Kiedyś pewna producentka poznała artystę malarza. To był znakomity temat na reportaż: bezrobotny facet, skromna, wiejska chałupa, obrazy przepełnione magicznym realizmem i to jego niesamowite zagubienie. Jeździł do Niemiec na wykopki i do pielenia cykorii, czasem sprzątał chlewnie, albo grał na gitarze na ulicy w Amsterdamie. Miał zarobić na opał, zima długa, drzewa z lasu nie wolno brać darmo. No ale jak co zarobił, kupował w tej Holandii farby i pędzle, choć już dawno postanowił, że nie będzie malował, bo jak miał to robić, kiedy robota od rana do nocy, a poza tym w zbiorowej sali z innymi facetami przecież o pustym pysku nie zaśniesz.

Dziennikarka kupowała czasami te obrazy, lubiła ich metafizyczny, magiczny realizm, a jemu te kilka stów pomogło zapłacić czynsz. To jest bardzo dobra producentka i świat się poznał na jej talencie. Trafiła do zespołu, który miał tworzyć nowy program dla ogólnopolskiej telewizji. Potrzebowała inspiracji. Kreatywności. Innego, niewarszawskiego spojrzenia. Wszystkie stołeczne pomysły już krążyły w różnych telewizjach w postaci teleturniejów, seriali, talk - show i śniadaniowych, albo kanapowych rozmów. Zadzwoniła do malarza.

- Przyjedź, liczę na twoje twórcze pomysły. Kto ma nas zaskoczyć, jeśli nie ty? Ale malarz nie chciał. - Nie, no gdzie? Ja muszę podpisać w czwartek listę w Urzędzie Pracy. - Ale co? Zasiłek stracisz? - Zasiłku to już dawno nie mam, ale muszę być. Oni mi powiedzą, że nie mają pracy dla nauczyciela sztuki, a ja im powiem, że szkoda, a wtedy oni mi powiedzą, że gdybym potrafił uczyć matematyki, albo gdybym był katechetą, o, najlepiej katechetą, to by coś miały dla mnie, a tak to nie. No i powiedzą jeszcze, że im szkoda.

- No to co tracisz? - Ubezpieczenie, jest mi potrzebne, bo mogę zachorować, choć normalnie przecież nie choruję… - No to w czym rzecz? Nie było dobrej odpowiedzi. Wtedy nie zdawał sobie jeszcze nawet sprawy, że chodzi o urzędowe potwierdzenia faktu istnienia.  Że ten termin, raz w miesiącu, jedyny powód, żeby zaglądać do kalendarza, w jakiś rytualny sposób daje mu dowód, że wszechświat go dostrzega, że jego życie może mieć przed sobą jeszcze jakiś cel. - W każdym razie, zaproszenie dostałeś – powiedziała producentka usłyszał sygnał odłożonej słuchawki. 

Wtedy coś go jednak tknęło. Ten impuls w głowie, który kazał pchać palce w futrynę, sprawdzać każdą okazję, choć zazwyczaj wychodził z tego posiniaczony. Czuł go od dziecka, od czasu, kiedy buszowali z kolegami po placu budowy na częstochowskim osiedlu. Deszcz padał, woda zbierała się w wykopach, próbowali budować tratwy z desek i płynąć na drugą stronę. Wracał do domu utytłany, w kurtce zabłoconej i ciężkiej od wody bo nie jest się łatwo chłopcu, który nasiąknął jak gąbka wyczołgać z wykopu. Nie dostawał od ojca lania. Matka wychowywała go sama.  

Ojciec nauczył go jeździć na rowerze, na nartach, pływać, ale resztę zostawił mamie. Jeśli umiesz pływać to nie utoniesz. Wtedy Przemek tego jeszcze nie rozumiał. Mama wprowadziła go w artystyczny świat, organizowała artystom wernisaże i spotkania, znał ich, znał zapach werniksu i wiedział, jak trzeszczą krosna, kiedy na nich naciągnąć płótno, ale nie malował. Zaczął dopiero przed maturą, kiedy nagle zakochał się ten pierwszy raz, bo kiedy się zakochasz, to przecież musisz być dla tej dziewczyny najlepszy na świecie przynajmniej w jednej dziedzinie. I to mogło być malowanie.

