Przyjechał do Polski na pamiętny, ostatni przed lockdownem koncert w Trójce, epidemia stała u bram miasta. Jego najnowszej płyty „Unfollow the Rules” nie słyszałem. Nie kryłem tego; jeśli spotykasz kogoś raz w życiu, nie warto niczego udawać, prawda? Chciałem porozmawiać o życiu, ale musiałem zacząć od muzyki.

Grzegorz Kapla: Tytuł Twojej nowej płyty brzmi jak motto życiowe.

Rufus Wainwright: Nie ja jestem autorem. Tytuł wymyśliła moja córka, Viva. Miała wówczas siedem lat, weszła do salonu, powiedziała: „Tato, ja nie chcę podążać za zasadami”, i roześmiała się. Pomyślałem, że to jest temat na piosenkę. Nie o odrzucaniu norm postępowania, ale o refleksji, do czego one właściwie służą. Bez wątpienia żyjemy w momencie, kiedy pewne fundamentalne struktury, w jakich wyrastaliśmy, przestają wystarczać – świadczą o tym dyskusje polityczne na temat #metoo, małżeństw jednopłciowych, stosunku do środowiska naturalnego. „Unfollow the Rules” oznacza, że chciałbym zawrócić w tym miejscu, przejść ścieżką życia do tego pierwotnego ziarna, z którego narodziły się nasze idee, i sprawdzić, czym miały tak naprawdę być. Jeśli jesteś czterdziestoletnim mężczyzną, to po prostu musisz pewne sprawy przemyśleć od nowa. Rozumiesz już, że w życiu nie chodzi o to, żeby farbować włosy i jeździć ferrari

Czytałem o Tobie i wiem, że byłeś już na prostej drodze do zatracenia. 

Rzeczywiście, przeszarżowałem. To była „road to ruin”. Dziś patrzę na to ze spokojem, ale kiedy byłem nastolatkiem, to trajektoria tej drogi była naprawdę stroma. To były czasy, kiedy naprawdę baliśmy się, że możemy umrzeć — epoka AIDS, narkotyków, kompletnie niepoważnych imprez, dzika jazda, ale potrafiłem się pozbierać, zakochać i na koniec dnia mam męża, mam dziecko, dojrzałem.

Pomówmy o głosie. Czym właściwie jest?

W moim przypadku to bez wątpienia dar.

I zobowiązanie?

Hm… Jeśli jesteś prawdziwym artystą, to czujesz się tak, jakby twoim pluszakiem był prawdziwy tygrys. Musisz go karmić. Musisz pozwolić mu pobiegać w nieznanych miejscach, ale musisz też pamiętać, że często jego miejsce jest w klatce. Czasami trzeba sięgnąć po bat, bo tygrys będzie próbował cię zdominować. Jestem naprawdę dumny z tego, jak sobie radzę ze swoim głosem. I jestem z tym szczęśliwy. Chciałbym, żeby każdy mógł być szczęśliwy ze swoim talentem, tak jak ja to potrafię.

Brzmi to, jakby głos mógł Tobą rządzić.

Totalnie! To bywa przekleństwem. Mój głos rządził mną przez wiele lat. Stałem się przez to arogancki, pyszny. Dużo piłem. Byłem diabelnie nieszczęśliwy. Śpiewający potwór. Nie powiem, żebym wszystkiego żałował, bo działy się interesujące rzeczy, ale teraz, kiedy to ja rządzę, a nie on, też się dzieją. Ale wiesz, jestem ojcem i wiem, co znaczy odpowiedzialność. Mój głos wciąż jest zwierzęciem, ale nie ja.

Twoje własne doświadczenia z ojcem nie były łatwe.

Tak. To był wielki artysta, niezwykły piosenkarz, ale na to, żeby być dobrym ojcem, zwyczajnie nie miał czasu. Być może ojcem byłby równie dobrym jak artystą? Miał w tamtym czasie depresyjną osobowość, a ja byłem dzieckiem wymagającym mnóstwa uwagi. No i wszystko, czego potrzebowałem, dała mi mama. Ja chcę być lepszym ojcem. Oznacza to przede wszystkim bycie obecnym. Mój ojciec był ciągle w trasie. Ja też ruszam w trasy, ale pamiętam o tym, żeby wracać jak najczęściej.

Twoja muzyka też się zmieniła. Nie jest już tak szalona.

Mam nadzieję. Żyjemy w szalonym świecie, nawet polityka oszalała, więc muzyka powinna dawać wytchnienie. 

Sądzisz, że rzeczywistość, jaką znamy, przetrwa?

Trafiłeś w mój czuły punkt, bo sporo na ten temat myślę. Koronawirus to bardzo poważne ostrzeżenie. Ale nie pierwsze. Zauważ, jak bardzo ludzie są zakręceni na punkcie Trumpa. Na jakie kompromisy muszą iść we własnym sumieniu, żeby ignorować niektóre sprawy. Wirus zostanie w świecie przez długi, długi czas. Ale widzę pozytywy – prezydentura Trumpa zmusiła nas do konfrontacji ze zjawiskami, o których myśleliśmy, że należą do przeszłości. Myśleliśmy, że rasizm, seksizm, homofobia to zjawiska minione. Teraz wiemy, że tylko nam się to wydawało. Miałem pewne obawy przed przyjazdem do Polski, bo przeczytałem te wszystkie artykuły o „strefach wolnych od LGBT” i nie wiedziałem, czego się mogę spodziewać.

To prawda, jesteśmy konserwatywnym społeczeństwem i czasem boimy się spraw, których nie znamy, a jeśli kogoś znamy, od razu się zaprzyjaźniamy. Jedyna droga do tego, żeby nauczyć się tolerancji, to przyjaźń, więc występujesz u nas trochę w roli ambasadora tolerancji.

