Rafał Sonik - pierwszy zawodnik z polską licencją na ściganie, który zwyciężył w legendarnym Rajdzie Dakar. To było trzy lata temu. I choć wielu próbowało, nikomu innemu nie udała się ta sztuka. Sześciokrotnie zdobywał Puchar Świata FIM. Żeby zdobyć to trofeum trzeba zwyciężyć w całej serii rajdów po bezdrożach najbardziej nieprzychylnych człowiekowi pustyń na czterech kontynentach. W tym roku nie zwycięży. Cud właściwie, że chodzi. W czasie piątego etapu tegorocznego Dakaru, na trasie z San Juan de Marcona do Arequipy zaliczył wypadek. Przy prędkości około stu na godzinę na kamienistej pustyni człowiek ma niewielkie szanse. Zwłaszcza jeśli maszyna, a rajdowy quad jest prawdziwym potworem, spada mu na nogę.

Dotarł do mety. Sonik zawsze dociera do mety. Ale dalej poleciał już śmigłowcem, prosto do szpitala. Lekarze nie dawali mu wielkich szans na odzyskanie pełnej sprawności. Jeśli masz pięćdziesiątkę na karku to możesz przecież pomyśleć, że już dość. Że ci się nie chce bez końca trenować i trenować. Rywale sądzili, że już nie powróci. A na pewno nie w tym roku. Ale przecież Sonik ma plan. Chce zdobyć Puchar Świata przynajmniej jeszcze cztery razy. Chce jeszcze przynajmniej raz wygrać Dakar.

A może zwyciężyć w Africa Eco Race – rajd rozgrywany na bezdrożach Sahary, pustyni, którą ukochał najbardziej. Poza tym to był ważny rok dla Polski, stulecie niepodległości, a Sonik patriotyzm pojmuje w prosty sposób: trzeba pokazać światu, kto jest najdzielniejszy. Dotrzeć do mety i wyciągnąć palce w geście Victorii. Zawsze ma w kombinezonie czyste biało – czerwone rękawice tylko po to, żeby założyć je na macie dla tego najbardziej polskiego ze wszystkich symboli. Więc mimo kontuzji wrócił na ostatnie, południowoamerykańskie rundy Pucharu Świata z planem, żeby dojechać do końca. I ku zaskoczeniu komentatorów dwa razy przedarł się aż na podium.

Sonik nigdy się nie poddaje. W sporcie, w życiu, w rodzinie. Był czas, że pogodził się z tym, że będzie miał własnego dziecka. Wydawało się, że dla sportowca i przedsiębiorcy, który konsekwentnie, od trzech dekad  buduje swoje imperium, najlepszy czas już minął. Gemini Holdings działa na rynku nieruchomości komercyjnych. Sonik jest bardzo konsekwentny, inwestycja Gemini Park Tychy, blokowana przez konkurencję, zajęła mu ćwierć wieku. Aż do zwycięstwa w Dakarze, po którym dostał informację, że z szacunku dla tego dokonania, procesy o wstrzymywanie budowy zostają wycofane. Jeśli walka pochłania całe twoje życie, trzeba pogodzić się z tym, że największa z męskich przygód  - ojcostwo nie jest ci pisana. A jednak życie lubi zaskakiwać. 

Oliviera Janiak: Myślę od czego rozpocząć rozmowę, bo znamy się przecież od lat, ale dziś jesteś na zupełnie innym etapie życia. Zastanawiam się tak zwyczajnie po ludzku, co dzieje się z twardym, poukładanym facetem, perfekcjonistą, który uniwersytet życia zrobił na Dakarze, kiedy te małe rączki wyciągają się do przytulania, albo kiedy te małe nóżki tupią rano do łóżka…

Rafał Sonik: To jest święty moment, cudowna chwila, poza tym, że nie przychodzą bo my śpimy razem... prawie każdej nocy. Jeśli tylko możemy, to zasypiamy razem i budzimy się razem. Moment przebudzenia i to co się dzieje później to są dla mnie najświętsze chwile dnia. Oczywiście można uznać to za trywialne ale to jest właśnie moment, w którym łapię dystans do poprzedniego dnia, tygodnia, cokolwiek by się wówczas nie działo, i wchodzimy w zupełnie nowy rozdział. Jakbyśmy przewracali nową kartę grubej książki, w której wspólnie zapisujemy kolejne wersy. To jest niezwykłe doświadczenie.