Pojechał do tej Warszawy. Siedziba telewizji cała lśniąca. W recepcji powiedział do kogo i przełknął zdziwione spojrzenia, a dziewczyny w recepcji TVN niejedno widziały, ale nie żeby ktoś tak prosto z lasu, zarośnięty, nieostrzyżony, w tym co miał. Uśmiechnął się do nich złamaną jedynką i nie miały więcej pytań. A potem winda, przeszklony boks, przepiękne kobiety, wysokie szpilki, cieniutkie laptopy, długie, malowane paznokcie. Pomyślał, że jest bardzo daleko do swojego życia.

- To Przemek, nasz człowiek ze wsi – przedstawiła go Lidia Kazen, ta znajoma producentka teraz szefowa TTV. A on się uśmiechnął i miał ten złamany ząb, więc wszyscy pomyśleli, że to się nie splata, ale kiedy już zaczęli poszukiwać pomysłów, to Kossakowski mówi, że można byłoby zrobić program o ludziach co leczą naturalnymi metodami, o szeptunkach, energoterapeutach… i producenci z telewizji w wielkim mieście kupili to. Dostał zlecenie. Umowa na miesiąc, służbowe auto, małą kamerkę i stanowisko dokumentalisty.

- W urzędzie byłeś? - mama zadzwoniła. - Nie mamo! Dostałem pracę w telewizji! - Aj! Byś wreszcie spoważniał – nie uwierzyła, bo mamy łatwo wierzą w kłopoty, a w rozwiązania jakoś trudniej.

Nauczyli go jak obsługiwać kamerę, ale nikt mu nie powiedział, że dokumentalista ustawia ją i nagrywa ludzi, którzy mogliby wystąpić w programie, więc kiedy tych znachorów poznawał, wszystkie ich terapie przechodził na sobie. Praskiewa Artemiuk rozpaliła mu na głowie ogień z lnu, ktoś inny przystawił pijawki, trzeci wbijał igły, a jeden powiedział, że ten samochód z TVN, jest opętany i trzeba odczynić urok. Wstawili Skodę na podnośnik w warsztacie i czarownik odczynił uroki a potem zażądał stu złotych. - No ale ja potrzebuję na rachunek – zmartwił się Przemek.  - Nie ma problemu – powiedział wiedźmin i wystawił fakturę za „przegląd techniczny”. 

Poważni ludzie z telewizji zobaczyli te jego przygody i więcej nie jeździł meldować się w urzędzie, bo dostał posadę prowadzącego.

No i to jest właśnie Przemek. Kilka sezonów jeździ z kamerą dookoła świata i przechodzi najróżniejsze wtajemniczenia i plemienne rytuały w kulturach tak odległych, że aż trudno to sobie wyobrazić. Jada robaki, daje się zasypać w ziemi żywcem, dłutować kręgosłup, robić magiczne tatuaże i nawet biegnie po grzbietach bawołów a on nic się nie zmienił, spokorniał jeszcze wobec świata. Z tego jednego programu zrodziła się marka. „Kossakowski. Szósty zmysł", "Kossakowski. Inicjacja", "Kossakowski. Wtajemniczenie", "Kossakowski. Być jak..." A do tej pory w całym portfolio TVN program z własnym nazwiskiem w tytule miał tylko Kuba Wojewódzki. No i dziewczynę Przemek ma. Ale ciągle jest tym chłopakiem, co nie dowierza, że to się wszystko mogło przytrafić także jemu.

