Ceny wynoszące 1849 złotych (wersja digital) oraz 2299 zł (wariant z napędem płyt), a więc wyższe niż w przypadku debiutującej na rynku PlayStation 4 (konsola w momencie premiery w 2013 roku kosztowała 1799 złotych i występowała tylko w wersji z napędem płyt) nie odwiodły klientów od decyzji o zakupie. Praktycznie od dnia premiery, czyli od 19 listopada, kupno PlayStation 5 jest wręcz niemożliwe. Jeśli już w którymś sklepie pojawi się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset sztuk, znikają one po dosłownie kilku minutach – nawet, gdy są oferowane wyłącznie w zestawie z np. telewizorem za około 8 tysięcy złotych. Ogromny popyt sprawił, że konsole padają łupem resellerów, czyli ludzi liczących na szybki zysk z odsprzedaży. I rzeczywiście – obecnie PS5 można kupić, ale za kwotę często dwukrotnie wyższą od ustalonej przez dystrybutora. Tylko czy sprzęt rzeczywiście zasługuje na to, aby tak o niego walczyć? Miałem okazję sam się o tym przekonać, sprawdzając jego możliwości przez kilkanaście dni.

PlayStation 5 – jak się prezentuje?

O wyglądzie nowej konsoli Sony powiedziano już sporo. Ludzie odpowiedzialni za wygląd PlayStation 5 poszli w stronę estetyki typowo gamingowej i moim zdaniem nie był to najlepszy pomysł. O ile na typowym stanowisku do grania, a więc w towarzystwie sprzętów wyposażonych w różnokolorowe diody będzie prezentować się dobrze, o tyle na szafce RTV w salonie już niekoniecznie. Zdecydowanie bardziej stonowana i zachowawcza stylistyka poprzedniczki była w tym kontekście jej zaletą. Sytuacji nie poprawia fakt, że konsola w pozycji pionowej zasłaniała mi część telewizora – oczywiście nie każdy będzie miał ten sam problem, bo to kwestia aranżacji wnętrza, ale ja byłem zmuszony do ustawienia PS5 poziomo. Liczę też na to, że w przyszłości będzie można wybrać czarny wariant kolorystyczny.

Największą istotną zmianą w stosunku do poprzedniczki nie jest jednak futurystyczny design samej konsoli, a kontroler. DualSense, bo tak został nazwany (Sony zerwało tym samym z tradycją określania kontrolerów mianem DualShock + cyfra generacji) zachowuje co prawda układ przycisków i gałek analogowych swoich poprzedników, ale pod względem technologicznym jest to zupełnie inna historia, o czym napiszę więcej w akapicie dotyczącym gier. A pozostając przy kwestiach, które zrobiły dobre wrażenie – podoba mi się nowy interfejs konsoli (z jednym małym wyjątkiem). Ikony są mniejsze, a po najechaniu na jedną z nich sporą część ekranu zajmuje grafika danej gry. Naprawdę ładna rzecz, która mocno kontrastuje z poprzednikiem – włączenie PS4 zaraz po graniu na PS5 przypomina włożenie starych butów. Niby wszystko znajome, ale przy tym jakieś takie mocno niedzisiejsze.

PlayStation 5 – jak się na tym gra?

Czas skupić się na najważniejszym, czyli na grach. Miałem okazję zapoznać się z czterema nowymi, dedykowanymi PS5 grami. Pierwszą z nich jest preinstalowany na każdej konsoli „Astro’s Playroom”. To dość przyjemna i niezbyt trudna platformówka, która jest raczej demem technologicznym, niż pełnoprawnym tytułem. Warto ją uruchomić na 2-3 godziny, aby zapoznać się nie tyle z generacyjnym skokiem jakości grafiki (bo jego aż tak bardzo nie widać), co z możliwościami nowego kontrolera. DualSense nie posiada klasycznych silniczków tworzących wibracje, a zamiast tego korzysta z technologii haptycznej. Oznacza to, że wibracje, drgania i inne reakcje pada są bardziej zależne od sytuacji w grze. Kontroler inaczej się zachowuje, gdy na przykład postać biegnie po trawie, a inaczej, gdy porusza się po piasku. Dotyczy to także przycisków L2 i R2, czyli spustów – te różnie stawiają opór w zależności od sytuacji w grze, co daje się odczuć choćby przy napinaniu cięciwy łuku. Gdy tylko twórcy gier nauczą się dobrze z tych możliwości korzystać, ich tytuły z pewnością na tym zyskają.