Masz rację. Tak się czuję. Rozumiem, że moje życie może budzić zdziwienie, bo jednak jest ono dość niestandardowe. I cieszę się, że przyjechałem, bo widzę, że ludzi radują spotkania z nami. Zresztą to nie jest pierwszy raz, kiedy byłem w Polsce. Śpiewałem na koncercie z okazji rocznicy powstania Solidarności i to było nieprawdopodobne przeżycie. Pogoda była szkocka, rozpętała się burza, coś nieprawdopodobnego. Chciałem wtedy zaśpiewać, żeby ten hołd wobec ludzi, którzy obalili komunizm, był także moim osobistym hołdem. To wielki honor być w Gdańsku, kolebce wolności, spotkać osobiście Lecha Wałęsę, powiedzieć tym ludziom „dziękuję” i dla nich zaśpiewać.

No właśnie. Jak to się dzieje, że tworzysz?

Wciąż słyszę w głowie melodie. Ale to nie wystarcza, żeby powstała piosenka. Musisz przecież napisać słowa. A to już zupełnie inne zadanie. Dla mnie naprawdę skomplikowane. Prawdziwe wyzwanie. Potrafię znaleźć dobrą melodię, nadać jej intrygujący groove, rozwikłać to aranżacyjnie i produkcyjnie, ale znaleźć ważne, adekwatne słowa, to najtrudniejsza część zadania.

Jesteś tak wyrazistym artystą, a jednak sięgasz po utwory innych twórców i świetnie ci się to udaje.

Bo mam to dobrze poukładane. Kiedy siedzę nad operą, jestem kompozytorem, kiedy śpiewam czyjeś kompozycje jestem interpretatorem, kiedy piszę własne kompozycje, jestem twórcą. Uwielbiam interpretować dobre piosenki innych autorów. Poza wszystkim, to znakomita szkoła pisania tekstów, bo kiedy analizujesz teksty to dopiero wtedy rozumiesz, jak to zostało zrobione. Lubię te odkrycia.

Pamiętasz, kiedy zaśpiewałeś pierwszy raz?

Nie, skąd, ale moja mama opowiadała zawsze, że po raz pierwszy zaśpiewałem jako sześciomiesięczne dziecko. To była stara folkowa piosenka „Old MacDonald had a Farm” i ja dośpiewywałem to: „Ee i ee, i o” (śpiewa cztery wersy). We własnej pamięci pojawiam się jako człowiek, który śpiewa od zawsze.

Ciekawe, jak to się dzieje, że tylu z nas śpiewa od dziecka, a tylko niektórzy stają się gwiazdami.

Mnie było z pewnością łatwiej niż innym, bo pochodzę z rodziny muzyków. Moja siostra też śpiewała od dziecka, od najmłodszych lat braliśmy udział w konkursach śpiewania, a konkurencja wymagała, żebyśmy się rozwijali. Śpiewaliśmy aż do chwili, kiedy któreś z nas zasnęło. Poza tym Kanada to zimny kraj. I jest jakiś związek między chłodem a śpiewaniem, bo śpiew przynosi energię, sprawia, że robi się cieplej. Pewnie dlatego żołnierze tyle śpiewają. To była najważniejsza część mojego życia.

A teraz?

Teraz to jest córka. Ona też śpiewa. Nie tyle co ja, ale ma niezwykły głos.

Silne muzyczne geny.

Nie da się ukryć.

Dwie najważniejsze muzyczne rodziny w kraju.

„The Royal Families of Canadian Singers”, jak mówią (śmiech). I to prawda, mimo że nie byliśmy z Leonardem Cohenem blisko, to na pewno czuliśmy się zjednoczeni, spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Nie można powiedzieć, że Leonard należał do rodziny, bo on po prostu należał do świata. Wszyscy byliśmy świadomi, że to jest człowiek, który zmienił światy. Rozumiesz?

Tak, nawet w naszym dalekim kraju uczyliśmy się przecież mówić o miłości, tłumacząc jego pieśni.

A więc rozumiesz.

Trudno było podjąć decyzję, żeby zostać ojcem?

Nie byłoby to pewnie tak trudne, gdyby nie dramatyczne okoliczności, bo wtedy moja mama, z którą, jak wiesz, byłem bardzo związany, umierała. Chciała być babcią. I ja też tego chciałem, ale szaleństwo wokół nas zupełnie temu nie sprzyjało… Podjąłem tę decyzję. Najtrudniejszą i najlepszą w moim życiu. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, choć decyzja zapadła w oku cyklonu. A potem odkryłem, że często tak się dzieje. Że ktoś zostaje dziadkiem czy babcią na łożu śmierci. Może jest w tym jakaś mądrość. Mój partner przyjął to ze spokojem, ale wiesz, on jest Niemcem. Wiedział, że przy naszym trybie życia to właśnie on będzie musiał odrabiać z nią zadania domowe, i co tu kryć, właśnie tak się dzieje. Moja córka wie, że to ja jestem ojcem, ale wie też, że może ufać nam obu. Tak, jestem teraz naprawdę szczęśliwy z powodu tego, że mam rodzinę, z powodu tego, co robię, nowej płyty. Czuję się w jakiś sposób błogosławiony. Ja bardzo doceniam to, że mogłem zostać muzykiem. To niezwykły przywilej i jestem za to wdzięczny. W samej Ameryce, w samym Nowym Jorku jest tylu, tylu znakomitych artystów, którzy nie mogą tak jak ja stanąć na scenie, i doskonale to rozumiem, bo nie zawsze tak było, ale teraz dobrze wiem, jaki to wyjątkowy przywilej.

Może to jest temat na Twój kolejny album?

Może masz rację? Wdzięczność to nie jest ograny temat.