Rok 2020 to najlepszy rok w całym jego dotychczasowym życiu. Ma na to papiery. Dwudziestoośmiolatek z Nowego Dworu Gdańskiego został właśnie wyróżniony dwoma kolejnymi tytułami: WTA Coach of the Year oraz Trenera Roku w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. A to wszystko po niezwykle udanym sezonie jego podopiecznej Igi Świątek, przypieczętowanym pierwszym w historii polskiego sportu singlowym tytułem wielkoszlemowym.

Zagraniczni dziennikarze nauczyli się już poprawnie wymawiać twoje nazwisko?

Ech, nie, i pewnie jeszcze potrwa, nim się nauczą. Długa droga przed nimi, ale na szczęście kilku jest już całkiem blisko celu.

Z Igą już sobie coraz lepiej radzą...

Sędziowie starają się o to dopytywać i wymowa nazwiska „Świątek” idzie im rzeczywiście lepiej. U Igi kluczowe jest jednak imię i tak, po imieniu, najczęściej zwracają się do niej dziennikarze. Jakiś czas temu niektórzy próbowali wymawiać je z angielska: „Ajga”, co – jak się okazuje – w niektórych językach może brzmieć zabawnie. Dziś już wszyscy wiedzą, że Iga to Iga.

Epidemiczny rok 2020 nie był chyba dla was taki straszny?

Dla mnie był najlepszy, jaki przeżyłem, zwłaszcza pod względem osiągnięć. Wiem, że miałem jednak przy tym dużo szczęścia. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi to był wyjątkowo trudny okres. I  naprawdę niełatwo jest się w pełni cieszyć ze swoich sukcesów, kiedy wiesz, że inni w tym czasie cierpią. 

Nikt na szczęście nie cierpiał waszym kosztem.

Dobre wyniki pojawiły się nie dzięki pandemii, ale pomimo niej. To jest nasza praca, a sport jest w pewnym sensie biznesem. A już na pewno to, że daje pracę wielu ludziom. Nie tylko sportowcom, lecz także ogromnej rzeszy organizatorów turniejów i tym, którzy są przy ich realizacji zatrudnieni. Staramy się, aby wszystko działało, jak wcześniej, ale szczególnie cieszyć się nie będziemy. 

Jak zwraca się do ciebie Iga? Trenerze, coachu, Piotrze?

Trenerze, po prostu. Kiedy natomiast rozmawia o mnie z kimś innym, mówi normalnie, po imieniu. Tak jak powinna.

Zdarza ci się jeszcze grać w tenisa dla przyjemności?

Zdarza, i to coraz częściej. W zeszłym roku miałem też zajawkę na squasha. Zawodowcem nie jestem, ale postępy przychodzą szybko. Ten rok bardziej stał jednak pod znakiem tenisa, czemu sprzyjał lockdown, ale i możliwość gry na świeżym powietrzu. Odbijałem więc sporo i przyznaję, że dobrze się z tym czułem.

Cofnijmy się o piętnaście lat. Grałeś w akademii tenisa. Ale trenerską ścieżkę zacząłeś bardzo wcześnie. Trenowałeś siostrę, a potem kolejne dzieciaki, choć jednocześnie sam grałeś. Byłeś w dwudziestce najlepszych tenisistów w Polsce. Nie wolałeś skupić się na karierze zawodniczej?

Każdy na początku chce być zawodnikiem. U mnie to marzenie nigdy nie było szczególnie silne. Zdawałem sobie sprawę, jak daleka jest droga do profesjonalnej kariery i gry w czołówce. Z wiekiem łapałem więc coraz większy dystans. Czasem się zastanawiam, co by było, gdybym wciąż trenował. Nigdy natomiast nie miałem takiego ciśnienia. Poza tym miałem młodszą siostrę, a spiąć budżet na dwoje młodych zawodników w rodzinie to nie jest prosta rzecz.

A trenowanie tenisa kosztuje...

Jest drogie w porównaniu ze sportami drużynowymi. Są wprawdzie droższe, jak choćby badminton – lotki zużywają się szybciej niż piłki tenisowe, a wynajęcie hali jest trudniejsze. Squash również nie jest tanim sportem. Na wszystkie te sporty wydaje się zbliżone pieniądze, jeżeli się trenuje w miejscu, w którym się mieszka. A kiedy dochodzą dojazdy, są to ogromne koszty.

A wyobrażasz sobie siebie na miejscu Igi?

