Łukasz Załuski: Podobno pierwsi trenerzy nie mieli z Tobą łatwo...

Robert Karaś: Sam gdybym miał takiego zawodnika, jakim jestem, wyrzuciłbym go po pierwszym treningu. Ja po prostu nie mogę mieć trenera, a już tym bardziej teraz, kiedy już nie jestem juniorem. Sam jestem swoim trenerem. Skonsultowałem się z najlepszymi na świecie ekspertami od pływania, roweru i biegu, i stworzyłem własny system, który działa. Wiem, co robię.

Doświadczenie pracy w straży pożarnej pomaga?

Raczej sport pomógł mi być strażakiem niż odwrotnie. Przydało się tam dużo dyscypliny i samozaparcia, które wyniosłem z treningów.

Nie brakuje Ci czasu?

Wbrew pozorom nie czuję, żebym miał go za mało. Trenowanie to przecież moja praca. Mój roboczy tydzień trwa sześć dni, w których muszę zmieścić po trzy jednostki treningowe, czasami trochę więcej.

Skoro trening to Twoja praca, odpoczynek również jest częścią Twoich obowiązków. Jak odpoczywasz?

Dla mnie najważniejszy jest odpoczynek po ostatnim treningu w tygodniu, kiedy staram się wszystko skończyć wczesnym popołudniem i mieć wolne aż do poniedziałku rano. To są prawie dwie doby przerwy, kiedy wmawiam sobie, że mam wakacje. Kiedy jestem w trybie przygotowawczym i ostro trenuję, nie potrzebuję większych regeneracji. Wiem, że odpocznę po sezonie. Nie mam też właściwie czasu na regularne wakacje.

Nie nosi Cię w te niedziele?

W ogóle nie. Myślę, że to świadczy o dojrzałości sportowej, którą udało mi się osiągnąć. W soboty po południu jestem już tak uwalony, że naprawdę marzę o tym wolnym dniu.

Eksperymentujesz z jedzeniem?

Nie mam takiej potrzeby. Mój organizm przerobi wszystko. W ogóle nie mam problemu z jedzeniem czy trawieniem, choć muszę przyznać, że ostatnio wprowadziłem trochę modyfikacji do diety. W ubiegłym sezonie, kiedy trenowałem po 38 godzin w tygodniu, regularnie łapałem infekcje – aż cztery razy miałem anginę ropną. Nie chciałem tracić czasu na choroby, więc zacząłem współpracę z dietetyczką, która pomogła mi dobrać suplementy, doradziła czego nie jeść, a co dodać. Czasami trzeba posłuchać kogoś mądrzejszego od siebie.

Podjadasz, aby zaspokoić swoje zapotrzebowanie energetyczne?

Szczerze mówiąc, nawet nie wiem jak dokładnie obliczyć swoje zapotrzebowanie. Spalam około 500–600 kalorii na godzinę, co daje jakieś 3000 kalorii na treningu, nie licząc zapotrzebowania spoczynkowego. Myślę, że jestem uzależniony od słodyczy, ale dzięki pomocy dietetyczki, nie zjadam już dziesięciu batonów naraz. Zawsze byłem szczupły i nigdy mi się to nie odkładało, jednak, aby poprawić jakość jedzenia, staram się nie przeginać i właściwie tylko w soboty pozwalam sobie na więcej.

Jak sobie radzisz bez toalety podczas tak długich dystansów?

Jeśli chodzi przemianę materii to od razu wszystko przepalam. Oddawaniem moczu tez nie muszę się martwić, bo dostaję dokładnie tyle płynów, ile jestem w stanie wypocić. Zresztą mam tak skonstruowane posiłki, aby się tym nie przejmować. Pierwsze 10 godzin jadę na żelach energetycznych i na bananach. Potem wchodzi rosół z wołowiną lub ryże z musami owocowymi, które dostaję w postaci zblendowanej papki w małych kubeczkach co 20–30 minut. Na końcu przyjmuję już tylko soki.

Kto podaje Ci posiłki?

Podczas wyścigów ultra każdy zawodnik ma kilkuosobowy support. Czekają w wyznaczonych strefach, bo tylko tam można dostać pożywienie. Ja jadę, ktoś z mojego teamu biegnie obok, podaje mi kubek, ja jem i wyrzucam.

Jak szybko odczuwasz głód po ukończeniu zawodów?

Zaraz po finiszu wszystko się blokuje, nie ma się ochoty na nic. Nawet na piwo. Poza tym przełyk jest tak przepalony od żeli, że właściwie i tak nie da się nic przełknąć. Zostaje tylko woda. Dopiero po jakimś czasie można powoli zjeść jakąś zupę. Po dwóch dniach mogę już normalnie jeść.

