Rolls-Royce produkuje SUV-a? Motoryzacyjna farsa

Byłem równie zaskoczony, co reszta motoryzacyjnych krytyków, gdy usłyszałem o tym, że Rolls-Royce planuje rozpocząć produkcję SUV-a. No bo po co? Po co takiej marce auto terenowe, które w rzeczywistości będzie się nadawało do weekendowych wypadów na bezdroża, lub pustynie? No bo przecież magnat naftowy, lub inny milioner/miliarder raczej woli wozić się po centrach największych miast i parkować w strefie VIP.

Rolls-Royce już na samym początku postawił poprzeczkę bardzo wysoko, ponieważ postanowili wejść w segment, w którym nie są ani pionierami, ani nie mają większego doświadczenia w produkowaniu rasowych terenówek. No bo Rolls-Royce produkuje superluksusowe samochody, które raczej są sedanami, prawda? Okej, odłóżmy te stereotypy na bok.

Rolls-Royce stanął przed bardzo trudnym zadaniem, które poniekąd sam sobie wyznaczył. Chcieli stworzyć prawdziwą terenówkę, która zachowa swój luksusowy i komfortowy charakter, lecz będzie też praktyczna i dobrze jeżdżąca zarówno na asfalcie, jak i po wertepach. Dlatego też Rolls-Royce zaprosił mnie do pięknej Szkocji, gdzie drogi są wąskie i ciasne, a wiejskie bezdroża wyjątkowo nierówne i błotniste.

Terenówką po wąskich i krętych drogach

Szykując się na wyjazd zastanawiałem się, czy Cullinan w tych warunkach nie będzie trochę jak słoń w składzie porcelany. Przecież to gigantyczny samochód, przy którym inne SUV-y takie jak Defender, Bentayga czy Urus wyglądają jak dzieci. Nie należę do najwyższych osób chodzących po naszej planecie, ale przy moim wzroście (178 cm), maska auta sięgała mi do klatki piersiowej. Do tego Cullinan jest długi na ponad pięć metrów i szeroki na dwa. Jakim cudem miałby się zatem wpasować w krajobraz wąskich i krętych szkockich dróg?

Jazdy Cullinanem rozpocząłem z samego rana. Słońca nie było, ale też nie padało - co można uznać za świetną pogodę, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że testy dziennikarskie odbywały się na północy Szkocji, gdzie dzień bez deszczu jest czymś niespotykanym. Wyznaczona trasa była na początku zaskoczeniem - patrząc na nawigację widziałem jedynie małe poplątane nitki. I rzeczywiście - zacząłem swoją przygodę z Cullinanem od jazdy po niezwykle wąskich i krętych drogach.

Samochód ze swoich obowiązków wywiązał się wzorowo. Wcale nie czułem ogromnej masy tego auta. Wręcz przeciwnie, systemy wspomagania sprawiały, że czułem się jakbym płynął ogromną łodzią. Co ważne, to odczucie było naturalne, niewymuszone, a zawieszenie w zależności od tego jak szybko jechałem dostosowywało się do mojego stylu jazdy. Gdy wchodziłem w zakręt powoli, kierownica pracowała miękko. Jeśli robiłem to agresywnie, w moment się usztywniała. Niesamowite było to, jak łatwo i precyzyjnie samochód dostosowywał się do stylu jazdy kierowcy.

Wbrew prawom fizyki

Nie skłamię jeśli powiem, że jazda Cullinanem to czysta przyjemność. Składają się na to w głównej mierze dwa czynniki: silnik i zawieszenie. Niby nic odkrywczego, lecz inżynierowie z Goodwood świetnie ze sobą połączyli właściwości potężnej V12-tki o kosmicznej pojemności 6,75 litra z wymaganiami, jakie stawiały prawa fizyki - przecież ten samochód waży prawie 2,7 tony! Dwunastocylindrowe serce samochodu pracowało wybornie i świetnie reagowało na wciskanie gazu w podłogę.

Za pomocą przycisku „low” samochód się opuszczał i robił bardziej agresywny. Rolls-Royc'owi nie spodoba się to określenie, lecz ten guzik to nic innego jak tryb "sport". Po jego wciśnięciu auto robiło się wówczas sztywniejsze, a przekładnia przeciągała biegi, by być jak najwyżej na obrotach. Zaskoczyło mnie to, że ze środka kabiny w ogóle nie było słychać silnika. Co dziwniejsze, wcale mi to nie przeszkadzało.