Miałeś jakieś wyobrażenia o tym, jak to jest być ojcem. Potem zderzyły się z rzeczywistością. I jak wypada bilans?

Czas płynął a ja w miarę jego upływu coraz rzadziej czułem się nowicjuszem. I to w wielu różnych dziedzinach. I nagle się okazało, że w dojrzałym wieku,  mimo wielu doświadczeń, przemyśleń i planów, mimo nauki, którą starałem się czerpać z różnych stron i z różnych źródeł, okazało się, że w  konfrontacji z rzeczywistością jestem nowicjuszem. Całkiem niedawno nazwałem jeden z folderów jakie mam w telefonie „Abecadłem życia” . Od kilku dekad potrafię pisać i czytać ze zrozumieniem, ale teraz  poczułem się jakbym znowu uczył się abecadła.

To musiało być odkrywcze doświadczenie, to zaskoczenie, kiedy masz przekonanie, że już wiesz o życiu niemal wszystko i nagle zaskakuje cię ta mała istota. I to kim się w jej obecności stajesz.  

Przez całe lata byłem przekonany, że pozytywnym aspektem dojrzewania jest fakt, iż w miarę upływu lat popełniamy coraz mniej błędów. Tymczasem kiedy urodził się Gniewko, zrozumiałem, że bardzo wielu rzeczy najzwyczajniej jeszcze o świecie nie wiem. Nie zdawałem sobie sprawy,  że tempo wydarzeń może być tak szalone. Kilka miesięcy temu, na pustyni w Emiratach Arabskich, Gniewko pokazał mi swoje własne tempo obserwacji świata. Wtedy chyba po raz pierwszy dostosowałem się do tempa percepcji innego człowieka. Może stało się tak dlatego, że na rozgrzanej pustyni wszystko z natury dzieje się powoli, że nie należy poganiać wydarzeń. Może dlatego było mi łatwiej? Zobaczyłem świat jego oczyma i dostrzegłem, że doświadczanie świata w takim tempie jest o wiele fajniejsze, że warto kontemplować świat bez pośpiechu. Życie pogania nas bez wytchnienia, cały czas myślimy o tym ile jest do zrobienia, o tym co za chwilę, a tempo w jakim dziecko konfrontuje się z pustynią, ze światem, jest zupełnie inne. Najpierw musi zrozumieć jedną sprawę, żeby przenieść swoją uwagę na coś następnego. Kiedy to zrozumiałem, kiedy się synchronizowaliśmy, zaczęliśmy patrzeć na świat w symbiozie. I dostrzegłem, że poznawanie świata przez dziecko jest najpiękniejszym i najbardziej naturalnym sposobem poznawania.

Dotknąłeś bardzo ważnej kwestii jaką jest tempo życia.

Dla rajdowca, i dla przedsiębiorcy też, czas to kluczowy czynnik. Tempo wyznacza w ogóle rytm życia. Ja sam siebie złapałem na tym, że staram się synowi dyktować tempo, staram się być mu przewodnikiem, a to wcale nie jest konieczne. Dziś wiem, że trzeba być raczej partnerem, kimś kto chroni przed niebezpieczeństwami, ale pozwala dziecku podążać w poznawaniu świata własnym tempem. Proste odkrycie, ale nie tak zupełnie oczywiste. Tempo to jedno, ale jest też cała sfera zainteresowań dziecka. Powinna być jego indywidualnym wyborem, ale to przecież ty pokazujesz mu wachlarz możliwości.  

I to jest wyzwanie dla rodziców. Jeśli się to w porę zrozumie, to zapewne o wiele skuteczniej później można współpracować przy wyznaczaniu tych poważnych kierunków życia. Trzeba w tym współpracować. Czyli uczestniczyć w jakimś życiowym kompromisie.