Masz duże problemy z zaśnięciem po zawodach?

Największe problemy mam z zasypianiem przed zawodami. Dobę przed startem w potrójnym ultra triatlonie złapał mnie stres i nie mogłem zasnąć. Ten czas, plus czas wyścigu i jakieś dodatkowe 10 godzin po finiszu – bo tyle jeszcze jestem na nogach – daje jakieś 60 godzin bez snu. Zaraz po wyścigu przez te 10 godzin trwa zbijanie temperatury. Całe ciało pulsuje, jest mnóstwo mikrourazów, a organizm jest tak rozgrzany, że nie sprawdza się nawet okładanie mnie zimnymi ręcznikami. Od razu stają się gorące.

Podczas zawodów trudniej jest być liderem czy trudniej jest gonić?

Cały czas mam świadomość, co się dzieje. Co trzy godziny dostaję kartkę od mojego supportu. Mam tam dokładnie napisane, kto ile ma straty i jak szybko jadę pętlę. To pomaga psychice. Podczas ostatniego podwójnego ultra początkowo nie mogłem uwierzyć, jak duże tempo rywale narzucili w wodzie. Przez pierwszą godzinę byłem cały czas drugi, nie mogłem dogonić Duńczyka.

Przez wiele godzin jesteś sam ze swoimi myślami...

Wbrew pozorom wyścig mija dość szybko. Jeżeli jest się wytrenowanym w stu procentach, rywalizacja przychodzi łatwo. Większość łamie się, kiedy pojawiają się problemy żołądkowe, jakiś, mikrouraz lub właśnie inny zawodnik mocno naciska. Ja akurat na szczęście nie mam problemów żołądkowych, bo do perfekcji doprowadziłem odżywianie, a mikrourazy pojawiają się u mnie bardzo rzadko. Może czasami zepnie mnie kark, ale potrafię sam go sobie rozluźnić podczas wyścigu. Zdecydowanie najtrudniej jest więc, gdy ktoś próbuje cię dogonić. Trzeba wtedy zachowywać chłodną głowę i oszukiwać umysł.

Jak to robisz?

W dosyć brutalny sposób. Kiedy jest mi naprawdę ciężko, a ból jest nie do zniesienia potrzebuję silniejszego bodźca. Wyobrażam sobie wtedy, że jutro miałbym umrzeć, albo że umiera ktoś z moich bliskich i że ten ból w nogach nie ma żadnego znaczenia, że to jest nic. Myśl, jak cierpieliby moi bliscy, gdyby mnie zabrakło, pozwala mi oszukać umysł.

Lubisz ryzykować?

Mam w sobie taki specjalny pierwiastek, który wiele razy w życiu wystawiał mnie na trudne próby. Z powodu tego impulsu, tej cechy robię rzeczy, których normalna osoba by nie zrobiła. Kiedy byłem w szkole, nie zdałem do następnej klasy i wyrzucono mnie z internatu. Nigdy jednak tego nie żałowałem. Świadomie podejmuje decyzję, bo wiem, co jest dla mnie dobre. Dzięki temu pierwiastkowi udało mi się wygrać ostatnio wyścig, bo nie trzymałem się planu. Miałem ustalone, że na rowerze nie przekroczę 237 watów, bo mogę nie ukończyć wyścigu. Ponieważ jednak złapałem gumę i miałem przez to aż trzy minuty straty, zacząłem jechać z mocą aż 290 watów. To było głupie, ale impuls podpowiadał mi, że muszę złamać plan. Jednak mimo że dogoniłem rywali nie zwolniłem, postanowiłem ich zdublować i jechałem z tą samą wysoką mocą przez kolejne 50 minut. Jestem świadomy, że przez takie zachowanie mogę przegrać zawody, ale potrafię zaryzykować i lubie to w sobie.

Wycina Cię kiedy przekraczasz linię mety?

W momencie przerwania taśmy, bo umysł jest zaprogramowany pod korek na konkretny dystans. Po przekroczeniu mety nie jestem w stanie zrobić nawet jednego kroku. Gdyby to jednak był z założenia dłuższy dystans, np. poczwórny Iron Man, z bólem, ale biegłbym dalej.

Poza treningami i udziałem w zawodach rozwijasz też swój biznes.

Poza moją stroną TeamKaras, za pośrednictwem której pracuję z moim zawodnikami, rozkręcam teraz aplikację Iron Man Inspiration. To niezłe narzędzie dla triathlonistów. Wszystkie treningi, które sam realizuję, są tą drogą dostępne dla moich podopiecznych. Widzę ich wyniki z dokładnością do jednego wata i jednej sekundy. Ten sam trening wykonuję pod siebie. Pomysł wymagał dużo pracy, ale – również dzięki wsparciu mojego sponsora Roberta Gryna – działa i jest naprawdę dobry.