Zawieszenie bardzo dobrze tłumiło jakiekolwiek napotkane nierówności. Odniosłem nawet wrażenie, że wszystkie dziury w drodze bały się nadjeżdżającego Cullinana. Było ono zestrojone tak dobrze, że przy gwałtownym hamowaniu auto nie „nurkowało” do przodu, tylko sztywno trzymało się w swojej normalnej pozycji. Sprawdziliśmy też jak sobie radzi na bardzo nierównych, błotnistych drogach. Tu wykorzystaliśmy przycisk do jazdy terenowej dzięki któremu auto podnosiło się o kilka centymetrów. Określiłbym go raczej mianem „jedź gdzie chcesz”. W tym wypadku jakakolwiek dziura, czy nierówność nie robiły na aucie żadnego wrażenia. Przejeżdżając po nich Cullinan jakby wzruszał ramionami i mknął dalej.

Po jazdach testowych stwierdziłem, że to auto jest wzorową terenówką - inne SUV-y mogą się tylko uczyć. Cullinan ma wszystkie właściwości off-roadowe takiego Land Rovera Defendera, a na płaskiej nawierzchni zachowuje się niczym Phantom. V12 z astronomicznym momentem obrotowym (850 Nm) pozwalało rozpędzić się temu kolosowi w 5 sekund do pierwszej setki. A przez rozmiary tej prędkości nie było czuć w ogóle. Siedząc za kierownicą czułem się bardziej jak głównodowodzący jakiegoś lotniskowca, niż normalny kierowca. A właśnie - to nie jest samochód dla zwykłych ludzi i zwykłych kierowców. Miejsca z tyłu było tyle, że mogłem się wygodnie rozłożyć, włączyć masaż i podziwiać widoki popijając szampana, którego mogłem wyciągnąć z lodówki znajdującej się wewnątrz podłokietnika, lecz prowadzenie tego giganta sprawiało mi tyle przyjemności, że wolałem siedzieć za kierownicą, niż rozsiadać się na tylnym fotelu.

Ten wyjazd nie dotyczył tylko i wyłącznie Cullinana. Rolls-Royce dopełnił wszelkich starań, żebym zrozumiał znaczenie ich marki. Zrobił to między innymi poprzez zaproszenie rusznikarzy z Purdey, by ci dali nam lekcje tradycyjnego strzelectwa. Panowie ubrani w klasyczne stroje noszone na polowania z pasją opowiadali nam o tym ile dla nich znaczy historia i tradycja. Widać to było chociażby po zabytkowej broni, z której strzelaliśmy w plastikowe tarcze wystrzeliwane w powietrze. Zabrano nas także do słynnej szkockiej destylarni whisky - Balvenie. To samo - rodzinny biznes prowadzony od końcówki XIX wieku pracujący według tradycyjnych metod połączonych ze współczesnymi udogodnieniami. Piękne nawiązanie do Cullinana. Mamy o to ogromny samochód z ponadczasową linią, wielkim V12 pod maską, niesamowicie luksusowym wyposażeniem, ale także z klasycznymi analogowymi przyciskami i kontrolkami.

Wspomnę wam o jednych zdarzeniu: na jednym z parkingów podczas podróży postawiłem Cullinana obok Rolls Royce’a Camargue (nie dałbym sobie uciąć ręki, że to właśnie ten model z lat 80-tych, wręcz poddaje to pod dużą niepewność). Co mnie zaskoczyło to fakt, że mimo różnicy w wieku około trzydziestu lat samochody te miały bardzo podobną linię, ciągnącą się już od grilla. Jest ona dokładnie tym, co czyni Rolls-Royce’a Rolls-Roycem. Jest klasyczna i prosta. Ciągnie się od maski, aż po tylny zderzak. Podobnie jest w środku Cullinana. Oprócz niesamowicie luksusowych materiałów użytych do zagospodarowania kokpitu, ten jest prosty. Klasycznie prosty. I muszę osobiście przyznać, że zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Producenci prześcigają się w designie coraz to bardziej futurystycznych wnętrz. Tymczasem Rolls-Royce trzyma się swojej tradycji. Na przykład, wloty powietrza wyglądają tak samo, jak w modelach z lat 90-tych. Prosta wnęka i siła nawiewu sterowana przez wysuwany metalowy drążek.

Piękny obrazek, bo dosyć wymownie tłumaczy jaką marką jest Rolls-Royce. To przede wszystkim klasa, która nie ulega wpływom futurystycznych designów. Rolls-Royce dumnie kultywuje wartości, w które wierzy. Robi swoje i nie patrzy na głosy krytyków, bo spełnia zachcianki swoich wymagających „patronów”. Żaden Rolls- Royce nie jest taki sam, bo każdy klient jest inny.

Cullinan nie został stworzony, bo taki miał kaprys zarząd w Goodwood. Pierwszy SUV w historii marki został stworzony dla klientów, którzy - stwierdzam z czystym sumieniem - będą zachwyceni tym, co terenówka Rolls- Royce’a ma do zaoferowania i dla tych, którzy wymagają superluksusowego samochodu, który sprawdzi się w każdych warunkach. Bo jest najbardziej kompletnym Rolls-Roycem, jaki opuścił mury fabryki w Goodwood.