Jakie znaczenie w Twoim życiu ma czas?

Jest go zawsze zbyt mało. Aktorzy potrzebują czasu, aby przygotować się do roli: przestawić myślenie, przygotować ciało, przyswoić emocje postaci, zapamiętać tekst. Lepiej ułożyć rolę w głowie.

A więc najlepiej mają aktorzy z seriali trwających latami?

Oczywiście. Rola staje się wówczas częścią życia, jak przyzwyczajenie. Mózg się adaptuje, ciało przestraja na bycie kimś innym.

Sądziłem, że kiedy zapytam o czas, powiesz: stoisz za kulisami, czekasz, zapala się lampka, Twoja postać wchodzi...

Strasznie tęsknię za teatrem, bo to już piąty rok, jak oddałem się filmowi. Teatr to jest magiczny świat, tam naprawdę czas staje w miejscu. W okresie przygotowań, tworzenia postaci my się po prostu zatracamy. Z Mają Kleczewską zastosowaliśmy metodę Hellingera w odniesieniu do relacji między postaciami. To niesamowite doświadczenie, a nikt przed Mają nie próbował wykorzystać ustawień w pracy z teatrem. Okazało się, że wymyślone postaci mają osobowości, na które można wpływać myślą, i to między nimi działa. Postaci Kalibana, Ferdynanda czy Mirandy zaczęły rezonować, przekazywać sobie emocjonalne zadania. Docierasz wtedy do ukrytego ja. Osoba, której w milczeniu dotykasz, robi to, co każesz jej w myślach, to jest niesamowite i niewytłumaczalne. Na tej bazie tworzyliśmy spektakl. W awangardowym teatrze jest przestrzeń, której w filmie mi brakuje. Może dałoby się ją odnaleźć w kinie artystycznym, ale nie mam pewności. Film przenosi cię do innej tożsamości, ale jednak dzieje się to tu, na ziemi. Teatr przenosi cię w inny wymiar. Produkcja filmu jest kosztowna. Tu właśnie decyduje czas. Mistrzem korzystania z czasu jest Patryk Vega. W „Dragon Ball”, bajce, którą oglądałem w dzieciństwie, był pokój, w którym spędzałeś jedną minutę, a na zewnątrz mijał rok. Tak pracuje Patryk.

Potrafi zatrzymać czas?

Możliwe, że ma takie predyspozycje. Jest pioruńsko inteligentny, co by o nim nie mówić, zawsze powtarzam, że w wybranych sferach on jest geniuszem. Rozbił monopol filmowy w naszym kraju, rozregulował ten rynek. To rozrywkowe kino, ale zawsze jest publiczność.

W naszych czasach wyobraźnią i tak rządzi Instagram.

No właśnie. I zabija kulturę. Sam z niego korzystam, to jest moje narzędzie pracy, świadomy wybór. Wszedłem w to, bo myślę o przyszłości i rodzinie. Zapewnić im bezpieczeństwo, także finansowe. Ale tęsknię za analogowym światem, za jego jakością. Ostatnio Kasia zaprosiła mnie na „Osiem i pół” Felliniego. Zachwyciłem się, choć do tej pory uważałem, że czarno-białe kino jest zbyt archaiczne. Tam wszystko toczy się powoli, ale za to na jakim poziomie! Wszystko jest doskonałe: żarty, kadry, poczucie humoru. A jednak gdybyś puścił to dziś w kinie, nikt by nie przyszedł. Może wszystko, kiedy następuje to wielkie rozczarowanie ludzi, którym wmówiono, że wszystko mogą? Kiedyś followersi to byli faktyczni obserwatorzy, teraz można zasięgi kupować. To jest biznes. Algorytmy pilnują, żebyś za wysoko nie podskoczył. Ja chciałem po prostu zamieszczać artystyczne zdjęcia, pokazać mój punkt widzenia świata. Jeśli zajrzę do mojego Instagrama sprzed pięciu lat, widzę, jak moje życie się zmieniło.

Masz kłopot z popularnością?

Chciałem być popularny. Kiedy widziałem znanych aktorów, myślałem: fajnie być rozpoznawalnym. Wiedziałem, że są plusy i minusy, i zgadzałem się na konsekwencje. Nie uciekam przed paparazzi. Jeśli potrzebuję być incognito, wyjeżdżam za granicę i jest fajnie. Osoba publiczna musi to potrafić unieść.

A kiedy stajesz się twarzą produktu?

To nie jest łatwa decyzja. Z Aztorinem to nie był problem, bo ja bardzo lubię zegarki, więc wszystko jest kompatybilne ze mną. Nie musiałem nikogo udawać. Ale kiedyś dostałem naprawdę intratną propozycję reklamy. Odmówiłem. Nie chciałem być twarzą pewnego produktu, ale to nie jest łatwe, kiedy w grę wchodzą naprawdę duże pieniądze, bo jeśli nie chcesz ich zarobić, to jakbyś nie spełniał powinności ojca. Przecież musisz zapewnić dziecku bezpieczeństwo, a jesteś aktorem. W tym zawodzie nie pracujesz każdego dnia i trzeba szanować zlecenia. Ale nie umiałem sobie wyobrazić tych parówek biegających po telewizorze. Kontrakt z Aztorinem to zupełnie inna jakość. Nie kryję, lubię produkty z półki premium, lubię ich jakość. I po prostu lubię posiadać ładne rzeczy.

Czy to jest najlepszy czas, jaki miałeś w życiu?

To jest czas, jakiego jeszcze nie miałem, bardzo wiele nowych rzeczy sobie uświadomiłem. Czas, kiedy w domu pojawia się dziecko, wiele zmienia. Miałem przesyt pracy, uświadomiłem sobie, że są granice tego, ile mogę wziąć na swoje barki. Odkrywam też alternatywną, pozaaktorską drogę zawodową. Reklamy też pozwalają na odrobinę niezależności. Kupujesz czas do następnej roli, bo nie wiesz, kiedy ją znowu dostaniesz. Chcę mieć na wszelki wypadek oparcie w innej dziedzinie. Bardzo dobrze jest, jeśli dostaje się interesujące propozycje i to przez parę lat z rzędu. Ale mam świadomość, że przecież mogą przestać napływać. Aktorstwo to wyjątkowo kapryśna robota. 

---------

Piotr Stramowski - aktor teatralny, filmowy i telewizyjny.