- Ale teraz będzie inaczej – zapewnia. W „Zespole w drodze” jestem prowadzącym, ale to znaczy tyle, że jestem po prostu kierowcą. Miałem być moderatorem, ale kiedy budziły się prawdziwe emocje to nie miałem nic do powiedzenia. Zresztą nasi bohaterowie zapominają tekstu, więc na pamięć się scenariusza nie nauczą.

„Zespół w trasie”, polska wersja belgijskiego formatu „Down the road” to reportaż o wyprawie szóstki ludzi z zespołem Downa do sześciu krajów Europy w poszukiwaniu przygody i zrozumienia. Jadą zmierzyć się ze stereotypami i z niebezpieczeństwami, bo czekają ich prawdziwie wymagające zadania. - Traktowaliśmy od początku tę przygodę jako zadanie podwyższonego ryzyka – nie kryje Przemysław Kossakowski - nie wiadomo jak zareagują widzowie w Polsce, przecież nigdy nie mieli do czynienia z takim pomysłem. Już sam tytuł budził kontrowersje. Może to nasz polski krytycyzm, który każe nam szukać dziury w całym, a może obawa, czy można się śmiać bezkarnie z poważnych tematów?

Kiedy do kin trafiła „Eroica” Andrzeja Munka, pojawiły się głosy, że temat wojny, niepodległości jest dla Polaków tak istotny, że nieetyczne jest uczynienie z tego tematu komedii. A było już dwanaście lat po wojnie. Czterdzieści lat temu podobne reakcje budził „Żywot Briana” a dwadzieścia lat temu „Życie jest piękne”.

- Ekspresja artystyczna w obszarze uważanym za nieszczęście, budzi wątpliwości natury etycznej. Pytanie czy wypada nam się śmiać w obecności takiego tematu wywołuje to zakłopotanie, a zakłopotanie próbujemy ukrywać, na przykład przesadną krytyką. - A dużo się śmiejecie – pytamy. - Nigdy dotąd nie śmiałem się tak wiele – odpowiada Kossakowski – w ogóle w życiu się tyle nie śmiałem. Gdybyśmy chcieli zrobić program komediowy, nie byłoby problemu, ale my chcieliśmy w kostiumie atrakcyjnego programu opowiedzieć rzeczy trudne. Poważne. Czasami tragiczne. Kiedy przestajemy się wygłupiać, tańczyć, przekomarzać, nagle zamierał nam śmiech w gardle, trudno się nie wzruszyć. A momenty gwałtownego przechodzenia z nastroju zabawy do pełnej, stuprocentowej powagi działy się nagle, bez żadnego bufora, bo moi bohaterowie nie udają, nie kłamią, jeśli się cieszą, co całym sobą i tak samo jest ze smutkiem.

- Nauczyłem się, że ludzie z zespołem Downa zdają sobie sprawę z tego, że są inni, że niektóre obszary życia, także w sferze intelektualnej są im niedostępne, że niektórych spraw nie będą mogli zrozumieć, innych nie będą w stanie przeżyć. I jest im z tym źle. Mówili mi, że marzą o naszym życiu, chcą mieć zwyczajne rodziny i normalną pracę. I nie mogą tego mieć z dwóch powodów: ograniczeń jakie postawiła im choroba, i systemu administracyjnego w jakim wszyscy funkcjonujemy. I to się pojawia w naszych rozmowach. Tańczymy w jednej chwili a w drugiej, nagle ktoś mówi ci prosto w oczy „wiesz... czasami, kiedy zasypiam, wydaje mi się, że jestem normalnym człowiekiem”.

Słyszę to i ściska mnie w gardle. I ciągle mnie ściska nawet w tej chwili, kiedy sobie o tym teraz przypominam. 

Całą rozmowę Grzegorza Kapli z Przemkiem Kossakowskim znajdziesz we wiosennym wydaniu ELLE MANA>>>

ZAMÓW ROCZNĄ PRENUMERATĘ ELLE MANA TUTAJ>>>