Chociaż już od kilku lat z mniejszą lub większą regularnością w mediach pojawiają się artykuły i deklaracje dotyczące rezygnacji ze społecznościówek (bo kradną czas, bo są ujściem dla próżności, bo kreują nieistniejący obraz świata), to one jednak – jak „Chińczyki” u Wyspiańskiego – trzymają się mocno. I to na tyle, że obecność w nich jest dla wielu, zarówno osób fizycznych, jak i firm, jedną z podstawowych potrzeb. W tym również – a może przede wszystkim – dla marek modowych, dla których Instagram jest jednym z głównych okiem wystawowych i kanałem komunikacji jednocześnie.

W kontekście powyższego decyzja włoskiego domu mody wydaje się być niezrozumiała. Na początku bieżącego roku Bottega Veneta zdecydował się na usunięcie kont na Instagramie i Twitterze. To na Facebooku nadal istnieje, ale zniknęły z niego wszystkie opublikowane dotąd materiały. I jasne, ktoś mógłby stwierdzić, że jest to zabieg, dzięki któremu o Bottega Veneta będą pisać media na całym świecie (i tak się dzieje), ale taki pomysł wydaje się mieć dość krótki termin przydatności. Dlaczego zatem dom mody zdecydował się pójść pod prąd obecnym trendom?

Daniel Lee, który w Bottega Veneta pełni funkcję dyrektora kreatywnego dał do zrozumienia, że ten kanał komunikacji z klientami nie jest marce potrzebny. Powód jest dość prozaiczny – kierowany przez niego dom mody dorobił się w ostatnich latach takiego statusu, że nie musi dodatkowo zachęcać influencerów do prezentowania produktów na swoich kontach. Pogląd Daniela Lee na media społecznościowe jest też zapewne efektem kilkuletniej współpracy z Phoebe Philo – projektantką i w przeszłości szefową domu mody Celine, która do social mediów podchodziła z dużym dystansem.

Na pierwszy rzut oka taki krok w obecnej sytuacji, w której komunikacja klienta i marki odbywa się przede wszystkim online, wydaje się być pomysłem dość karkołomnym. Niewykluczone jednak, że Bottega Veneta długofalowo na nim zyska, stając w swoistej awangardzie. A jeśli tak się nie stanie, to cóż – zawsze można założyć nowe konta.