Od dystrybutora otrzymałem też trzy inne tytuły na PlayStation 5, w tym dwa ekskluzywne: „Demon’s Souls”, „Sackboy: wielka przygoda” i „Spider-Man: Miles Morales”. O ostatnim z wymienionych więcej dowiecie się z recenzji Michała Janowskiego – ja od siebie dodam jedynie, że dzięki tej grze można się przekonać, ile dla nowej generacji znaczy dysk SSD. Gra ładuje się błyskawicznie, a szybka podróż (która w tym tytule odbywa się za pomocą metra) trwa niecałe dwie sekundy. Tu grafika robi też duże wrażenie – gra świateł jest po prostu piękna i szkoda, że trzeba wybierać pomiędzy płynnością a ray tracingiem.

Z „Demon’s Souls” mam pewien problem, bo jestem wobec tej gry nieobiektywny. Uwielbiam wszystkie dokonania studia From Software od pierwszego „Dark Souls” do „Sekiro: Shadows die twice” i cieszę się, że wreszcie mogłem zapoznać się z grą, która zapoczątkowała podgatunek soulslike (nie miałem PlayStation 3, a to jedyna konsola, na jaką ukazał się oryginał). I trzeba przyznać, że odpowiedzialne za remake studio Bluepoint wykonało kawał świetnej roboty. Gra wygląda i brzmi fantastycznie – twórcy dobrze wykorzystali możliwości dźwięku przestrzennego, który daje o sobie znać chociażby w sytuacji, gdy nad naszą postacią przelatuje ziejący ogniem smok. Z odpowiednim nastawieniem (gra jest trudna i często karze nierozważnego gracza śmiercią, co może powodować frustrację u tych, którzy preferują bardziej przystępną rozgrywkę) można się z tym tytułem doskonale bawić. Gdybym miał oceniać „Demon’s Souls”, dałbym jej 9 punktów na 10. Nie da się jednak ukryć, że na start nowej generacji otrzymujemy tytuł, którego korzenie sięgają 2010 roku, co dla nie obeznanych z „soulsami” i tych, którzy oczekują po PS5 ogromnego postępu względem poprzedniczki może być problemem.

Zestaw nowych tytułów uzupełnia „Sackboy: wielka przygoda”, który jest spinoffem lubianej serii „Little Big Planet”. Kierowany raczej do młodszego pokolenia graczy, co sugeruje „bajkowa” oprawa graficzna oraz postać głównego bohatera, ale i ci starsi mogą się przy nim dobrze bawić. Nie jest to bowiem gra szczególnie łatwa – owszem, wyzwanie nie jest tak duże, jak w przypadku tytułu z poprzedniego akapitu, ale nie znaczy to, że nie ma go w ogóle. Tworząc „Sackboya: wielką przygodę” programiści studia Sumo Digital wzięli wszystko, co najlepsze z gatunku trójwymiarowych platformówek – czuć tu szczególnie inspirację dokonaniami Nintendo. Formuła jest bardzo standardowa – przechodzimy kolejne poziomy, pokonując na nich słabszych i silniejszych wrogów, zbierając znajdźki i rozwiązując proste zagadki. Nic rewolucyjnego, ale w tym gatunku to akurat żadna wada. Zastosowanie sprawdzonych rozwiązań sprawia, że przygody sympatycznej szmacianki są grą praktycznie dla każdego – zarówno dla najmłodszych graczy, jak i nieco starszych oraz tych, którzy mieli dłuższą przerwę od grania. Podsumowując – wśród tytułów na start dla PlayStation 5 znajdzie się coś dla „starych wyjadaczy” („Demon’s Souls”), „typowych graczy” („Spider-Man: Miles Morales”) oraz dzieci („Astro’s Playroom” i „Sackboy: wielka przygoda”). A przecież na tym możliwości PlayStation 5 się nie kończą, bo mamy przecież jeszcze masę tytułów dostępnych w ramach wstecznej kompatybilności.

Gry z PlayStation 4 na PlayStation 5 – jak wygląda wsteczna kompatybilność?

