Pochodzisz z artystycznej rodziny, ale dlaczego wybrałeś właśnie śpiew operowy? Nie kino, teatr...

Od początku chciałem śpiewać. Już jako dzieciak darłem się tak strasznie, że to było nie do wytrzymania dla moich rodziców. Mama zabrała mnie kiedyś do parku, usiadła obok kobiety na ławce i ja tak mocno krzyczałem, że mama przyznała, że już tego nie wytrzyma, że nie daje sobie ze mną rady. Pani obok powiedziała: „Pani to wytrzyma. On się rozśpiewuje. Będzie kiedyś śpiewakiem operowym”. Miałem wtedy kilka miesięcy.

Wywróżyła, ale po drodze próbowałeś różnych rzeczy...

Tak, ale naprawdę mam wrażenie, że śpiew był mi pisany. Po to jestem, żeby śpiewać. To zawsze było dla mnie oczywiste. Wychowanie w mojej artystycznej rodzinie było olbrzymim potencjałem i sprawiło, że wszedłem w ten świat i czułem się w nim naturalnie. Ale bycie artystą to jedno, a bycie zorganizowanym człowiekiem to drugie. Artyści lubią fruwać, a nie chodzić po ziemi. Musiałem się tego nauczyć.

A jak uczyłeś się tego chodzenia po ziemi?

Przez upadanie. Notoryczne. Idąc na spotkanie z tobą, zastana- wiałem się, co najbardziej chciałbym przekazać, i myślę, że wła- nie to: nic w życiu nie przychodzi łatwo. Ludzie widzą sukces, ale nie widzą, ile wysiłku i pracy kosztuje. I jeszcze druga rzecz: łatwiej jest, kiedy ma się wsparcie. Ja miałem wsparcie rodziny.

Rodzina jest siłą, ale co zrobić, żeby iść swoją drogą, ale nie konfrontować się z sukcesami rodzeństwa czy rodziców?

Naszej trójce nie było tak ciężko jak mojej najmłodszej siostrze Zosi, która patrząc na nas, widziała konkretne plany i realizację. Widziała potknięcia, ale również sukcesy. A ona poszukiwała swojej drogi. I wtedy trzeba było jej pokazać, że jest częścią klanu Komasów i nieważne, co będzie robić w życiu, bo każdy jej sukces będzie tak samo ważny.

Jak zostaje się śpiewakiem?

To wszystko jest indywidualne. Ja musiałem przede wszystkim ustawić głowę, docenić talent. Struny głosowe to jest jaguar, o który trzeba dbać i nie wkładać części z gorszych marek. O talent trzeba dbać i go szanować. Zrozumienie tego zajęło mi kilka lat.

Dlaczego nie doceniałeś tego od początku?

Od zawsze byłem nieśmiały i niestety przykrywałem to, zachowując się... głośno. Aż do momentu, w którym poszedłem na terapię i zajrzałem w głąb siebie. Zrozumiałem siebie, zaakceptowałem i przede wszystkim odnalazłem w sobie własny głos. I zaakceptowałem rodzaj swojej inności, która dziś jest moją siłą.

Czy od początku czułeś, że opera to Twoje miejsce?

Pod wieloma względami artystycznymi czułem się dojrzały, ale są rzeczy, które wciąż są wyzwaniem, czyli po prostu śpiew operowy. Cały czas się rozwijam. Teraz jestem facetem po trzydziestce. Mam swoje ramy i bariery, które muszę pokonać. I role, których jeszcze nie mogę śpiewać, Myślę, że mam dojrzałą duszę i czuję muzykę. Wierzę, że wychowanie przez moich rodziców otworzyło mnie na malarstwo, sztukę. Dla mnie było normalne, że do snu tata śpiewał mi Ewę Demarczyk zamiast kołysanek albo że w niedzielę dzwoni do nas Maja Komorowska. To było naturalne, ukształtowało mnie. Ale życia musiałem nauczyć się sam. Wyjazd za granicę mnie tego nauczył.

A dlaczego wyjechałeś za granicę?

Chciałem tego, ale nie zdawałem sobie sprawy z ogromu rzeczy, które mnie spotkają na miejscu, i czułem się zwyczajnie samotny. Było wiele do zrobienia. Porządna strona internetowa, odpisywanie na maile, budowanie profesjonalnego zaplecza. Ja chciałem po prostu śpiewać i to było najważniejsze, ale musiałem się nauczyć reszty.

