Podczas tegorocznego Festiwalu Camerimage, które jest świętem sztuki operatorskiej, mieliśmy okazję porozmawiać z Piotrem Sobocińskim Juniorem, autorem zdjęć do „Bożego Ciała”, ale także do takich obrazów jak „Róża”, „Drogówka”, „Układ zamknięty”, „Bogowie”, „Wołyń”, „Cicha Noc” czy „Najlepszy”. Sobociński jeszcze przed seansem powiedział, że nie lubi za dużo opowiadać i każdy film powinien mówić sam za siebie. Dla nas zrobił wyjątek. Kilka miesięcy później okazało się, że „Boże Ciało” to polski kandydat do Oscara. 

Wiemy już, że „Boże Ciało” film jest polskim kandydatem do Oscara. Teraz z niecierpliwością czekamy na nominację w kategorii Najlepszy Film Międzynarodowy. Czy już w trakcie czytania scenariusza podejrzewałeś, że to jest właśnie historia warta Oscara?

Kiedy dostałem scenariusz to poczułem, że to ciekawy temat. Janek Komasa dał dużo uwag, które następnie wprowadził scenarzysta Mateusz Pacewicz. W ten sposób wspólną pracą doszliśmy do pierwszej wersji scenariusza, która została skierowana do produkcji. Później scenariusz przechodził jeszcze wiele metamorfoz pod względem chronologii, sensu
i znaczeń. Dopiero wtedy zbliżył się do tego, co widzimy na ekranie. Są takie scenariusze, które bezpośrednio przenosi się na ekran, a czasem trafiają się takie, które wymagają więcej pracy. Nie dlatego, że są złe. Pierwowzór był napisany pod inne miejsce i miał trochę inną wymowę. Kiedy wybraliśmy Jaśliska jako naszą główną lokację, wszystko trzeba było pod to dostosować. Lubię brać udział w pracy nad scenariuszem bo od razu mogę mieć wpływ na kształt historii pod względem dramaturgii wizualnej. W ten sposób łatwiej nam się potem
pracuje na planie. Bylem zadowolony z finalnego scenariusza, ale robiąc film nie myślę
o tym, czy ma on szansę na Oscara czy inne nagrody. Staram się zrobić go najlepiej jak umiem. Zaskoczylo mnie jednak, jak ten film jest popularny za granicą. Nigdy bym sobie tego nie wymarzył.

Większość zdjęć do fimu kręcona była na Podkarpaciu. Jak lokalna społeczność reagowała widząc ekipę filmową, która dotyka tematyki kościoła?

Na końcu dokumentacji zostały do wyboru dwa miasteczka. Jedno na Mazurach, a drugie na Podkarpaciu. Gdybyśmy wybrali Mazury - surowe, trochę mroczne z wszechobecną czerwoną cegłą, to byłby zupełnie inny film. Jaśliska miały drewnianą architekturę, pastelowe kolory i były bardziej „rozsiane w naturze”. Byliśmy tam już podczas przygotowań i wielokrotnie rozmawialiśmy z mieszkańcami. Janek zdecydował, że chce być jak najdalej od pewnego trendu widocznego w polskich filmach, czyli naśmiewania się z prowincji. Chcieliśmy być bardzo uczciwi w stosunku do nich - pokazać, z jakimi oni się problemami borykają i odzwierciedlić ich świat. Nasza relacja opierała się na szczerości. Zadawaliśmy im pytania i ci ludzie w pewnym momencie otworzyli się. Wiedzieli, o czym jest ten film. Janek im to dokładnie tłumaczył. Proboszcz Jaślisk chciał nam udostępnić kościół, ale kuria się nie zgodziła, więc wnętrze kościoła było kręcone pod Warszawą.

Mogłeś wyżyć się operatorsko?

Ja się w tym filmie musiałem powstrzymywać! Bardzo nie chciałem, żeby ruch kamery czy styl oświetlenia były dominujące, żeby wychodziły przed historię i aktorów. Zazwyczaj kiedy kamera jest z ręki to jest swoistym katalizatorem uczuć. Postanowiliśmy odłożyć to na bok
i zrobić bardzo statyczny i subtelny film, gdzie narzędzia filmowe, którymi się posługuję, działały na widza bardziej podświadomie i były naturalnie wplecione w film. Naprzemiennie zmieniałem naturalny efekt światła, żeby osiągnąć efekt dramaturgiczny. Myślę, że najtrudniejsze było właśnie to, żeby moja praca była niewidoczna. To nie są zdjęcia na żadną nagrodę filmową. Mogą pozostać niezauważone, ale w ten sposób wzmacniają  film.

Poza „Bożym ciałem” jesteś też autorem zdjęć do takich filmów jak „Róża”, „Drogówka”, „Układ zamknięty”, „Bogowie”, „Wołyń”, „Cicha Noc” czy „Najlepszy”. Czujesz się spełniony zawodowo mimo młodego wieku?

Nigdy!

Jaki zatem stawiasz sobie kolejny cel?

Mój cel to jest zawsze film, który robię teraz albo który szykuję. Staram się nie wybiegać dalej. W momencie, w którym się decyduję na to, żeby robić film, on się staje całym moim światem. Traktuje każdy film jakby był moim pierwszym, premierowym. Zawsze jestem zdenerwowany przed zdjęciami. Zawsze się boję. Jednocześnie jednak to mnie pcha do stosowania nowych rozwiązań, które by najlepiej opowiedziały daną historię.

Jesteś już w kolejnym projekcie? Możesz zdradzić, nad czym pracujesz?

Jakoś tak mi się pokomplikowały plany, że filmy, które miałem robić w tym roku, zostały przesunięte na kolejny. A na przyszły rok też mam zaplanowane zdjęcia, w związku z tym to jakaś katastrofa - muszę wybierać, a nie wiem, na co powinienm posatwić. Jedno jest pewne - zrobię nowy film Wojtka Smarzowskiego.

No własnie, oprócz Wojtka Smarzowskieg współpracowałeś też z innymi polskimi reżyserami. Czuć różnicę w postrzeganiu świata i podejścia do pracy między reżyserami młodego pokolenia i tymi ze „starej gwardii”?

To nie jest kwestia pokolenia. Każdy reżyser jest inny. Są reżyserzy, którzy zawsze kombinują podobnie. Niektórzy chcą każdy film robić inaczej. To jest najciekawsze w tym zawodzie, że można robić za każdym razem coś nowego. Jeśli chodzi o reżyserów, to można powiedzieć, że oni się dzielą na pisarzy i malarzy. Pisarze skupiają się prawie w stu procentach na pracy z aktorem, nad tekstem i to jest cały ich świat. Natomiast malarze wchodzą w  przestrzeń wizualną i praca z takim reżyserem jest zupełnie inna. On aktywnie uczestniczy w tworzeniu obrazu filmowego. Z jednymi i drugimi można stworzyć coś wspaniałego.