Wsteczna kompatybilność to duża zaleta PS5 i coś, czego bardzo brakowało na poprzedniej generacji. Logując się na swoim koncie na nowej konsoli, do którego mam przypisane kilkadziesiąt tytułów w wersji cyfrowej, mogłem zagrać w większość z nich. Nie działały starsze wersje „FIFY” oraz „Just Dance” (z którym jest zresztą inny problem, ale o tym za chwilę). Poza tym mogłem uruchomić praktycznie wszystko, od gier wydanych przez Sony, jak „Days Gone” czy „God Of War”, po tytuły wielu innych wydawców (między innymi „Dark Souls 3”). Część z nich działa lepiej, niż na sprzęcie poprzedniej generacji – na przykład „Ghost Of Tsushima” czy wspomniany „Days Gone” oferują rozgrywkę w 60, a nie 30 klatkach na sekundę. Nie dotyczy to jednak wszystkich tytułów. Uwielbiany przeze mnie „Bloodborne”, choć ukazał się w 2015 roku, nadal trzyma się sztywno 30 fps, podobnie jak „Wiedźmin 3: Dziki gon”, ale zapewne w przyszłości sprawę rozwiążą darmowe łatki (oby) lub nowe wersje, za które trzeba będzie ponownie zapłacić (oby nie). Na PS5 działają również oczywiście gry w wersjach fizycznych. Sprawia to, że nowe PlayStation oferuje ogromną bibliotekę tytułów na start, co docenią przede wszystkim ci, którzy PS4 nie posiadali. Wsteczna kompatybilność to ogromna zaleta PS5 i także dzięki niej (a także aspektom wymienionym wyżej) trudno mi opisać czas spędzony z konsolą inaczej, niż „bardzo udany”. Nie oznacza to jednak, że PS5 jest urządzeniem pozbawionym wad.

PlayStation 5 – co poszło nie tak?

Nowe dzieło Sony posiada szereg niewątpliwych zalet, ale także kilka rzeczy, które kładą się cieniem na ocenie całości. Największym z nich jest bez wątpienia mały dysk. SSD radzi sobie świetnie i eliminuje spory problem poprzedniczki, jakim były długie czasy ładowania. Nie da się jednak ukryć, że 825 GB to mało, jak na dzisiejsze czasy, w których jedna gra potrafi zajmować grubo powyżej 100 GB. Biorąc pod uwagę fakt, że dane systemowe też zajmują swoje, otrzymujemy sytuację, w której instalacja dosłownie kilku tytułów „zapycha” cały dysk. A rozmiary gier w ciągu najbliższych kilku lat raczej nie będą się zmniejszać.

Nie potrafię też zrozumieć kilku innych decyzji twórców PS5. Jednym z nich jest usunięcie możliwości wyłączenia konsoli poprzez dłuższe przyciśnięcie klawisza z logiem na padzie, co było standardem w PS4. Obecnie robi się to nieco inaczej, a przez to dłużej. Druga rzecz to brak możliwości przenoszenia zapisów gry na pendrive (dotyczy tylko tytułów dedykowanych PS5 – w przypadku tych z PS4 nadal jest to możliwe). Obecnie skopiować swoje zapisy można tylko do chmury i to wyłącznie w sytuacji, gdy mamy wykupiony abonament PS Plus. Nie rozumiem też, dlaczego kamery od PS4 nie można podłączyć do „piątki” – zwłaszcza w sytuacji, gdy jej następca służy w zasadzie tylko do nagrywania samego siebie podczas streamowania, bo nie współpracuje chociażby ze wspomnianym „Just Dance”.

Czy zatem warto kupić PlayStation 5?

Cóż, jeśli będzie dostępne w sprzedaży za ustaloną przez dystrybutora cenę, to jak najbardziej. PlayStation 4 jest z nami od 7 lat i wydaje się, że już rok temu potrzebowało następcy. „Piątka” jest praktycznie pod każdym względem lepsza od poprzedniczki, zachowując przy tym jej wszystkie najważniejsze cechy, w tym – co najważniejsze – ogromną bibliotekę sprawdzonych tytułów. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że będzie się ją dało normalnie kupić – bez startowania w wyścigach i konieczności przepłacania.