Nie wpuszczono mnie na ich pokaz. Ani na Paprockiego ani na Brzozowskiego. Poznaliśmy się na prezentacji kolekcji, jaką przygotowali dla Reserved. Pracowałem przy produkcji. Nie byłem w stanie ich odróżnić; który jest który. Nadarzyła się okazja, kiedy szli razem ramię w ramię. Myśle: „Idą we dwóch, krzyknę Marcin i zobaczymy, który zareaguje”. Odwrócili się obaj... Kiedy naczelny zaproponował zrobienie z nimi wywiadu, zgodziłem się natychmiast. Świat mody to wdzięczny temat, niemal wszędzie jest się w stanie przylepić historia karmiona plotką zanurzoną w kruchej tempurze utkanej z intrygi.

A potem popadłem w smutek. Znam tych panów i doskonale wiem, że nie ma się do czego przyczepić. Pracowici i skromni, mili i uprzejmi. Idealni, żeby ich znienawidzić. Nawet za ten pokaz trudno się przyczepić. Nie miałem zaproszenia.

Myślicie o sobie, że jesteście artystami?

Mamy artystyczne wykształcenie. Nie mówimy tak o sobie, ale jeśli ktoś nas tak nazywa – nie protestujemy.

Zwykle to tylko bufonada.

MARIUSZ BRZOZOWSKI (B): Tak postrzegamy na przykład kogoś, kto zrobi jedną kolekcję i nazywa siebie projektantem. Jednak nie zostaje się projektantem po jednej kolekcji, tylko trzeba udowodnić, że człowiek potrafi trochę więcej.

A gdyby zrobił genialną kolekcję i umarł?

MARCIN PAPROCKI (P): Wtedy pośmiertnie można go nazwać projektantem.

Lubię waszą łagodność i skromność.

B: Bez przesady z tą łagodnością, obejrzyj moje tatuaże. Marcin twierdzi, że mam na sobie śmietnik.

Jak długo jesteście w branży?

W tym roku obchodzimy dwudziestolecie.

Kiedy zrozumieliście, że jesteście we właściwym miejscu?

P: Chyba jakoś po czterdziestce nastąpił w głowie przełom. Tak sobie właśnie ostatnio myślałem, że nastąpiło uspokojenie, brak potrzeby udowadniania komukolwiek. Brak kompleksów.

B: Zgadzam się z Marcinem. To jest taki najlepszy moment dla nas jako twórców, że teraz już mamy wywalone.

Co musieliście udowadniać?

B: Przede wszystkim we własnej głowie, może to kwestia wychowania. Szybko zdobyliśmy wiele branżowych nagród, udowodniliśmy, że jesteśmy w dobrych miejscach jako projektanci, ale z drugiej strony nagrody podziałały paraliżująco.

P: Podziałało mobilizująco – zrozumieliśmy, że teraz musimy dopiero przywalić, żeby udowodnić.

B: Może ja aż tak nie czułem paraliżu, bo wiedziałem, że jesteśmy we dwóch. To daje komfort, bo rozkłada się wszystko na dwie osoby. Jestem jedynakiem, zawsze żyłem sam ze sobą, a od kiedy jest Marcin, nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym w pojedynkę funkcjonować. To już jest tak w głowie poukładane, że jesteśmy jak bliźniaki; nawet chorujemy w tym samym czasie.

Pamiętam, kiedyś nie byłem w stanie was odróżnić. Poznaliśmy się na pokazie Paprocki i Brzozowski dla Reserved, w końcu myślę: „kurwa, krzyknę Marcin i zobaczymy, który się odwróci”. Odwróciliście się obaj...

B: Zawsze tak jest, że jak ktoś zawoła Marcin, to ja też się odwrócę. Prócz tego, że razem pracujemy, to się bardzo przyjaźnimy. Ja nie mam rodziców, więc spędzamy święta z mamą Marcina, a ona mówi, że ma dwóch synów.

P: To jest już temat do głębszej analizy. Ale przedstawiamy się też razem.

B: Ja się wczoraj przedstawiłem Marcin Paprocki.

W tym kraju jesteśmy wychowani tak, że nie dajemy sobie prawa, żeby mieć marzenia, żeby je jasno artykułować, żeby mieć tupet, aby o tym mówić? Przecież nie musieliście od początku nikomu niczego udowadniać.

B: Mnie rodzice zawsze dopingowali, żebym robił to, co chcę robić. Zawsze chciałem zajmować się tym, czym teraz. Odkąd tylko pamiętam, chciałem być projektantem mody. Nie wiedziałem jeszcze, że pójdę do liceum plastycznego, ale wiedziałem, że pójdę na projektowanie na ASP w Łodzi.