W teorii znowu to brzmi świetnie. Wiem. Mam własną perspektywę rodzicielskich doświadczeń i porażek. Po latach mam wrażenie, że jedyne co możemy zrobić, to postarać się, żeby dzieciom ich własnego życia nie spierdolić. Ja dostałem czerwoną kartkę prawie od razu. Parę miesięcy po urodzeniu Gniewka musiałem wyjechać na rajd na 3 tygodnie…

Chciałeś a nie musiałeś…

Z jego perspektywy jednak musiałem … W każdym razie wyjechałem na rajd i widziałem, że to stworzyło między nami mur. Że powstała jakaś bariera. Trwało siedem miesięcy zanim udało mi się ją zniwelować. Ale po kilku kolejnych miesiącach, Gniewko miał już  wtedy ponad rok, rozpoczynał się kolejny sezon. Miałem trzy rajdy. Jeden po drugim. To oznaczało, że muszę wyjechać przynajmniej na sześć tygodni. Mimo, że rozmawialiśmy przez Skypa i miał ze mną kontakt, to kiedy wróciłem do domu, przestał mówić do mnie „tato”.  I do tej pory nie mówi tata. Zanim wyjechałem mówił już tata i mama. Mam wrażenie, że do tej pory gdzieś w nim jest zakodowane, że długo mnie przy nim nie było. Więc dostałem czerwoną kartkę i stałem się bardziej uważny po powrocie. Staram się żeby już więcej takich sytuacji nie było.

To była bolesna lekcja.

Tak. Czasami lekcje są twarde. Ze świadomym człowiekiem możesz przeprowadzić dialog. Jeden drugi, za trzecim, czy czwartym dojdziesz do porozumienia i wynegocjujesz jakąś pozycję, która was satysfakcjonuje. Ale z kimś kto ma dopiero rok, nie pójdziesz tą drogą. Nie masz szans To jest wpisane prawdopodobnie w DNA i nie ma takiej porcji wysiłku, który trzeba włożyć w pracę nad tą relacją, żeby wrócić do punktu wyjścia. Myślę, że pewne sprawy są już nieodwracalnie zapisane na tym pierwotnym dysku i teraz chodzi o to, żeby kolejne zapisy potrafiły kiedyś zrównoważyć ten pierwotny.

Ciężko ci było zrezygnować z tego hiper aktywnego życia?  Twoje plany, cele, wszystkie te historie, które nagle zostają nawet nie przestawione na inny tor, ale po prostu muszą się zatrzymać. Trzeba je odłożyć, bo nagle chcesz być blisko tego małego człowieka. 

Może to kogoś zaskoczyć ale kilka miesięcy temu złamałem paskudnie nogę na Dakarze i pierwsza moja myśl była oczywiście dramatycznie trudna. Irytacja, wściekłość, potem smutek, przede wszystkim ból. Znam się z bólem nie od dziś. Mam pewnie więcej blizn po różnych ranach i operacjach niż lat. Ale tym razem bolało naprawdę bardzo. Ale chwilę po tym kiedy uświadomiłem sobie co się stało, gdzieś tam z tyłu głowy dojrzała myśl, że skoro złamanie nogi zatrzymało mnie w wyścigu do podium, skoro ten sezon Pucharu Świata mam z głowy, to będę mógł dużo więcej czasu spędzić w domu. Będę cierpiał, ale za to wiele miesięcy będę z dziećmi. Cały czas o tym myślałem. Że to jest szansa, jeśli tylko będę umiał ją wykorzystać i więcej uwagi, więcej staranności poświęcić w tym czasie dzieciom.  Doszedłem do tego miejsca, w którym przyznałem role przewodników dzieciom, a nie zagarnianiu jej dla siebie z natury rzeczy.

To jest duża sztuka żeby to wyważyć, żeby odejść od roli mentora i stać się partnerem.