Ilu masz zawodników?

Ponad 300 w aplikacji, choć co miesiąc przybywa nowych.

Często powtarzasz, jak dużo zawdzięczasz swojemu zespołowi.

Dlatego że jest to sprawdzony przez lata team, a nasza współpraca opiera się na zaufaniu. Są mądrzy i doświadczeni. Najważniejsze, że wiedzą, jak sobie ze mną dawać rade. Podczas wyścigów bywam trudny, czasami się buntuję, nie chcę przyjmować, tego co mi podają. Moi ludzie wiedzą, jak mnie oszukać. Czasami ukrywają tabletkę w cytrynie, żebym ją przełknął, trochę, jakby próbowali przechytrzyć chore zwierzę. Innym razem wystarczy, że spojrzą mi w oczy i wiem, co robić.

Wkurza Cię, kiedy ludzie mówią, że dobre geny Ci pomagają?

Zupełnie nie. Czuję, że mam większe predyspozycje niż moi sparingpartnerzy, ale to nie wystarcza. Kluczem do zwyciężania jest dyscyplina i dobry plan treningowy, a nie coś wrodzonego.

Twój brat też jest sportowcem. Rywalizowaliście kiedy byliście młodsi?

Tak, to były takie głupie, chore rywalizacje sportowe, które często kończyły się bójkami. Potem z tego wyrośliśmy i teraz się wspieramy. Ale do tego trzeba było dojrzeć. Sebastian jest świetnym pływakiem. Ostatnio zainteresował się też triathlonem. Pomagam mu właśnie w przygotowaniach do startu, bo chcę, żeby też był w topie i w ogóle nie mam problemu z tym, że może mnie kiedyś może ze mną wygrać. Obaj mamy mocną głowę i jesteśmy tak samo pracowici.

Triathloniści często skarżą się, że ten sport zabiera dużo czasu i wymaga poświęceń, również w życiu prywatnym. Musiałeś z czegoś zrezygnować?

Rzeczywiście na początku sporo trzeba poświęcić, ale to się opłaciło. Brnąłem w ten sport, bo miałem informacje od trenerów i psychologów, których szanuję, że mam szansę być najlepszy na świecie. Nie chciałem sobie na starość niczego zarzucić. Gdyby to było tylko hobby, wiele razy bym odpuścił. Z drugiej strony nie jestem na tyle głupi, by zapłacić za triathlon każdą cenę. Dzisiaj czuję, że mam już dużo wolnego czasu i nikogo ani niczego nie zaniedbuję. Znam jednak przypadki zawodników, którzy chorobliwie zatracają się w treningach – nie wypiją piwa, nie pojadą na narty. Nie liczy się dla nich nic poza triathlonem. Ja się musiałem nauczyć tego dystansu, który dzisiaj mam.

Jest w triathlonie miejsce na przyjaźń z rywalami?

To sport, w którym przeciwnik potrafi ci szczerze pomóc. Kiedy zaczynałem, jeden z zawodników –choć byliśmy rywalami – podarował mi rower, bez którego nie dałbym rady trenować. Jest pięciu zawodników, z którymi się przyjaźnię. Łączy nas wzajemne wsparcie i nigdy nie było między nami chorej rywalizacji. Są jednak triathloniści, których mogę śmiało powiedzieć, że nienawidzę. Są zawistni i zazdrośni, gadają za plecami. Wierzę jednak, że i oni w końcu dojrzeją.

Napędza Cię rywalizacja z takimi ludźmi?

Ani mnie to nie napędza, ani nie deprymuje. Mam to w dupie.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że rekord świata jest w Twoim zasięgu?

Szczerze mówią nigdy o tym nie myślałem. Nawet kiedy mi mówili po kilku pętlach, że jadę na rekord, ja krzyczałem, żeby się zamknęli. Denerwowało mnie to. Takich rzeczy się nie mówi zawodnikowi podczas startu.

Dopping przeszkadza?

Często nie pomaga. jak można mówić: „trzymaj tempo” komuś, kto ledwo stoi na nogach. Mój zespół nauczył się nie wypowiadać komend, które mogą zaszkodzić.

Uprawiasz już ten sport od ośmiu lat. Jak długo jeszcze widzisz się w triathlonie?

Kolejne osiem. Chyba że wcześniej osiągnę wszystko, co sobie zaplanowałem. Wtedy zmienię dyscyplinę. Kocham MMA. Jestem wytrzymały i wiem, że mam na to papiery, i że sobie poradzę w walce. Zresztą przed wyścigami nie motywuję się najlepszymi triathlonistami, ale Connorem McGregorem. Chcę się bić tak jak on.