Miałeś dar. Taka świadomość to dar.

B: No tak, i rodzice mnie zawsze wspierali, nigdy nie było sytuacji, w której oni nie dawaliby mi prawa, żeby marzyć. Kiedy zdawałem do tego plastyka, a nie wiedziałem, czy się dostanę, składałem też papiery do szkoły gastronomicznej. Dostałem się do obu i pojawił się problem, co wybrać. Liceum plastyczne było w Częstochowie, więc musiałbym opuścić dom. Gastronomik był w moim Zawierciu. Mama, chciała
żebym został, a ojciec, z którym nie miałem aż tak bliskiego kontaktu powiedział: „synu idź za marzeniami”. Nie byliśmy z ojcem najlepszymi kumplami, ale w odpowiednim momencie stanął na wysokości
zadania. Poszedłem do plastyka. Myślę, że mój ojciec nie zdawał sobie z tego sprawy, co znaczy być projektantem, że będę krążył między modelkami i sukienkami. Nie wiedział co to znaczy.

P: Szczególnie, że dzisiaj bycie projektantem już nikogo nie dziwi, ale te 20 lat temu...

B: 30!

P: Wtedy dla chłopaka studia na ASP, to była podejrzana sprawa.

Czy zawsze jest tak, że Mariusz mówi więcej, jest dominujący?

P: Nie! Zazwyczaj jest na odwrót, nie wiem co dziś się stało. To ja mam taką cechę i pracuje nad tym. Mariusz i Gabrysia nauczyli mnie przez lata, żeby nie wchodzić ludziom w słowo, więc już nie staram się zagarnąć wszystkiego i dziś są tego efekty.

B: Wróżka mi powiedziała, że Marcin jest jak drzewo, które trzeba przycinać, bo jak się rozrośnie, przysłoni wszystko.

W partnerskiej współpracy ważne żeby proporcje zachować. Mówisz, że czujesz się bezpiecznie, ale to i tak jest walka o przestrzeń artystyczną. Pilnujecie się pod tym względem?

P: Jest i powinna być między nami walka o przestrzeń. Na początku to było bardziej widoczne, ta przepychanka, kogo będzie bardziej widać. Walczyliśmy o to, czyje nazwisko będzie pierwsze na metce. Najpierw szło to alfabetycznie, ale potem okazało się, że ludziom wygodniej się mówi Paprocki/Brzozowski i tak niby stanęło na moim i się ucieszyłem. Przepychanki trwały krótko, nie wiem, może jesteśmy tak dobrani, że szybko przestaliśmy się traktować w pracy pojedynczo. To pewnego rodzaju symbioza.

B: Mamy nawet podobne charaktery pisma. Ale ze mnie to jedynactwo czasami wychodzi i lubię pobyć sam. Bardzo mocno oddzielam pracę od domu – Gabrysia nasza cudowna menadżerka wie, że czasami łatwiej się dodzwonić do Marcina, bo ja mogę po prostu po pracy nie odbierać.

Ile czasu ci to zajęło?

B: Faktycznie kiedyś praca była ponad wszystko. Teraz obaj rozumiemy że mamy osobne doby, ale wspólną pracę.

P: Ja tego nie traktowałem jak pracę. Dla mnie to co robimy, nie jest obowiązkiem, nie mam od czego się odcinać.

B: Marcin jest pracoholikiem, nie ma opcji żeby odpoczywał. Ja sobie daje luz.

Działacie już 20 lat. Jest mnóstwo młodych, którzy projektują, ale nie do końca chcą ubierać. Wolą być sławni, pokazywać się na ściankach, w telewizjach, kolorowych magazynach.

B: To nie dotyczy tylko naszej dziedziny, ale generalnie młodych ludzi. Mamy do czynienia, na przykład podczas konkursów z wieloma młodymi osobami i one są bardzo niecierpliwe, nie poszukują, nie pytają, nie potrzebują już nikomu udowadniać, mają wszystko w ręce. Nie ma w nich chęci zdobywania, dochodzenia do progu. Na dzień dobry chcą mieć wszystko na raz.

P: Nie tyczy się to tylko projektantów, ale w ogóle ludzi, którzy są znani. Wszyscy są tacy roszczeniowi. Może dlatego my tak długo nie chcieliśmy się nazwać artystami. Wiele osób z naszego otoczenia się tak samozwańczo nazywało, a my nie chcieliśmy powielać takiego kierunku.

B: Dlatego odsunęliśmy się od tych celebryckich historii, imprez, ścianek. Wolimy spędzać czas z przyjaciółmi. Byliśmy już wszędzie, robiliśmy dużo rzeczy medialnych, aż stwierdziliśmy, że fajnie po prostu jest przyjść do pracy, a nie chodzić na imprezy i przybijać piątki. Czasami wciąż jednak trzeba wyjść.

