Do niedawna w Formule 1 ścigał się kierowca, który był w stanie podnieść się po każdej przegranej i po każdym wypadku. Nawet w czasie, kiedy jego życie wisiało na włosku, nie przestał wierzyć w to, że wróci do pełni sił i będzie w stanie dalej gonić swoje marzenia. Robert Kubica jest jednym z niewielu kierowców w historii królowej sportów motorowych, którzy mimo tylu przeciwności losu potrafili znaleźć się w stawce. I to dwukrotnie. Musicie wiedzieć o tym, że Formuła 1 jest sportem niesamowicie niegościnnym. Mimo to Robert zawsze znajduje w niej dla siebie miejsce.

Za pierwszym razem, w 2006 roku, Robert Kubica wdarł się do Formuły 1 dzięki ogromnemu talentowi i potencjałowi godnemu Mistrzostwa Świata, na które był zresztą ponad dekadę temu szykowany. Za drugim razem, czyli rok temu, gdy ogłoszono, że będzie regularnym kierowcą w Williamsie, udało mu się dzięki uporowi i dążeniu do perfekcji. Robert Kubica to już człowiek legenda. A przecież nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 

Jan Wiewiór: Nie odnosisz wrażenia, że całe Twoje życie to jeden wielki wyścig? Z przeciwnościami losu, ze sobą?

Robert Kubica: Nigdy się nad tym tak na dobrą sprawę nie zastanawiałem, ponieważ moje życie, czy też sport, który uprawiam, są bardzo dynamiczne. Nie tylko jeśli chodzi o osiągi aut, ale też z powodu tego, w jaki sposób żyję. Tak naprawdę bardzo rzadko są momenty, w których się zatrzymuje i mam czas na przemyślenia czy też ocenianie tego, co było. Żyję tym, co jest teraz. Niestety, a może i nie - życie nauczyło mnie, żeby nie myśleć za bardzo do przodu. Z pewnością życie sportowe jak i to prywatne łączy jedna wspólna rzecz. Zawsze dążysz do celów i jest to coś, co na pewno wszystkich nas - nie tylko sportowców - motywuje. W moim życiu są cele krótkoterminowe - te wyścigowe i te tyczące się życia prywatnego. Tu się to wszystko zlewa. Moje życie w 99.9 % obraca się wokół wyścigów.

Swego czasu tym celem zapewne był powrót do Formuły 1?

Tak naprawdę cel powrotu do F1 realistycznie pokazał się bardzo późno. Jednym z pierwszych pytań, które usłyszałem gdy udało się go spełnić było: „ A czemu tak późno?”. To pokazuje, jak bardzo skomplikowana była moja sytuacja. Można na to patrzeć z dwóch stron. Z jednej - ludzie tak naprawdę nic nie wiedzieli i nie zrozumieli, przez co ja przechodziłem. I to jest fakt. Z drugiej strony - sytuacja ta pokazuje, że osoby, które nie przechodziły tego co ja albo nie miały okazji być w podobnej sytuacji, nie ocenią realistycznie tego, co się wydarzyło lub mogłoby wydarzyć. I tak uważam, że miałem w tym wszystkim masę szczęścia.

Zdanie, że pojawiłem się z powrotem w F1 późno tak naprawdę pokazuje, że czasami pewne rzeczy wydają się dużo łatwiejsze z zewnątrz, niż były naprawdę. Moim celem był powrót do najwyższej kategorii na torze, w której mógłbym się ścigać. Dlaczego? W momencie, w którym skończyłem z rajdami nie wiedziałem do końca, czy w ogóle będę w stanie prowadzić bolid Formuły 1. Tak było do momentu, aż wsiadłem na testach do auta przygotowanego przez Renault w Walencji w 2017 roku. Ta świadomość, że mogę to znowu zrobić … Odpowiedzi na masę trudnych pytań w mojej głowie zaczęły dodawać mi pewności siebie. Automatycznie idąc coraz wyżej na jedne pytania sobie odpowiadałem, podczas gdy od razu pojawiały się kolejne, znacznie trudniejsze. Nigdy do końca nie byłem świadomy tego, jak mój organizm zareaguje na pewne rzeczy i wymagania.

