Od kilku dni w mediach społecznościowych można obserwować coraz większą popularność wpisów z tagiem #otwieraMY. To nazwa inicjatywy, w ramach której właściciele biznesów zamkniętych z powodu pandemii (restauracji, klubów fitness, barów i innych) zapowiadają rychłe otwarcie swoich przybytków – nawet, jeśli będzie to sprzeczne z nowymi rozporządzeniami. Wielu z nich twierdzi, że pomoc ze strony rządu jest niewystarczająca, a pozostawanie w zamknięciu lub mocno ograniczone działanie (na przykład sprzedaż dań jedynie na wynos) oznacza rychłe bankructwo i trudne do przewidzenia kłopoty finansowe.

Otwieranie przymusowo zamkniętych biznesów w takiej sytuacji wydaje się być ryzykowne, ale część przedsiębiorców decyduje się to ryzyko podjąć. Ich decyzji przyklaskują klienci, którzy również mają dość siedzenia w domu. Organizatorzy akcji #otwieraMY poszli nawet o krok dalej – postanowili stworzyć interaktywną mapę miejsc, które zdecydowały się działać tak, jakby koronawirusa nie było. Można ją znaleźć pod TYM adresem. Na pytanie, czy takie działanie jest właściwe i odpowiedzialne, każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.

Przedsiębiorcy uważają przy tym, że konieczność trwania w zamknięciu jest niezgodna z prawem. Powołują się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu, który uznał, że bez wprowadzenia stanu klęski żywiołowej rząd nie może zakazać określonych zakresów działalności. Trudno jednak przewidzieć, czy taka argumentacja się utrzyma w przypadku rozprawy przed innym sądem – w Polsce nie obowiązuje system prawa opartego na precedensach, znany chociażby ze Stanów Zjednoczonych (a co za tym idzie – amerykańskich filmów). Na pytanie, czy takie działanie jest właściwe i odpowiedzialne, każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.