B: Tak, ale teraz już możemy sobie wybrać dokąd.

Wyobrażaliście sobie w szkolnych czasach miejsce, gdzie będziecie pracować?

P: Nie.

B: Ja sobie wyobrażałem, że kiedy już będę projektantem, będę miał swoje atelier. Pamiętam film „Pretty Woman”, który oglądałem będąc nastolatkiem. Kiedy widziałem, ile razy Julia Roberts się przebiera, to stwierdziłem, że chcę ją ubierać.

P: Mieliśmy po prostu ogromne szczęście.

Przypisywanie tego wszystkiego szczęściu jest fałszywą skromnością.

B: Dwie cechy, które nas dobrze definiują to skromność i pokora. Tracimy trochę na tym, że mamy te cechy mocno rozwinięte.

Co tracicie?

B: Stoimy jakby z boku…

P: Jesteśmy pracowici i potrafiliśmy się sami na to nakręcać. Pracowałem z wieloma osobami i często bywały leniwe, aż w Marcinie znalazłem kogoś, kto ma taki sam jak ja motor do pracy i jakkolwiek by o tym nie mówić, przez to, że pracowaliśmy podwójnie, doszliśmy tu, gdzie jesteśmy. Obaj nie pochodzimy z zamożnych rodzin, na naszej drodze stawały ważne osoby. Andy, nasz pierwszy menadżer sprzedał dom, żeby nam otworzyć pierwszy butik. Przecież to jest jakaś abstrakcja, czyste szczęście, bo my byliśmy w Warszawie świeżo po studiach. Dzięki niemu i szczęściu się tu zakorzeniliśmy.

Który to był rok?

P: 2002

B: Wtedy mówili „Mokotowska będzie kiedyś modna, ale na razie...”.

P: Nie mieliśmy pieniędzy na remont, wystrój był mocno minimalistyczny, ale ludzie mówili: „wow taki antwerpski klimat!”.

B: W butiku nawet cen nie mieliśmy, trzeba było o nie zapytać i wtedy negocjowaliśmy. Sporo osób nam pomogło. Sam by człowiek Rzymu nie zbudował. Od sierpnia jesteśmy w Elektrowni Powiśle i przychodzimy tu z radością. Odkąd się przeprowadziliśmy w to miejsce, pracujemy trzy razy szybciej i więcej. W ogóle nie czujemy zmęczenia. To jest efektem tych żył wodnych, albo prądów twórczych, skoro tu od wielu lat była elektrownia, która chyba do 2000 roku dostarczała Pałacowi Kultury prąd. Poza tym nasza historia też zatoczyła koło, bo kiedyś przed laty, przed renowacją, chcieliśmy tu zrobić pokaz, ale nam odradzili.

P: Nauczyliśmy się, co to znaczy to wodne feng shui, kiedy jest bardzo dużo wody wokół. Będzie tu fontanna, blisko jest Wisła. Ja wierzę w takie rzeczy. We wszystkich japońskich inwestycjach są źródła wody.

Macie więc miejsce przepełnione energią twórczą. Jakie to uczucie być twórcą?

P: Kiedy widzimy kogoś na ulicy w naszych ubraniach, dziewczynę w naszej bluzie czy sukience, od razu się uśmiechamy, bo to są naprawdę niesamowite momenty. Wciąż nas cieszy, jak wtedy, gdy byliśmy na studiach i ktoś umieścił zdjęcie naszej rzeczy w gazecie. Oglądaliśmy je z wypiekami na twarzy.

W świecie, w którym wszystkiego jest za dużo, produkuje się też za dużo ubrań, co sądzicie o koncepcie „zero waste”?

P: Nie mamy takiego problemu, bo w naszym przypadku mowa o marce premium. Nasze ubrania są szyte na miarę, nie szyjemy hurtowo.

B: Przede wszystkim ubrań dobrej jakości można używać przez wiele lat. Ja staram się dbać o środowisko. W zeszłym roku nie kupiłem żadnego ubrania

Nie poprawia ci humoru, kiedy sobie coś kupisz?

B: Kupuję perfumy. Ubrań nie muszę, mam pełną szafę, ale i tak chodzę w jednym i tym samym.

P: W naszej najnowszej kolekcji postanowiliśmy, że rzeczy z archiwum przerabiamy i dajemy im nowe życie, i jest to nasza cegiełka dla planety. Nadajemy rzeczom nowe formy.

I artystyczne wyzwanie, bo musisz przeprojektować samego siebie.

P: Jesteśmy mistrzami drugiego dotknięcia.

Jest coś czego nie lubisz w Mariuszu?

