo od tego jestem. Wtedy biegałem bardzo dużo maratonów, bo tylko to pozwalało mi totalnie upuścić nadmiar ciśnienia. I mogłem wyłączyć telefon. Kiedy  uprawiam sport, to staram się zawsze telefon wyrzucać, bo inaczej byłbym w pracy cały czas. Mam dwóch fantastycznych synów, mam kochaną, fenomenalną żonę, która teraz właśnie chodzi po Himalajach w trekkingu. To są rzeczy, które nas bardzo kręcą. Ona biegała ze mną maratony. Robimy takie rzeczy, które dają nam taką dziecięcą radochę.

Pytam Tomasza, czy sport przetrwa zderzenie z wirtualną rzeczywistością. Czy może jednak na stadionie narodowym będziemy mieli już tylko turnieje gameingowe zamiast lekkoatletycznych. Milczy chwilę. A potem mówi, że ma w sporcie nadzieję.

- Wiem, że dla młodych e-sport jest taki sam, jak prawdziwy, ale uważam, że aktywność fizyczna jest ponad wszystko. Chociaż lubię usiąść z synami i zagrać w FIFę, nawet jestem ambasadorem tej gry, ale komentatorem jest Darek Szpakowski. Dzieci mnie pytają, kiedy w końcu zostaniesz komentatorem FIFy. I chciałbym to zrobić. Na razie te nasze mecze z dziećmi komentuję, ale to się nie nadaje do prasy. Ogrywają mnie okrutnie. A potem idziemy biegać. Bo ja dzieciom zaszczepiam aktywny sport i mam nadzieję, że prawdziwy sport się obroni.