Na początek musi być trochę historii. Inaczej się nie da. W 1990 roku, na progu rodzącego się kapitalizmu, w Teatrze Studio wystawiono tzw. sztukę symultaniczną pod tytułem „Tamara. Opowieść filmowa na żywo”. Koncept polegał na tym, że widzowie nie siedzieli na krzesełkach widowni, tylko chodzili niemalże po całym teatrze, podążając za aktorami. Osób, które są zaznajomione z teatrem, szczególnie z tzw. teatrem eksperymentalnym, taka forma przedstawienia nie dziwiła i nie dziwi. Jednak na owe czasy na stołecznych, teatralnych „salonach” było to novum. Sztuka opowiadała historię Tamary Łempickiej, najwybitniejszej polskiej malarki i jej pobytu u włoskiego faszysty Gabriele D’Annunzio. Ale w przedstawieniu z 1990 roku nie chodziło o treść sztuki, nie chodziło też o teatr. To, co rozgrzewało umysły Polaków to fakt, że była to pierwsza „sztuka kapitalistyczna”, widzowie nie tylko uczestniczyli w przedstawieniu, ale tuż po nim brali udział w wystawnej kolacji przygotowanej przez jeden z hoteli. Spektakl okazał się hitem, choć bilety na niego były horrendalnie drogie. Był modny. Snobowano się na niego. Był też znakiem czasu. Zapowiedzią nowej elity, wyrosłej na pierwszych pieniądzach, czy też jak mawia się u mnie w rodzinie: zakładającej pierwszy smoking. W okrągłą rocznicę wystawienia „Tamary” w reż. Macieja Wojtyszki, ten sam Teatr Studio wystawił „Powrót Tamary” w reż. Cezarego Tomaszewskiego – niesentymentalną podróż do przełomowego przedstawienia teatralnego. 

Do czego wraca Tamara? Do świata, w którym raczkujący kapitalizm wyrósł na niebezpieczną bestię, bezlitośnie rozszarpującą słabych. Do świata, w którym elity pierwszych pieniędzy masowo kształcą swoje dzieci na zagranicznych uniwersytetach i namawiają je do pozostania poza Polską. Do świata, w którym rokujący widzowie, z których większość nigdy wcześniej nie była w teatrze, niestety nie wyrośli na wrażliwych odbiorców ambitnych, teatralnych przedstawień i jedynie z rzadka pojawiają się na sztukach, w których grają głównie fryzjerzy i tancerze, udający aktorów. Do świata, w którym teatry publiczne upadają, bo ich płatnikom (np. miastu) opłaca się, kiedy nie grają, a niepubliczne upadają, bo dobiły je absurdalne wymogi związane ze stanem epidemicznym państwa. Aż wreszcie, do świata, w którym faszyzm, który przed trzydziestoma laty był – wprawdzie strasznym – ale jednak fetyszem, dziś jest realnym, postępującym zagrożeniem. 

Spektakl Tomaszewskiego to kolorowy korowód z wyświetlającymi się w głowach widzów pytaniami o to, w jakim świecie i w jakim czasie żyjemy. Odnoszę wrażenie, że reżyser w realizowanych przez siebie spektaklach stara się uciekać od wszelkiego rodzaju elitaryzmu i idzie w stronę egalitaryzmu. Jednak oglądając „Powrót Tamary” mimowolnie czułem się jak w teleturnieju: „Jak bardzo elitarny teatralnie jesteś?”. Im więcej odwołań odkryłeś, tym większa twoja nagroda, czyli radość z oglądania spektaklu. Tomaszewski twierdzi, że jego przedstawienia to nierzadko „precyzyjnie zaplanowany rozpierdol”. Nie inaczej jest w tym przypadku. Czasem trudno się w tym odnaleźć. Choć Tomaszewski, bazując na tekście Michała Buszewicza, skrupulatnie stara się wprowadzić słuchaczo-oglądaczy w post-tamarowy świat. Niemniej rozpierducha, która ma miejsce na scenie w pierwszej części przedstawienia, po godzinie układa się w zgrabny, bardzo dobrze opowiedziany kalejdoskop zdarzeń. Ogromna w tym zasługa również pozostałych twórców przedstawienia, czyli Agnieszki Klepackiej, Macieja Chorążego, którzy stworzyli scenografię z obrotową sceną oraz kostiumy, a także Kacpra Rączkowskiego (wizaże), które z jednej strony oddawały ducha epoki przedwojennych lat, a z drugiej, pokazywały jak okropna była moda w latach dziewięćdziesiątych! Wielkie ukłony należą się Jędrzejowi Jęcikowskiemu, który w tak wspaniały sposób czarował na scenie światłem, że niejednokrotnie zapierało to dech w piersiach, a samo światło, obok muzyki, było niezwykle ważnym, niespersonalizowanym aktorem w tym przedstawieniu. 