Powiedziałeś, że przez pewne ograniczenia nie miałeś pewności, czy dasz radę się ścigać w Formule 1. Jednak oglądając wszystkie wyścigi nie widziałem, żebyś miał jakiekolwiek trudności lub ograniczenia, o których opowiadasz...

Jedną z pozytywnych rzeczy, które wydarzyły się w tym sezonie - chociaż nie był on łatwy - były właśnie te odpowiedzi na to, jak zareagują moje i ciało i umysł na pewne sytuacje, jaką moje ciało znalazło sobie ścieżkę do tego, by osiągnąć dany cel. Był okres w moim życiu, bardzo bolesny, kiedy próbowałem za wszelką cenę robić rzeczy dokładnie tak samo, jak przed wypadkiem. Nie zdawałem sobie sprawy, że mogę je zrobić inaczej. Musiałem zaakceptować nowego siebie i uzmysłowić sobie, że mogę osiągnąć cele, jeśli będę podążał inną drogą. Tyczy się to takich rzeczy jak chociażby wiązanie butów, co i tak jest rzadkością u mnie ponieważ jestem leniem (śmiech). Na początku kiedy próbowałem to robić, miałem spore problemy. Dopiero później mój umysł znalazł na to swój sposób, chociaż na początku było to niesamowicie frustrujące. Analogicznie musiałem poszukać metody na prowadzenie samochodów wyścigowych tak samo, jak zaakceptowałem siebie w życiu na codzień.

A jak wygląda Twoje życie na codzień, kiedy się nie ścigasz?

Tak naprawdę jeśli chodzi o życie prywatne, to zawsze zostawiałem je dla siebie. Ale na dobrą sprawę nie mam życia pozasportowego. Gdy mnie nie widać w telewizji i jeśli nie prowadzę jakichś aktywności pozatorowych dla partnerów i zespołu, to nadal moje życie sportowe ma wpływ na to, co robię w domu. Na to, co jem, jakie czynności wykonuje, z kim rozmawiam. Motorsport stał się dużą częścią mojego życia.

W zasadzie całym Twoim życiem...

Dokładnie. Wielu moich znajomych mi mówi, że dziecko ci zmienia styl życia. Tak z pewnością jest. Według mnie sport również zmienia ci mnóstwo rzeczy. Kiedy byłem młody, to większość osób uważała moje funkcjonowanie za płaskie. Wszystko było i nadal jest podporządkowane następnym startom, celom i planom sportowym.

Jak bardzo różni się obecna Formuła 1 od tej, którą byłeś zmuszony zostawić osiem lat temu?

Takie porównywanie jest trochę nie fair. Jeśli chodzi o bolidy - a domyślam się, że nie chodzi Ci o nie - to znacznie się zmieniło. Jednak F1 zmienia się cyklicznie co parę sezonów. Jeśli chodzi o Formułę 1 jako paddock, jako współpracę, jako ludzi - to niewiele. W dalszym ciągu jest tam mnóstwo osób, które znam. Pojawiły się jednak też nowe twarze, które mnie nie znają. Moją dużą zaletą jest to, że w paddocku są ludzie, którzy pracowali ze mną kilkanaście lat temu i mają dobre zdanie na mój temat. Jest też sporo osób, którzy nie kojarzą mnie z okresu mojej „byłej” Formuły 1, co jest normalne, bo od pamiętnego zwycięstwa w Kanadzie minęło 11 lat.

Formuła1, którą uprawiałem w tym roku i ta, w której ścigałem się w BMW i w Renault, są ciężkie do zestawienia. Wydaje się, że te kilkadziesiąt metrów, które dzielą cię na starcie między pierwszymi rzędami a końcem stawki to mała odległość. Tak naprawdę to inny świat. W tym dystansie ukryte jest mnóstwo szczegółów i różnic, których nie widać, które można odkryć tylko wtedy, gdy się ścigałeś, albo pracowałeś w którymś z zespołów. 

