Spokojny, wyciszony, precyzyjny, zdeterminowany. A przy tym skromny, a potrafi jechać prawie trzysta na godzinę w deszczu, kiedy nie widać nic przez zalaną szybę i żeby wejść w zakręt, musisz kątem oka wyłapać znacznik na krawędzi toru. Przerzucasz siłę hamowania na tył, lekko dotykasz steru, bo to co mają bolidy nie przypomina już właściwie kierownicy i już!

Śmigasz następny zakręt w ciasno upchanej stawce dwudziestu pojazdów. Widzisz je, bo lusterka w deszczu działają dobrze. Gdyby któryś kierowca pomylił się o tysięczną sekundy, wszystko dookoła wyleciałoby w powietrze. DTM, czyli Deutsche Tourenwagen Masters to nie jest bezpieczny sport. Ale to najlepsza droga dla zawodników, którzy chcą pojechać w Formule 1. Przeszli, czy raczej przejechali tę morderczą drogę tacy mistrzowie, jak Ralf Schumacher, David Coulthard, Mika Häkkinen, czy Paul di Resta.

Zawodowy sport to trudny fach. Robin jednak, choć ma dopiero dziewiętnaście lat, dobrze już poznał na czym polega codzienny trening, czym jest dyscyplina, poznał już jej cenę. Kiedy jego koledzy szli na imprezę albo na piwo, on harował na siłowni i na estradzie. Tańczył breakdance nie po to, by zaimponować dziewczynom, ale żeby zdobyć w tej dyscyplinie mistrzostwo Polski. – I tak się stało. Posmakowałem zwyciężania i myślałem wtedy, że to automatycznie sprawi, że będę wygrywał w każdej konkurencji. Kolega zaprosił mnie kiedyś na gokarty na szczecińskim torze i straszliwie złoił mi skórę. Zrozumiałem, że przegrywanie to nie jest moja droga i postanowiłem, że się po prostu nauczę jeździć – opowiada Robin.

Dwa miesiące później, po pierwszych zawodach wiedział, że jego prawdziwą drogą nie jest taniec, ale wyścigi. Sport motorowy jest kosztowny. Rodziców było stać tylko na wykupienie startów w pucharze KIA Picanto. Na mistrzostwach Polski kompletny debiutant, po sześciu miesiącach treningów startujący pośród starych wyjadaczy, był szósty na trzydziestu startujących. Nie zdobył podium, ale wygrał więcej: wypatrzył go na tym finale sławny trener i organizator wyścigów Rudiger Seyffarth. W środowisku ma opinię tego, który otwiera drzwi do Formuły 1. Był zaskoczony tym, że młody Polak po zaledwie kilku miesiącach startów osiąga lepsze wyniki niż jego koledzy, którzy zaczynali starty na gokartach kiedy mieli siedem, osiem lat. Niektórzy jeszcze wcześniej.

Seyffarth wiedział, że jeśli debiutant potrafi się nauczyć jeździć tak szybko, całkiem od zera w sześć miesięcy, to jest kompletnie wolny od bagażu doświadczeń, nawyków, przyzwyczajeń, jakimi wszyscy, którzy ścigali się od lat zdążyli już obrosnąć tak, że stały się ich drugą naturą. Robin był właśnie nieskażony i niezmanierowany. Dwa lata później został najmłodszym w historii triumfatorem cyklu Audi Sport R8 LMS Cup i dostał zaproszenie na udział w testach DTM z takimi sławami jak Robert Kubica.

– Musiałem udowodnić, że potrafię się błyskawicznie przystosować do zupełnie innego stylu jazdy, bo to jest już bolid, a nie samochód i prowadzi się go zupełnie inaczej. Samochody do wyścigów na torach obudowane są spojlerami w taki sposób, żeby wykorzystać pęd powietrza do „przyklejenia” auta do nawierzchni. Zupełnie jak bolidy F1, choć mają dachy. Jeżdżą na oponach bez bieżnika. Ale po rozgrzaniu opona klei się do nawierzchni. Jest tak miękka, że gdyby dotknąć gorącej, ręka mogłaby zanurzyć się w gumie. Już po dwóch okrążeniach opony zaczynają tracić swoje właściwości. Generalnie idzie o to, żeby jak najszybciej jechać w zakrętach wykorzystując mikroruchy ręki, podobnie jak w śmigłowcu. Kiedy lądujesz precyzyjnie, ułamek milimetra na drążku przekłada się na metr w przestrzeni, więc właściwie tylko myślisz o tym, że dotykasz steru.

