Oba seriale opowiadają o życiu na prowincji. W przypadku norweskiej produkcji trafiamy do małego miasteczka, gdzieś na dalekiej północy. Niewiele tam jest oprócz bajecznych krajobrazów (jak to w Norwegii). Miejscową elitę stanowią nauczyciel, kierowca szkolnego autobusu, właściciel zakładu pogrzebowego i skorumpowany policjant (a właściwie posterunkowy). Okolicą trzęsie zaś Saam Blizi właściciel stada renów, który do tego robi mnóstwo szemranych interesów. Każdy zna tu każdego. I każdy oczywiście ma swoje sekrety i mniejsze lub większe grzechy na sumieniu. Zaś osią dramaturgiczną serialu jest konflikt Bliziego z Finnem, alkoholikiem o udręczonej duszy i właścicielem stada owiec, które zagryza puszczany samopas pies Saama. Na co nakładają się jeszcze sprawy rodzinne, bo żona Finna ma romans z Blizim.

„Witamy na odludziu” nie da się włożyć do żadnej szufladki gatunkowej. Wydawałoby się, że najbliżej mu do kryminału pomieszanego z opowieścią gangsterską. Bo niby wszystko tutaj jest. Skorumpowany policjant, bliskość granicy, przemyt alkoholu. Ale równocześnie to jest robione na takim hmm... powiatowym poziomie. Małe interesy, za które grozi pewnie co najwyżej wyrok w zawieszeniu i grzywna. Z drugiej strony sporo tutaj komedii. Czarnej, bo czarnej, ale jednak komedii. Problem polega na tym, że zaraz po elemencie komicznym twórcy potrafią nam zaserwować tak poważną i ciężką scenę, że uśmiech zamiera nam na ustach i zaczynamy się nerwowo rozglądać, zastanawiając się, co właściwie jest grane i czy nie bierzemy udziału w jakimś dziwnym eksperymencie z ukrytą kamerą w roli głównej.

Wreszcie, mamy silny wątek obyczajowy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to opowieść o męskości, szczególnie tej w toksycznym wydaniu. Blizi, Saam żyjący blisko natury, reprezentuje pierwotny ideał mężczyzny. Jest silny, zaradny, jurny (z braku lepszego słowa).  Typ samca alfa, który do tego wszystkim musi to nieustannie udowadniać. Finn natomiast jest życiowo nieporadny i całkowicie zagubiony. Nie potrafi nawiązać relacji z żoną i dzieckiem, ucieka w alkohol.  Ci dwaj mężczyźni krok po kroku wchodzą w konflikt, który z odcinka na odcinek nabiera intensywności aż ociera się o szaleństwo. No, ale równolegle pojawiają się postacie kobiece, a historia sporu Bliziego i Finna, ciągle istotna, schodzi jednak na dalszy plan. My zaś poznajmy bohaterki, które próbują sobie ułożyć jakoś życie i znaleźć miejsce na tytułowym odludziu. Dostajemy więc serial, który jest jakąś pokręconą mieszanką „Twin Peaks” i „Przystanku Alaska”, pełną oryginalnych, chociaż połamanych na różne sposoby postaci. Fajna i wyjątkowa pod wieloma względami produkcja, która jednak wymaga od widza odrobiny cierpliwości. Twórcy nigdzie się bowiem nie śpieszą i snują swoją historię we własnym, dość powolnym tempie.

„Mare z Easttown” jest dużo łatwiejsza do sklasyfikowania gatunkowo. To pełnokrwisty kryminał z akcją dziejącą się w miasteczku gdzieś w Pensylwanii. To obraz Ameryki, o której niby wiemy, ale jednak ciągle trudno w niego uwierzyć. Bieda aż piszczy, większość domów wygląda tak, jakby miała się rozpaść, okolica jest szara, ponura, a ulubionym miejscem spotkań młodych ludzi jest polana pod wiaduktem kolejowym. I tak jak „Witamy na odludziu” pełno tutaj nieszczęśliwych ludzi. Główna bohaterka Mare to policjantka, która jest lokalną bohaterką, bo dwadzieścia pięć lat temu zdobyła decydujące punkty w meczu o stanowe mistrzostwo w koszykówce. Jest rozwiedziona, straciła syna, a jej były mąż właśnie szykuje się do drugiego ślubu. Mamy również pisarza, który w swoim życiu wydał tylko jedną książkę i od tego czasu żyje z prowadzenia kursów kreatywnego pisania oraz nastolatkę z małym dzieckiem na rękach, która walczy o to, żeby zdobyć pieniądze na ratującą mu słuch operację. A potem dochodzi do zbrodni.

I znowu, jasne, to wszystko już znamy, to wszystko już widzieliśmy. Samotna policjantka, małe miasteczko, sekrety i morderstwo, które wywraca życie lokalnej społeczności do góry nogami. Ale jest coś w tej historii, co sprawia, że przebieram nogami oczekując na kolejny odcinek. Na pewno duża w tym zasługa rewelacyjnej Kate Winslet, która gra tytułową bohaterkę. Mare, pomimo wiecznej irytacji i wymalowanego na twarzy zmęczenie, budzi jednak sympatię (co nota bene trudno powiedzieć o bohaterach „Witamy na odludziu”). Twórcy scenariusza umiejętne rozrzucili też różne tropy i zagadki, których rozwiązanie chcemy poznać. I oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to dopiero pierwszy odcinek, który tak naprawdę pełni rolę wielkiej ekspozycji, a prawdziwa akcja rozpocznie się dopiero w drugim. Niemniej, pisałem Państwu jakiś czas temu, że od dawna nie zaciekawił mnie żaden serial kryminalny. A „Mare z Easttown” to się udało. Będę oglądać.