Jak pański bohater, czyli Witold Wanycz zmienił się pomiędzy pierwszym, a drugim „Rojstem” – oczywiście pomijając oczywisty fakt, że w drugiej jest starszy?

Andrzej Seweryn: Niestety dużo na ten temat powiedzieć nie mogę, bo nie chciałbym zdradzać fabuły. Częściowo sam pan sobie odpowiedział – Wanycz jest starszy o 13 lat, ale mogę zapewnić, że jego relacje z innymi postaciami są równie intensywne jak wcześniej. A może jeszcze bardziej intensywne…

Jan Holoubek: Moim zdaniem Wanycz to constans. Cały czas zachowuje pewne cechy, które miał w pierwszym sezonie. Jest gościem, który trzyma tajemnicę, wie więcej niż cała reszta i bardzo niechętnie się tą wiedzą dzieli.

Czy łatwiej było panu wejść w skórę Wanycza z 1984, czy 1997 roku?

Andrzej Seweryn: Gdy Jan pierwszy raz przyszedł do mnie z propozycją zagrania tej roli, to ucieszyłem się tak bardzo, że wręcz się przestraszyłem, choć oczywiście w żaden sposób tego nie okazywałem. To był strach wynikający z poczucia ogromnej odpowiedzialności. Pierwszy „Rojst” spotkał się z dobrym odzewem ze strony publiczności, więc powrót do Wanycza był powrotem radosnym. Gdy dowiedziałem się o „Rojście ‘97”, wskoczyłem do tego pociągu z radością dwudziestoletniego młodzieńca.

Dużą siłą obu serii „Rojsta” jest klimat – najpierw lat osiemdziesiątych, a potem dziewięćdziesiątych. Czy tworzenie klimatu obu tych okresów na ekranie różniło się od siebie?

Jan Holoubek: Były to zadania tak różne, jak różne są te dekady. Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte stoją do siebie niemal w opozycji. Te pierwsze to szary beton i monochromatyczność, a te drugie to pstrokacizna, wybuch ogromnej energii, bazary, pełne sklepy, zalew tandety... Tworzenie klimatu lat dziewięćdziesiątych było dla nas trudniejsze, niż w przypadku scenografii do pierwszego sezonu. Ujęcie całego tego chaosu w estetyczne ryzy jest większą trudnością dla scenografa, operatora oraz wszystkich ludzi, którzy pracują nad warstwą wizualną. To była trudność, ale bardzo ekscytująca – wszyscy się bardzo ucieszyliśmy, że teraz możemy „zrobić” lata dziewięćdziesiąte. Zależało nam na tym, by odwzorować je równie dobrze, jak wcześniej poprzednią dekadę. Moim zdaniem się udało, ale ostateczną ocenę zostawiam widzom.

Andrzej Seweryn: Dodam tylko, że ani ja nie miałem żadnego problemu, ani Weronika Orlińska, czyli autorka kostiumów, ze mną. Wanycz w 1997 roku ubiera się tak samo, jak ten w 1984.

Pierwsza seria była komentowana pod względem pewnych nieścisłości. Ktoś zauważył, że w pierwszym „Rojście” na półce znajduje się kaseta magnetofonowa, która została wyprodukowana dwa lata po czasie akcji serialu. Czy w „Rojście ‘97” zdarzyły się podobne wpadki?

Jan Holoubek: Wiem, o kogo chodzi. Po pierwszym sezonie powstał fanpage na Facebooku o nazwie „Rojst - zupełnie nieistotne detale” i tam jej moderator wyłapywał wszystkie te niuanse. Takich rzeczy, jak wspomniana kaseta, całkowicie uniknąć się nie da. Ja zresztą napisałem do tego człowieka, co go na początku troszkę onieśmieliło, bo nie wiedział, że obserwuję jego poczynania. Nawiązaliśmy dobry kontakt, jego strona była dowodem na to, że tak naprawdę jest fanem „Rojsta”, a nam pokazała, że możemy się czegoś nauczyć. Przy okazji sprzedawał bardzo dużo ciekawych informacji. Zauważył na przykład, że w mieszkaniu Wanycza jest telewizor Sony, który w latach osiemdziesiątych kosztował tyle, że z pewnością nie mógłby się w nim znaleźć. Nie wiemy, czy w „Rojście ‘97” udało nam się uniknąć takich nieścisłości – czekamy na dalszą aktywność na wspomnianym fanpage'u.