Jak wygląda Twoja codzienność?

Jest związana z podróżami. Ale również lękami. Czy na pewno wszystko załatwiłem i dobrze zaplanowałem najbliższe tygodnie, czy na pewno potrafię arię? Śpiew operowy, budowanie siebie polega na wiecznym sprawdzaniu, jak dobry jesteś. Musisz być perfekcyjnie przygotowany i skoncentrowany. Masz przed sobą 120-osobową orkiestrę, a za nią 3-tysięczną widownię, która musi otrzymać wspaniały występ. Najlepszy z możliwych.

Ogromna presja.

Owszem. Jeżeli chodzi o występy, to możesz zapanować nad tym, uodpornić się, ale wszystko, co jest związane dookoła z moim zawodem, jest stresujące. Branża operowa jest hermetyczna. Nieustannie nas sprawdzają. Dodatkowo często presję wywieramy na siebie sami. Ja jako młody chłopak też sobie dodawałem stresu. Uważałem, że muszę śpiewać w MET, osiągnąć sukces na miarę największych, a dla każdego jest przeznaczona inna droga i inny rodzaj muzyki. Oczywiście są hity operowe, jak „Tosca” czy „Carmen”, które zanucą sobie wszyscy, ale są też te tak zwane nisze operowe, czyli muzyka współczesna, która daje ci możliwość stworzenia i zagrania ról, jak prawdziwy aktor na scenie. Ja dotykam jednego i drugiego świata i dzięki Bogu mam możliwość chodzenia po tej linie równolegle.

Czy wyjazd za granicę był ucieczką?

Nie. Wyjechałem, bo miałem marzenia i chciałem je zrealizować. Wychowałem się na filmach. Dla mnie Londyn to kolebka wszystkich romantycznych filmów z Hugh Grantem. Oglądając je, wyobrażałem sobie, jak kiedyś znajdę się w tych samych miejscach. Następnie Nowy Jork i filmy Woody'ego Allena. Widzisz to i marzysz. Pamiętam też, jak Jasiek budził mnie o 5 rano, żebyśmy oglądali finały koszykówki, i chociaż wtedy nie byłem fanem tego sportu, to bardzo mi się podobało, że Amerykanie tak żywiołowo reagowali, i gdzieś ta kultura ekscytacji bardzo mi się udzielała. Wychowywaliśmy się na filmach. I myślę, że one nas ukształtowały. Mam dwa ukochane: „Człowiek z żelaza” i „Niebo”. Do nich wracam często. I jeszcze do „Noża w wodzie” oraz „Popiołu i diamentu”. Mamo, jeżeli będziesz czytała ten wywiad, to wybacz, ale wykradałem 12 złotych na bilety dla siebie i Jaśka, żeby pójść do kina. Wybacz, ale nie żałuję. To był rodzaj obsesji. Nie potrafiłem jeszcze dobrze czytać, ale kupowałem magazyn „Film”. W podstawówce zrobiłem nawet fotokolaż najciekawszych filmów. Żyłem tym.

To czemu nie film?

Ojciec zabronił. Twierdził, że zmarnuję życie. I miał rację. W głosie mogę się schować, a w aktorstwie to jest jazda bez trzymanki. Granie na emocjach. Dobrze, że Janek reżyseruje. W niektórych scenach widzę nasze podwórko, dialogi, bohaterów, którzy przewijali się przez nasze życie, a naokoło widzę ludzi, którzy oglądając jego filmy, reagują szalenie emocjonalnie. To uniwersalne. A myśmy tam byli w początkach całości.

Rodzina może dodać skrzydeł lub wręcz przeciwnie, ale każda nasza droga jest indywidualna.

Zgadzam się. My się od małego trzymaliśmy razem, bo zwyczajnie bardzo się kochamy. I ludzie to widzieli. To jest nasza siła.

Całą rozmowę Bożeny Szwarc z Szymonem Komasą znajdziesz w najnowszym, zimowym wydaniu ELLE MANA

KUP PRENUMERATĘ ELLE MANA TUTAJ>>>