Small talk powinien być jak lekki flirt. Niewyszukany może być uznany za idiotyczny. Zdecydowanie nie może być to chłodne pytanie z gatunku „przepraszam, która godzina?”, ale nie może być on i nazbyt natarczywy. Być może stąd też i taki problem z dobraniem tematu do tej tak zwanej „rozmowy eksploracyjnej” – ileż można mówić o pogodzie czy o covidzie? Bywa też, że jeśli podczas small talku nie będziemy wystarczająco uważni, to wpadniemy w jakąś pułapkę. Tak, jak były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, gdy jeszcze premierem nie był. Zaliczył on klasyczną i bardzo poważną wpadkę, o której - jak sam mówił - można by pomyśleć, że była dyskwalifikującym potknięciem dla przyszłego szefa rządu. Rzecz działa się na wielostronnej konferencja za granicą podczas przerwy lunchowej. W spotkaniu uczestniczyło bardzo wielu dygnitarzy z różnych części Europy – szefowie rządów, przywódcy państw i wielu innych ważnych ludzi. Blair spotkał kobietę w średnim wieku, która zwróciła się do niego: „Może wezmę panu coś do jedzenia z bufetu?”. Blair wspomina: „Poszedłem więc z nią, a gdy zapytała »A kim pan jest?«. Przedstawiłem się, mówiąc: »Jestem Tony Blair z brytyjskiej Partii Pracy. A pani jak ma na imię?«. Odparła: „Beatrix”. (królowa Holandii Beatrycze). A ja na to: »Yyy…«. Ale na tym nie koniec. Obawiam się, że spytałem: »A czym się pani zajmuje?«. Odparła: »Jestem królową«”. Blair podsumował, że to coś, po czym naprawdę trudno wrócić do siebie.

Podobną i równie kłopotliwą sytuację ma na koncie ambasador Jerzy Maria Nowak. Kiedy pełnił swoją misję na Malcie i był tam przyjmowany na przyjęciu zorganizowanym przez premiera, nagle pozostał bez polskich kolegów – jak pisał w swoich wspomnieniach: „Stałem samotnie – co nie jest zbyt miłe dla dyplomaty – w kącie wielkiej sali średniowiecznego zamku kawalerów maltańskich. W pewnej chwili zauważyłem, że w drugim końcu sali wysoki, dystyngowany, siwy pan rozmawia chyba o mnie. Po chwili rzeczywiście podszedł do mnie z pytaniem, czy jestem przedstawicielem Polski. Odpowiedziałem twierdząco i z pewnym entuzjazmem, ciesząc się, że ktoś się mną zainteresował. Moja radość szybko minęła, gdy zapytał, czy mógłbym mu pomóc w opublikowaniu jego wierszy w Polsce. Wszyscy dyplomaci wiedzą, jak wielu uciążliwych grafomanów kręci się wokół ambasad, poszukując możliwości drukowania swoich utworów. Zacząłem więc go zniechęcać argumentem, że u nas trudno znaleźć literatów ze znajomością maltańskiego. Gdy powiedział mi, że ma tłumaczenia tych wierszy na język angielski, podałem mu adres mojego hotelu, sugerując, aby przysłał mi swoje tomiki. Po kłopotliwie przeciągającej się chwili milczenia zapytałem nieco protekcjonalnie, czy może się utrzymać z poezji. Okazało się, że nie, że jest prawnikiem. Postanowiłem drążyć temat i na pytanie, czym się konkretnie zajmuje, ku mojemu osłupieniu bezpretensjonalnie oświadczył, że jest »aktualnym prezydentem republiki«. Entuzjazm jednak powrócił. Był to rzeczywiście Anton Buttigieg, prezydent Malty, cieszący się także opinią niezłego poety. Nie wiedziałem wówczas, jak prezydent wygląda, (co trudno sobie wyobrazić dzisiaj, w dobie Internetu), stąd ta niezręczna wpadka (…) była to dla mnie nauczka pokory, przez długi czas uważałem ten incydent za największą moją dyplomatyczną gafę”.

Bywa, że za small talk bierze się istny gawędziarz. I wówczas też mamy problem. Bo w small talku chodzi jednak o rozgrzanie się do zasadniczej rozmowy przez obie strony. Choć chyba jeszcze gorzej, gdy trafia na siebie dwóch milczków. Rozwiązaniem dla takich małomównych osób, które jednak stoją pod ścianą small talku, może być poczęstowanie partnerów w rozmowie krótką gawędą Williego Brandta z wywiadu z Orianą Fallaci: „opowiem pani historyjkę, norweską. Na górze nad fiordem żyją dwaj wieśniacy. Każdy w swoim domu. Pewnego dnia jeden z nich udaje się z wizytą do drugiego. Wchodzi do jego domu i nic nie mówi. Kiwa lekko głową. Także drugi nic nie mówi. I nawet nie kiwa głową. Rzuca jednak okiem w stronę spiżarni, gdzie stoi butelka wódki. Wieśniak, który przyszedł z wizytą, pojmuje. Podchodzi do spiżarni, bierze butelkę wódki, dwa kieliszki. Stawia je na stole. Nalewa. Obaj zaczynają pić. Piją w milczeniu, kieliszek za kieliszkiem, powoli. Żadne chrząknięcie nie przerywa tej niemej sceny. Ale przy ostatnim łyku wódki wieśniak, który przyszedł z wizytą, podnosi kieliszek i szepcze: „Skol. Na zdrowie". Wtedy drugi wybucha: „Ty idioto! Spotkaliśmy się po to, żeby się napić czy żeby gadać głupoty?". Mimo wszystko – nawet z tą metodą zalecałbym ostrożność. Bo a nuż widelec – trafimy na innego milczka.