P: Mariusz jest bardzo kategoryczny. Trudno z nim czasami dyskutować i tego najbardziej nie lubię. Ja czasami chciałbym się tak na argumenty powymieniać, a Mariusz powie ci nie, bo nie i koniec.

A co Mariusza w Marcinie drażni?

B: Dokładnie to samo. Niezdecydowanie i to że jest zmienny. Ustalamy coś, zapada decyzja i on nagle ma wątpliwości. I tak drąży, że ja pieprzę! Dziura w brzuchu na wylot.

P: Bo musimy się nie tylko liczyć sami ze sobą, ale też z wieloma innymi gustami. I to mnie właśnie denerwuje. Że ja jestem do czegoś przekonany, ale cztery osoby mnie przegłosują i drążę, zastanawiam się, co zrobić, by ich do tego przekonać. Przyglądam im się, słucham ich kilkadziesiąt minut i w końcu dochodzi do mnie, że nie mam już możliwości, się do czegoś przypierdolić.

Za kilkadziesiąt lat, przestaniecie pracować i komu zostawicie swoją markę?

P: Fajnie by było, żeby gdzieś z zaświatów obserwować rozwój własnej marki, ale nie będzie mi smutno jak to się skończy razem z nami.

B: 20 lat temu, kiedy zaczynaliśmy pracę, dopiero od trzech lat mieliśmy telefony komórkowe. Jak mieliśmy coś uszyć dla gazety, biegaliśmy na pocztę odbierać faksy ze zdjęciami. Zobaczcie, jak zmieniała się technologia i moda. Być może za kolejne 20 lat będzie takie zapotrzebowanie na rozwój mody w Polsce, że będą chcieli nas wykupić.

P: Yves Saint Laurent powiedział, gdy odchodził, że musi, bo on już za modą nie nadążą. To co uznawał za piękne, teraz uważa się za brzydkie. My jesteśmy młodzi duchem. Nowa moda nam się podoba, ale kiedy nadchodzi coś ze skrajnie innej estetyki, nie wiem jak długo uda się nam nadążyć. Nowa moda jest definiowana tak, że im dziwniej, tym lepiej. Każdy chce być nonkonformistą na siłę.

B: Być może za te 20 lat będzie między nami, a tym dyktującym modę młodym pokoleniem taki dysonans, że przestaniemy chcieć to robić.

Z wiekiem przychodzi czas na refleksję. Nie chcę mówić o wierze, ale od egzystencjalnych pytań uciec coraz trudniej. Myślicie o tymczasem, po co tu jesteśmy? Wpływa na was?

B: Takie pytanie sam sobie często zadaję. Mnie się wydaje, że im mniej człowiek myśli, tym mniej rzeczy go martwi. W teorii to nawet dobrze brzmi, ale ciężej jest w praktyce.

P: Często jedną nogą stoimy mocno w naszej pracy, w naszym środowisku, ale drugą nogą czujemy, że to czym się zajmujemy – chociaż ambitne i piękne – jednak nie jest dla ludzkości sprawą pierwszej potrzeby. Ja często mam takie przemyślenia. Zdarza się nam narzekać, być zmęczonym. Ale jakie ja mam prawo po mojej wymarzonej pracy czuć się znużonym i narzekać. To jest przecież moja pasja. To właśnie najbardziej lubię robić – może nie najważniejszą w świecie rzecz, ale jestem z tego powodu szczęśliwy.

Słowo szczęście jest kluczem, a my nie zawsze dajemy samym sobie prawo, aby fajnie przeżyć życie. Żeby w nim było więcej szczęścia, bo to oddziałuje na innych. To prawdziwa sztuka, dać sobie prawo do pokochania samego siebie.

B: Tu się właśnie bardzo różnimy z Marcinem, bo ja jestem bardzo szczęśliwy. Uwielbiam wstawać rano, wiedząc, że zaraz idę do pracy, którą kocham i poupinam sobie coś tam przy manekinie i naprawdę daje mi to ogromne szczęście.

P: Ale co? Wyszło, że mi to szczęścia nie daje? Że ja nie jestem?

WIDEO: Zobacz backstage z sesji duetu Paprocki&Brzozowski autorstwa Patryka Misia:

---------

Piotr Fiedler – prosto z campusu muay thai, gdzie uczył się, jak opanować boską bokserską energię chi (z krótkim przystankiem w mrocznych zaułkach Bangkoku)wylądował w ekskluzywnych wnętrzach pracowni modowej Paprockiego i Brzozowskiego w Elektrowni Powiśle, żeby prześledzić wspólnie z projektantami ich twórczą drogę i doprowadzić do refleksji, że są szczęśliwi. Prawdziwi poeci potrafią zamotać historię tak, żeby puenta była jak ptak.