Musical „Rock of Ages” to prawdziwy, światowy fenomen. Wystawiony po raz pierwszy w Los Angeles w 2005 roku, kilka lat później został przeniesiony na Broadway, gdzie - zagrano go - z wielkim frekwencyjnym sukcesem - blisko dwa i pół tysiąca razy. Po dziesięciu latach od brodwayowskiej premiery musical, w odpowiedzi na niezliczone prośby fanów, znów pojawił się w nowojorskim teatrze, gdzie – tak jak przed laty – przyciąga ogromne rzesze miłośników dobrej zabawy. W tym samym czasie, ten oparty na przebojach lat 80., niegrzeczny, skrzący się dowcipem, pełen ironii i dystansu musical zawitał również do Polski, a konkretnie do warszawskiego Teatru Syrena.

Miałem to szczęście, że w odstępie tygodnia udało mi się zobaczyć przedstawienie broadwayowskie i warszawskie. Wiem, że porównywanie przedstawienia ze światowej mekki artystów, jakim jest nowojorski Broadway z przedstawieniem z teatru w Europie Wschodniej może być nie na miejscu. Domyślam się, że znakomita większość aktorów grających w „Rock of Ages” w Teatrze Syrena marzyłaby o tym, żeby zagrać w „Rock of Ages” w Nowym Jorku. Zdaję sobie sprawę z tego, że Broadway ma nieograniczone możliwości finansowe i najlepszych twórców świata, a możliwości stołecznych teatrów mają wyraźnie wyznaczone, budżetowe granice. Ale jeśli już mam taką wiedzę, okazję i możliwość, to czemu takiego porównania nie zrobić? Jak zatem ono wypada? Jak paździerz do najbardziej szlachetnego mahoniu. Niestety...

Niestety... dla Broadwayu. Tak! Bo można mieć wszystkie pieniądze świata, ale jeśli nie ma się talentu, gustu, dobrego smaku i pomysłu, to nic nie pomoże.  Inscenizacja, którą możemy zobaczyć w Teatrze Syrena bije na głowę tę nowojorską. Pod KAŻDYM względem! Tu mamy przezdolnych aktorów, którzy grają tak jakby nie było jutra. Tam zblazowane gwiazdy, którym nie zawsze się chce. Tu - elegancką, solidną, wspierającą aktorów scenografię Mariusza Napierały, tam - przestawne ścianki jak z teatrzyku parafialnego. Tu - niesamowicie oddające klimat epoki przemyślane kostiumy Tomasza Jacykowa i charakteryzację Doroty Sabak, tam - pomieszanie stylów ze wszystkich epok. Tu - fantastyczne zbiorowe układy taneczne autorstwa Jarosława Stańka i Katarzyny Zielonki, tam - nieskładne wymachiwania rękami. Tu - niezwykłe reżyserskie ogranie całości Jacka Mikołajczyka, tam - przypadkowość i pogubienie rytmu. Tu mamy inscenizację na światowym poziomie, tam - inscenizację na poziomie mieściny w Alabamie. Sorry Broadway! Shame on you!

To, o czym piszę, miało odbicie w reakcjach publiczności. Tam publiczność zaśmiała się lekko dwa razy i raz wszyscy poklaskali w rytm przez 40 sekund. Tu publiczność bawiła się przednio już od pierwszego momentu przedstawienia, czyli od pojawienia się na scenie Lonny’ego, granego przez Filipa Cembalę, który burząc czwartą ścianę, wprowadza widzów do opowieści o miłości, zdradzie, lojalności i przyjaźni. Filip Cembala to aktor z bardzo dużym doświadczeniem teatralnym, dzięki czemu już w pierwszej minucie spektaklu, niczym wytrawny iluzjonista łapie sznurki do wszystkich osób na widowni i przez cały spektakl pociąga nimi, tak jak chce. A publiczność go kocha! Czeka na jego wyjścia, solówki, żarty. Ale myliłby się ten, kto pomyślałby, że jest to komiksowa, złożona (tak jak w broadwayowskiej inscenizacji) z kilku gagów i stereotypowych gestów postać. Filip Cembala stworzył kreację - wzór Lonny’ego dla wszystkich innych przedstawień, które będą wystawiane po tej polskiej prapremierze! Przemyślaną, dopracowaną, zabawną, ale nie kiczowatą. Nie ma w niej ani jednego fałszywego gestu. Cembala błyskotliwie ripostuje, jest czujny i szybki. I co ważne, nie stara się być na siłę śmieszny. Bawi publiczność, ale jej nie zabawia. Nie podlizuje się jej. Jest mistrzem ceremonii i mistrzem w tym, co robi zawodowo. A przede wszystkim fantastycznie tańczy i śpiewa. O rany! Jak On śpiewa! Panowie, którzy grają Lonny’ego na Braodwayu powinni na kolanach prosić Go o korepetycje. Parafrazując słowa wspaniałej Pani Ireny Santor, które niegdyś wypowiedziała o Justynie Steczkowskiej, mogę z pełną stanowczością powiedzieć: drodzy polscy i światowi twórcy teatralni, macie w swoich rękach prawdziwą PERŁĘ, która zwie się Cembala, nie zgubcie jej!

Oprócz Filipa Cembali, będącego niekwestionowaną musicalową gwiazdą, w warszawskim przedstawieniu „Rock of Ages” pojawia się wiele innych klejnotów. Jest przezdolna, wzruszająca, doskonała dramaturgicznie Barbara Garstka w roli naiwnej Sherrie, wspaniali Karol Drozd i Rafał Szatan, grający jej ukochanego Drew, wszechstronne Natalia Kujawa i Agnieszka Rose w roli Reginy. Oprócz wyżej wymienionych nie ma na scenie Teatru Syrena ani jednej osoby z zespołu, która by nie zachwyciła widzów. „Rock of Ages” to spektakl dla tych wszystkich, którzy chcą się dobrze zabawić, pośmiać, odrobinę wzruszyć. Spektakl, który zostawi Was w dobrych humorach i po którym będziecie na potęgę ściągać do swoich bibliotek muzycznych hity lat 80. Jest to też musical, od którego z powodzeniem możecie zacząć swoją przygodę z tym gatunkiem.

Drodzy stwórcy i twórcy prapremiery musicalu „Rock of Ages” z Teatru Syrena, stworzyliście gatunkowy spektakl na najwyższym światowym poziomie, bijący na głowę broadwayowskie wystawienie. Po raz kolejny okazało się, że mamy w Polsce mnóstwo wspaniałych, utalentowanych ludzi. Jeśli tylko da się im szansę na rozwinięcie skrzydeł, to potrafią polecieć bardzo wysoko i daleko! Może niekoniecznie na Broadway, bo tam szkoda byłoby ich wielkiego talentu.

  • „Rock of Ages”
  • Chris D’Arenzio, Ethan Popp
  • reż. Jacek Mikołajczyk
  • Teatr Syrena w Warszawie