Do pewnego momentu pan praktycznie nie pojawiał się w serialach. Co się zmieniło – pańskie podejście do tej formy, czy może same seriale weszły na wyższy poziom?

Andrzej Seweryn: Po prostu nikt mi pracy w serialach nie proponował. Drugi powód to moja nieobecność w Polsce. Kiedy przyjechałem na stałe do kraju, moja praca zaczęła być bardziej intensywna. Seriale też się zmieniły – to już nie są tylko telenowele na tysiąc i więcej odcinków. Paradoksalnie nastąpił powrót do tego, co tworzyło się w Polsce w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, jak choćby „Polskie drogi” czy „Rodzina Połanieckich”. Teraz oczywiście poziom jest dużo wyższy, zarówno pod względem scenariuszowym, jak i warsztatowym.

Czy wyobraża pan sobie stworzenie trzeciej serii „Rojsta” w kolejnej dekadzie?

Jan Holoubek: Już sobie to wyobraziłem, ale na razie nic więcej powiedzieć nie mogę. Z Kasprem Bajonem wielokrotnie rozmawialiśmy o tym „co by było, gdyby...”, ale jeszcze za wcześnie, by o tym mówić.

Jaka była największa trudność przy tworzeniu „Rojsta ‘97”?

Jan Holoubek: Paradoksalnie wszystko i nic. Tak duża produkcja tworzona w tylu obiektach, w kilku miastach, z dużą liczbą statystów, zawsze jest trudna. Dużym wyzwaniem było stworzenie krajobrazu popowodziowego i miejsc, gdzie woda dalej stoi – musieliśmy między innymi budować tamy i podwodne pomosty, żeby aktorzy się nie utopili, żeby byli bezpieczni. Problemów było tysiące, ale muszę powiedzieć, że dzięki ludziom, z którymi pracowałem pokonywanie ich było prawdziwą przyjemnością. Największą przeszkodą jest zawsze brak czasu – i to niezależnie od tego, jakim budżetem się dysponuje.

Czy praca dla Netfliksa różniła się od tej dla Showmaxa?

Jan Holoubek: Powiem tak: bardzo dobrze mi się pracowało przy poprzednim sezonie, bo otrzymałem bardzo duży kredyt zaufania i mogłem zrobić serial tak, jak chciałem. Przy „Rojście ‘97” było tak samo – dostałem ogromną wolność, co było dla mnie bardzo budujące. Nikt nade mną nie stał i nie sugerował, że powinienem coś zrobić inaczej.

Nie otrzymał pan żadnych wskazówek? Netflix ma dostęp do ogromnej ilości danych – wie choćby, kiedy ludzie wyłączają dany odcinek i kiedy rezygnują z dalszego oglądania serialu. Pewne informacje mogłyby okazać się przydatne...

Jan Holoubek: Nie. Na etapie pisania oczywiście odbywały się spotkania scenariuszowe,  dyskusje, ale one dotyczyły szczegółów czasem  rozbudowy tego co już w tekście było,, żeby całość lepiej się oglądała. Scenariusz był na tyle dobry, że  nie trzeba go było  konstruować na nowo. Myślę, że Netflix szanuje indywidualność produkcji i nie chce, aby były robione według szablonu. Lokalność tych produkcji to ich zaleta – serial belgijski jest inny niż duński, a ten inny niż polski. Widzowie też doceniają to, że mogą oglądać produkcje tworzone z różnym podejściem.

Po raz kolejny spotkał się pan na planie z Dawidem Ogrodnikiem. Jak tym razem się wam pracowało?

Andrzej Seweryn: Dawid to po prostu wspaniały człowiek i aktor. Rozumiemy się jak stare, łyse konie. Mam nadzieję, że jeszcze będę miał okazję spotkać się z nim na planie. Praca z nim jest zawsze radosna i inspirująca. Podoba mi się jego sposób konstruowania postaci – za każdym razem, gdy go spotykam na planie, jest kimś zupełnie innym.