Reżyserowi Tomaszewskiemu dziękuję szczególnie mocno za to, że na scenie nie widzimy pojedynczych aktorów odgrywających swoje role, a grający ZESPÓŁ teatru. Jest to – szczególnie w warszawskich teatrach – tak rzadko spotykane zjawisko, że z przyjemnością się na to patrzy. Dzięki temu „Powrót Tamary” to wspaniały popis aktorskich umiejętności. Każdy z aktorów gra co najmniej dwie postaci – w czasie spektaklu dokonują ciągłych przebiórek, metamorfoz i niekiedy są nie do rozpoznania. Cudownie rozhisteryzowana Dominika Biernat, zdecydowana Monika Obara, urzekająca Marta Ziemba, wspaniała Monika Świtaj oraz magnetyczna Sonia Roszczuk, która m.in. gra tytułową Tamarę. Namiętna, seksowna, silna, władcza i zdecydowana. Stanowczy Filip Perkowski, znakomity, pełen wigoru, z dezynwolturą w graniu Marcin Pempuś, doskonały, punktujący, majestatycznie obecny Mateusz Smoliński, pełniący rolę narratora opowieści oraz niezastąpiony Bartosz Porczyk – wielka, teatralna gwiazda, którą Warszawa skradła Wrocławiowi. Nawiasem mówiąc, czekam na moment, w którym Teatr Studio da Porczykowi całą scenę dla siebie, podeprze to świetnym materiałem i pozwoli warszawskim widzom w pełni zapoznać się z jego ogromnym, wszechstronnym talentem. 

No i jest i On. Jan Wielki. Jan Peszek. Mistrz. Kiedy wchodzi na scenę, człowiek oddycha pełną piersią. Ma poczucie zaopiekowania. Pewność, że nic złego się nie wydarzy. Jan Peszek skradł duszę diabłu, a młodości mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek. Pierwszy raz zobaczyłem go w teatrze w „Scenariuszu dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Schaeffera. Ponad 20 lat temu. Miałem wtedy kilkanaście lat i wybrałem tę sztukę na pierwszą randkę z przepiękną, długonogą Magdą. Jak się okazało, był to kompletny, choć niezamierzony cios w nasze rodzące się uczucie. Bo Magda wyszła po spektaklu zakochana po uszy w… Janie Peszku. Do końca randki mówiła z zachwytem tylko o nim. Ja nie liczyłem się absolutnie! I co gorsza, nawet nie potrafiłem być o pana Jana zazdrosny, bo to, co zrobił na scenie, sprawiło, że również ja straciłem dla niego głowę. I tak jest do dziś.

Grany przez Jana Peszka sfrustrowany D’Annunzio na końcu przedstawienia stwierdza: „Nic nie wkurwia wodzów bardziej niż artyści”. W świecie, w którym żyjemy wodzowie odrobili tę lekcję bardzo sumiennie, bo to od niszczenia artystów zaczęli demontaż dawnych struktu i  dalszą deformację naszego polskiego, już i tak skarlonego kapitalizmu.

  • Powrót Tamary
  • reż. Cezary Tomaszewski
  • Teatr Studio
  • Premiera: 15 sierpnia 2020

ZOBACZ WIĘCEJ: Joseph Gordon-Levitt w ELLE MAN: Empatia jest kluczem do wszystkiego. Chciałbym jej nauczyć moich synów [WIDEO]

CZYTAJ TEŻ: Tomasz Sobierajski w ELLE MAN: Aktorzy na tablety i smartfony! [FELIETON]

TAKŻE O TEATRZE: Wspólnota nie tylko mieszkaniowa. Czego o sobie dowiesz się po wyjściu z Och-Teatru? [RECENZJA]​​​​​​​