Range Rover Velar to jeden z niewielu samochodów, który wygląda jeszcze lepiej na żywo niż na zdjęciach. Proporcje sylwetki są niesamowite. Z boku, do linii okien przypomina klasycznego „Rendża”. Miękko przetłoczone, duże połacie lakierowanego aluminium i ogromne wnęki na koła. Producent zmieścił w nich 22-calowe felgi i jeszcze całkiem sporo gumy. Linia dachu wraz z powierzchnią szklaną to zupełnie inna historia. Range Rover przyzwyczaił nas do zwalistych konstrukcji, które choć nieprawdopodobnie luksusowe, raczej nie należały do lekkich.

W przypadku Velara mamy do czynienia z zupełnie nowym podejściem do projektowania nadwozia. Dach został poprowadzony bardzo nisko, a powierzchnia szyb jest niezwykle mała jak na dużego SUV-a. Tył jest rozwinięciem stylistycznym obecnej linii modelowej producenta, ale to przód jest największym zaskoczeniem. Już widok stojącego auta poraża, a co jeśli nagle pojawi się w tylnym lusterku?

Velar-ciraptor

Samochód wygląda jak drapieżny dinozaur, który szczerzy swe wielkie zębiska i przygotowuje się do ataku. Ataku, który zawsze jest skuteczny i bardzo bolesny dla ofiary. Reflektory przednie to konstrukcje Matrix-Laser LED z adaptacyjnymi światłami drogowymi. Ich kształt sprawia, że bałem się Velarowi spojrzeć głęboko w oczy. Styliści zaszaleli z wysuwającymi się klamkami, które są bardzo efektowne i stały się elementem charakterystycznym dla pozostałych modeli brytyjskiego producenta. Do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie tego miedzianego wykończenia wnęk klamek, widocznego na wielu detalach nadwozia. Osiągnąłbym wtedy estetyczną nirwanę. Szeroko otwierające się drzwi zakrywają próg, co ma niebagatelny wpływ na czystość nogawek spodni kierowcy i pasażerów.

Rodowód zobowiązuje

Wnętrze to prawdziwa rewolucja stylistyczna i technologiczna. Siedzenia są luksusowe i niezwykle wygodne. Nie ma tu mowy o żadnych półśrodkach. Wentylowaną skórę siedzeń i osłony głośników ozdobiono wzorem flagi Union Jack i jeśli tak miał wyglądać Brexit, to ja nie mam nic przeciwko niemu. Rewolucją jest natomiast deska rozdzielcza. Obszyta mięciutką skórą wyposażona jest w centralnie osadzony wyświetlacz, który w zależności od potrzeb przejmuje rolę nawigacji satelitarnej, widoku kamer 360 stopni czy systemu multimedialnego Meridian. Nie będę oryginalny, pisząc że system audio gra świetnie, choć brakuje mu odrobinę więcej ustawień korektora graficznego. Regulacja tonów niskich, wysokich, subwoofera i cyfrowych ustawień dźwięku przestrzennego to trochę za mało dla wymagającego klienta. Tym bardziej, że fantastyczne wyciszenie wnętrza daje inżynierom dźwięku pole do popisu. Pierwsze wrażenie było bardzo obiecujące, ale im dłużej wsłuchiwałem się w muzykę, tym bardziej wydawało mi się, że projektanci w pewnej chwili poszli na obiad i zapomnieli dokończyć dzieło. 

Wróćmy do wnętrza. Konsola centralna zamieniona została w ogromny wyświetlacz, który sterowany dotykowo pozwala na ustawienie zawieszenia, trybów jazdy, klimatyzacji i masażu w fotelach. Rozwiązanie jest genialne w swej formie i intuicyjne w obsłudze, a do pełni szczęścia brakuje jedynie miękkiej ściereczki do polerowania powierzchni konsoli.

Z tyłu miejsca będzie wystarczająco nawet dla najbardziej wymagających pasażerów. Nie sądzę, by Velarem jeździły na raz więcej niż cztery osoby, więc powiem, że Range Rover stanął na wysokości zadania. W testowanym egzemplarzu zabrakło oddzielnego sterowania klimatyzacją dla tylnych siedzeń, ale nie zapomniano o podgrzewaniu i elektrycznej regulacji oparć. Bagażnik ma pojemność 673 litrów. Jest foremny i głęboki.

Moc pod kontrolą

Dźwięk trzystukonnego, sześciocylindrowego diesla w układzie V znamy już z Jaguara XF, jednak w Velarze jest bardziej dystyngowany. Oczywiście warczy na wszystko, co napotka na swej drodze, ale robi to wysuwając żuchwę do przodu i pytając „Would you mind get out of my way?”.  Zaraz po tym skacze swej ofierze do gardła, pierwszą setkę osiągając już po 6,5 sekundy.

Ale to nie moc, a moment obrotowy 700Nm zrobił nam nie największe wrażenie, bo od 100km/h w górę jest chyba jeszcze lepiej. Range Rover zupełnie się nie męczy i przestaje przyspieszać dopiero, kiedy prędkościomierz wskaże 241km/h. Co ciekawe, przy tych prędkościach zupełnie nie przechyla się w zakrętach. Zachowuje się jak samochód wyścigowy i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś w przypływie emocji zabrał go na tor. Wrażenie podczas jazdy jest takie, jakbyśmy prowadzili auto sportowe, siedząc przy tym na pierwszym piętrze. Do tego jeszcze te koła. Średnica zawracania 11,6 metra pozwala na sprawne poruszanie się w mieście oraz parkingach pod biurowcami, a wymiary zewnętrzne nie odbiegają od kombi klasy średniej.

Tym, którzy już widzą go w swoim garażu dam jeszcze jeden argument. Średnie spalanie w teście wyniosło 9,1 litra na 100 kilometrów, a przypomnę, że Range Rover Velar nie jest zawalidrogą. Jeśli zasiałem w was myśl o posiadaniu tego brytyjskiego auta, pospieszcie się zanim Wielka Brytania odizoluje się od świata, a cena zostanie obłożona dodatkowym cłem. Za trochę ponad 500 tysięcy złotych otrzymacie doskonale wyposażony i wykonany samochód, którego nie da się pomylić z żadnym innym. To auto z mocnym silnikiem i luksusem dużego „Rendża”, za ułamek jego ceny. Nie zapomnijcie poprosić sprzedawcę o tabliczkę na bramę z napisem „Zły Velar”.