Ja byłem przez dwadzieścia lat ojczymem. Kiedy poznałem swojego syna miał sześć i pół roku a jego  biologiczny tata nigdy nie zrezygnował ze swojej roli ojca i bardzo dobrze się w niej odnajdował, więc ja zawsze byłem w drugim planie. Starałem się asystować, pomagać, ale przez to oczywiście nie mogłem poczuć się nigdy wcześniej prawdziwie i w pełni ojcem.  Ale z drugiej strony widziałem jak to działa, kiedy ojciec jest radykalny, albo bardzo stanowczy, kiedy łamie wiele cech swojego dziecka  uznając, że czyni to dla wyższego dobra. Miał do tego prawo, bo był biologicznym ojcem.

Mamy to oswojone i zakorzenione w naszej kulturze, sam więc też się na tym czasami łapię. Nie chce być taki jak mój ojciec,  ale wiele spraw po nim powielam. Walczę z tym oczywiście, ale nie zawsze się to udaje…

Myślę, że taka powszechnie rozumiana rola rodzica jest raczej rolą dysponenta dziecka, nauczyciela, korektora czy belfra. Natomiast rola, o której możemy marzyć, do której też powinniśmy dążyć, to jest rola inspiratora. I jeżeli rodzic potrafi odnaleźć odpowiedni balans i proporcje między dyscyplinowaniem dziecka, a inspirowaniem go, to może wkroczyć na drogę która prowadzi do sukcesu. Sukcesu dziecka i sukcesu ojca. I chyba tak naprawdę to jest jedyna droga. Wtedy dziecko przyjmuje wszystko naturalnie i wyobrażam sobie, że też o wiele bardziej naturalnie zaczyna odbierać świat.

A poglądy, jakie sobie przyswaja nie są mu narzucone, nie są ukierunkowane, tylko indywidualne, własne.

Dlatego między innymi są różne systemy szkolnictwa. Przecież powstały alternatywne systemy szkolnictwa. Ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni nie jest jedynym, jaki istnieje. Kiedy byliśmy w szkole podstawowej, byliśmy pewni, że wszyscy w świecie uczą się tak samo, że innego nie ma. Albo się dostosujesz, albo jesteś outsiderem. Okazuje się, że istnieją nowe, alternatywne metody edukacji gdzie dzieci idą za swoimi zainteresowaniami, pasjami a nauczyciele tylko im asystują. Okazuje się, że te metody wcale nie są mniej skuteczne.

Ważne też by spędzać czas z dziećmi…bo ten nam bardzo szybko ulatuje gdy nie potrafimy nim umiejętnie gospodarować. Nauczyłeś się tego?

Przygotowywałem się do tego okresu swojego życia bardzo długo i starałem się być w tym staranny. Dziś moja asystentka odpowiedzialna za kalendarz jest w stanie zaplanować wszystko tak, że od rana spędzam czas z Gniewkiem. potem trening, po treningu cztery, może pięć  godzin bardzo intensywnej pracy, później wspólny spacer i wspólny czas, tylko momentami przerywany jakimi zajęciami służbowymi, telefonami, czy korespondencją. Zdarza się oczywiście, że jadę, czy lecę dokądś służbowo, ale staram się wrócić o takiej porze, żeby zdążyć na moment zasypiania. Mamy też taki rytuał od dobrych kilku miesięcy, że się kąpiemy razem wieczorem. Gniewcio pływa mi na rękach i to jest zupełnie niesamowite, że możemy żyć ze sobą w takiej symbiozie. Jest jedna rzecz, która zaskakuje mnie za każdym razem. Mam gabinet w domu w którym jest bardzo dużo różnych drobiazgów, puchary, nagrody, medale i Gniewcio ich nie dotyka. Wszystko eksploruje z wielką ciekawością, ale tych rzeczy nie rusza. Ogląda je, czasem weźmie do ręki, ale zawsze odstawi na miejsce.  Uszanował w jakiś magiczny sposób to, że jest taty pokój i w taty pokoju co ma stać na swoim miejscu, zostaje na swoim miejscu.

Jak wyglądają różnice z Twojej perspektywy. Ojcem byłeś  już wcześniej, może nie biologicznym ale mentalnym z całą pewnością, ale jak ta perspektywa się zmienia.