Dawniej walczyłem z rywalami i samym sobą, by wycisnąć ułamki sekund z bolidu i wszystkiego, do czego miałem dostęp. W tym roku było dużo więcej walki, która w niczym nie przypominała tej sprzed dziesięciu lat. Jeśli chodzi o moje odczucia, to rzecz, której mi szkoda. Wracając do F1 brakowało mi pracy na najwyższym poziomie, dbania o każdy szczegół. Osoby, z którymi kiedyś pracowałem miały wspólny cel - wykorzystywanie wszystkich dostępnych środków, by osiągnąć jak najwięcej.

Maksimum.

Oj tak. W tym roku było sporo elementów, które mogliśmy zrobić lepiej. Tak jak mówię - każdy zespół ma swoją wizję. Kierowca tak jakby steruje pociągiem, ale ma bardzo mały wpływ na większość rzeczy z nim związanych.

Sam wiesz najlepiej, jak ciężki był ten ostatni sezon. Oprócz udowodnienia sobie, że jesteś w stanie ścigać się na tym poziomie i czasami podjąć walkę, jakie inne pozytywy wyciągnąłeś z okresu pracy w Williamsie?

Nie jest tych pozytywów dużo, ale są bardzo ważne. Czasami nie jest ważna ilość, lecz jakość. Nadal uważam, że są rzeczy, których siedząc w domu bym nie zrobił. Miniony sezon dał mi świadomość tego, że nawet będąc w trudnych sytuacjach warto walczyć i zawsze można z nich wyciągnąć jakieś pozytywy. Te myśli są dla mnie bardzo ważne, biorąc pod uwagę sytuację, przez którą przechodziłem. Było minęło. Musiałem znaleźć sobie nowe realistyczne zadania i zdystansować się do tego, co było. Od razu po wypadku odciąłem się kompletnie od Formuły 1, ale tak naprawdę ta pasja, ta możliwość jazdy w najszybszej kategorii zawsze była dla mnie czymś wyjątkowym.

Pasja przecież nie umiera.

Tak, pasja nie umiera, ale pasji się też nie wybiera. Wspomniałeś ściganie się, którego było w tym sezonie mało...

No może na starcie go trochę było!

No ale było go stosunkowo mało. Nawet jak było to ściagnie, to co z z tego, skoro podświadomie wiedziałeś, że nawet, jeśli kogoś wyprzedzisz, to za kilka zakrętów rywal odzyska pozycję, a ty go stracisz z pola widzenia. Nadal próbowałem, oczywiście nie robiąc hara-kiri. Poza Australią, gdzie Pierre Gasly ściągnął mi przednie skrzydło, to uważam, że podejmowałem bardzo dobre decyzje na pierwszych okrążeniach, zyskując często kilka pozycji, ale nie ryzykując nadmiernie. To pokazuje, że pewnych rzeczy się nie zapomina. Pamiętam, że tych kilkanaście lat temu mówiło się, że nie potrafię startować. Różnica jest jednak taka, że kiedy startujesz bolidem Renault albo BMW, mając wokół szybszych rywali w pierwszych trzech rzędach, masz dużo większe prawdopodobieństwo, że stracisz niż zyskasz. Pamiętam, że Vitaly Petrov jak jeździł w Renault to robił atomowe starty. Ja z reguły utrzymywałem, lub czasem traciłem pozycje. Fakt był taki, że gdy on robił ekstremalne starty, to miał obok siebie bardzo słabe bolidy.

W tym roku faktycznie najbardziej brakowało mi ścigania się. Idąc do rajdów miałem sporo wyzwań i było mnóstwo rzeczy, z których czerpałem ogromną satysfakcję. Brakowało mi jednak walki i tego... kontaktu. Było tego mało, ale gdy się już przytrafiło, zdałem sobie sprawę, jak bardzo mi tego wszystkiego brakowało.