– Wyścig to żmudna i precyzyjna praca – uśmiecha się Robin – musisz cały czas zachować spokój i jechać jak po sznurku, to maksymalna koncentracja, bo jeśli na chwilę stracisz uwagę, tracisz cztery dziesiąte sekundy, a to znaczy, że przyjedziesz ostatni, bo różnice między nami, przy takiej prędkości, są niemal niezauważalne.

Testy wypadły doskonale. W dziejach polskiego motosportu tylko Robert Kubica dotarł dalej. Kiedy Robert, jeden z dwudziestu najszybszych ludzi świata, zjechał z toru Formuły 1, potwornie rozbudziwszy apetyty polskich kibiców, pozostawił ich sierotami. Wydawało się, że polska flaga nie wróci już na tablicę najbardziej prestiżowych wyścigów świata, ale wygląda na to, że Robin Rogalski jest już o krok od tej szansy.

Ściganie się na najwyższym poziomie to bardzo drogie zajęcie. Nie tylko z powodu kosztów startów czy treningów, ale też dlatego, że zawodnik nie poradzi sobie bez drużyny. Roczny start w DTM jest wart siedem milionów. Bez sponsorów nie jest możliwy. Żeby startować musisz nauczyć się nie tylko szybko jeździć, ale sprawnie poruszać w świecie finansów i sponsorów.

– Jest mi łatwiej, bo przede mną przeszedł już tę żmudną drogę Robert Kubica. Dowiódł sponsorom, że to jest układ win – win dla wszystkich stron. Ale wiem też, że aby taki efekt osiągnąć Robert musiał stać się ikoną. – Konsekwentnie, latami budowaną marką. Miał dobry plan, ale my też mamy świetny plan i dobre zaplecze – dodaje Dominik Gorzelańczyk menadżer Robina – od wielu lat nikt z Polski nie był tak blisko F1 jak Robin. Interesuje nas strategiczny partner, który będzie obecny w drodze Robina od GT3 do F1. Wreszcie mamy sportowca, który daje szansę, żeby taką przygodę przeżyć wspólnie. 

Kibice, którzy przeżyją z Robinem walkę o wejście do Formuły, będą z nim już na zawsze. W Polsce jest wielu znakomitych kierowców, wielu na świecie takich, którzy mają pewnie taki talent, który dałby im szansę w F1, problem w tym, że talent nie wystarcza. To bardzo trudnie mentalne zadanie.

– To nawet nie w tym rzecz, że musisz cisnąć trzysta na godzinę o włos od śmierci dzień w dzień, ale o to, że musisz przywieźć rezultat, który zadowoli sponsorów – tłumaczy Robin – ciało można wytrenować, wagę można utrzymać, ale równie ważna jest praca z psychologiem. To jaką pracę wykonałem z Dawidem Piątkowskim jest nie do przecenienia. Strasznie łatwo się w motosporcie spalić, bo udźwignąć taką presję jest naprawdę trudno. Odpowiedzialny człowiek nie może sobie pozwolić na to, żeby ulec presji. Chodzi o całokształt postawy. Uczę się tego z biografii sławnych ludzi. Kiedy je czytam, to trochę tak, jakbym im zadawał pytanie: „co zrobić, żeby być najlepszym”. I to naprawdę działa w każdej dziedzinie, nie tylko w biznesie czy sporcie. Wiem że to praca, talent i szczęście. To szczęście, że spotkałem Seyffartha. A może to nie było szczęście, ale pewien determinizm? Przecież ciężką pracą dotarłem do miejsca, w którym musieliśmy się spotkać.

Pandemia wymusiła zmiany w wielu dziedzinach. Praca zdalna, mecze piłkarskie bez widowni, w wyścigach pojawiła się zupełnie nowa szansa. Wyobraź sobie czytelniku, że możesz obserwować w czasie rzeczywistym walkę z kamery w kabinie bolidu: Robin ciśnie dwieście siedemdziesiąt na godzinę, szerokim kątem kamera ogarnia przeciwników z prawej i lewej, wiesz, że aby wejść w zakręt, kierowca musi przewidzieć i wyprzedzić manewry wszystkich rywali. W ułamku sekundy musi podjąć taktyczne decyzje podobnie, jak w szachach analizując i przewidując ruchy wszystkich figur na planszy, która jest kręta, śliska i przesuwa się pod kołami w zawrotnym tempie. Jeden mikrobłąd i po zawodach. No i jak? Wsiadasz w to?

ZOBACZ: Robert Kubica w ELLE MAN: Rzadko mam czas na przemyślenia... [WYWIAD]

CZYTAJ TEŻ: AUTA Z DUSZĄ: Chevrolet, czyli „american dream" wśród samochodów [ZDJĘCIA]

TAKŻE W ELLE MAN: Yamaha NMAX 125 – lekki skuter przyprawiony dużą dozą sportowego charakteru [MOTO PIĄTEK]