Poważnym doświadczeniem była dla mnie po drodze Siemacha, przecież od 1992 roku czyli już 26 lat jestem partnerem Siemachy a Stowarzyszenie funkcjonuje w specyficznych środowiskach, poznałem dzięki temu bardzo wiele zjawisk, o których istnieniu nie miałem pojęcia, a które moim zdaniem są niezwykle wartościowe w wychowaniu. Siemacha jest realizuje idee księdza Siemaszki, który około roku 1883, opisał, wymyślił wychowanie rówieśnicze. To jest świetny koncept. Konkurencyjny dla wychowania rodzicielskiego, nawet powiedziałbym, że lepszy trochę od rodziców, bo okazuje się, że rodzice zawsze przez dzieci są postrzegani jako autorytety wypowiadające się ex katedra. Rodzic to jest postać, to jest autorytet nam się wydaje że z tej pozycji najskuteczniej uczy się dzieci i pomaga się im rozwijać. Nieprawda. Najskuteczniej dzieci uczą się od swoich rówieśników. Dlaczego? Bo przejmują od nich ich wiedzę i umiejętności, rówieśnicy nie nakazują „naucz się tego ode mnie” Nie. Mówią „naucz mnie tego, bo ty wiesz lepiej, umiesz więcej” i to jest niezwykłe. Wychowanie rówieśnicze to jest według mnie najbardziej skuteczna metoda rozwoju i inspirowanie dziecka do zasysania, do chłonięcia wiedzy.

Myślisz, że Gniewko będzie miał łatwo kiedy zrozumie, że ma za wzór ojca, który sięga po rzeczy które sobie wymarzył jak po swoje.

Nie można moim zdaniem stawiać dziecku poprzeczek. Trzeba go wyposażać w siłę pokonywania przeszkód, ale nie trzeba budować przed nim przeszkód. Nie wolno mówić  „zobacz, co tata osiągnął” bo wtedy może się okazać że on nawet nie spróbuje tam dojść, uzna że to za wysoko, za daleko, za trudno. Mnie dzieli od Gniewka nie jedno, ale przynajmniej dwa pokolenia.  Moje pokolenie było przyzwyczajone do tego, że życie polega na pokonywaniu trudności każdego dnia. Na pierwsze adidasy czekało się wiele lat, na pierwsze jeansy 501 czekało się lat kilkanaście. Trzeba było oszczędzać, zamieniać się z rodzicami w kolejkach po pralkę czy lodówkę. Telefon był u sąsiada i żeby zadzwonić trzeba było trzy godziny kombinować jak to zrobić. W całej letniskowej miejscowości nad Bałtykiem był jeden telefon. Po południu stała przy nim kolejka na trzy, cztery godziny.  To był nasz dzień powszedni i wtedy wydawało nam się, że to jest jakiś historyczny pech. Ale z perspektywy czasu uważam, że to było szczęście. Dlatego później kiedy życie postawiło przede mną, już jako dorosłym człowiekiem, pewne wyzwania, to było dla mnie normlane. Pokonywanie wyzwań było stylem życia. Przyzwyczaiłem się do tego, w ogóle mnie to nie zaskakiwało. Ale w tym tkwi moim zdaniem największa różnica między naszymi pokoleniami. Życie nie zmusza już dzieci do nauki pokonywania codziennych trudności, więc paradoksalnie są gorzej przygotowane do dorosłości.

Trzeba nauczyć synów zaradności.

O tak…Nauczyć pływać, czy nauczyć języka obcego to dzisiaj dla rodzica nie jest wyzwanie, ale nauczyć  zaradności… Konia z rzędem temu, kto dzisiaj to potrafi. Ja na przykład nie wiem jak to zrobić. Uwielbiamy się posługiwać przykładem Paganiniego a przecież narzucanie dziecku tego, czego samo nie chce zrobić, to dewiacja. Ja nie będę narzucał. Wolę inspirować. Nauczanie jest  rzemiosłem, ale inspirowanie jest prawdziwą sztuką.