Nie. Od dawna jestem już po drugiej stronie – obserwując czołówkę zawodowego tenisa z bliska, wiem, czego mi brakuje, a co mają najlepsi. Żeby osiągać sukcesy w tenisie, trzeba być trochę sportowym świrem. Ciężka praca nie wystarczy. Wielu tenisistów haruje na korcie, ale wygrywają tylko ci, którzy nienawidzą przegrywać. To ich nakręca. Mnie wystarcza sama atmosfera kortu. Lubię odbijać piłkę, lubię po prostu spędzać dzień na korcie.

Pamiętasz wasz pierwszy trening z Igą?

To był trudny czas – Iga była w okresie startowym, czyli de facto nie potrzebowała wielu treningów. Już wtedy osiągała świetne wyniki, więc potrzebowała kogoś, kto jej nie zamęczy, nie zajedzie i nie zepsuje tej dobrej gry. Na początku poproszono mnie o drobne wsparcie treningowe, a później miało się okazać, co dalej. 

Jesteś jednym z najmłodszych trenerów w czołówce WTA. Jednym z niewielu z dwójką w metryce. Masz poczucie, że jako trener też się jeszcze rozwijasz?

Tak, i tu nawet nie chodzi o samą pracę z Igą, a raczej o dostęp do ludzi, którzy zajmują się tym od lat. W Polsce to wciąż bariera dla trenerów. Mamy niewielu, którzy pracowali z najlepszymi, widzieli, jak to wygląda od wewnątrz, i jeszcze mogą i chcą się podzielić wiedzą. Mamy Tomka Wiktorowskiego, trenera Agnieszki Radwańskiej, i Maćka Synówkę, który też wiele lat pracował w światowym tourze. Oni są zawsze chętni do pomocy i otwarci. Zawsze mogę do nich zadzwonić, zapytać o zdanie, choć zdaję sobie sprawę, że dzieje się to kosztem ich czasu, a oni nic z tego nie mają. Nam zwyczajnie brakuje systemowego rozwiązania, które pozwoliłoby kształcić kolejne pokolenia trenerów. Mimo że wdrażamy w Polsce wiele dobrych rozwiązań, to nie jesteśmy do nich przekonani, brakuje nam zaufania do samych siebie. Oczywiście, są trudniejsze zajęcia, ale dwa lata w profesjonalnym tourze pokazały mi, że do tej pracy trzeba mieć specjalne predyspozycje.

Mówiłeś kiedyś, że Iga wygrywa, kiedy włącza się jej instynkt zabójcy. Potrafisz dostrzec przed wyjściem swojej zawodniczki na kort przed meczem, że to jest taki dzień?

To widać po pierwszych gemach. W meczu wszystko może się nagle odwrócić. Zwłaszcza że mówimy o zawodowych sportowcach, którym stale towarzyszą problemy zdrowotne – przeciążenia, naciągnięcia, jakieś stany zapalne – to jest ciągle obecne w ich życiu i w każdej chwili może się odezwać. Jeśli jednak ze zdrowiem wszystko w porządku, zawodniczka nie ma „tych dni” w miesiącu, jest gotowa wyjść i walczyć o każdy punkt.

Na ile ważna jest dyspozycja dnia w tenisie?

Dyspozycja dnia jest bardzo istotna i akurat na Rolandzie Garrosie zagrało nam wszystko. Dlatego też zawsze powtarzam: niektórzy ludzie mówią, że Agnieszka Radwańska nigdy nie wygrała wielkiego szlema, bo za słabo grała. To nie jest prawda. Agnieszka grała wystarczająco dobrze, żeby wygrać szlema, nie spotkało się natomiast bardzo wiele czynników, które ułożyły się Idze przy pierwszej okazji. Tych czynników jest tyle, że trudno je zliczyć, a dyspozycja dnia jest jednym z nich. Czasem wystarczy wstać lewą nogą, by mieć problem z rywalizowaniem na tym poziomie.

Iga po to nam płaci, żeby nas słuchać. Trochę jak w rządzie – premier stoi na czele, ale ma swoich ministrów.

W którym momencie French Open 2020 pomyślałeś, że Iga może to wygrać? Po meczu z Halep? Wcześniej? Później?

Po ćwierćfinale z Martiną Trevisan. Bałem się, że po pokonaniu Simony Halep Iga może się za bardzo rozluźnić. Po wejściu do półfinału przeszło mi jednak przez głowę, że teraz trzeba wygrać cały turniej. Wszyscy w teamie wpadliśmy wtedy w taki stan zera oczekiwań. Iga po prostu miała grać, a my robić, co w naszej mocy, aby jej to ułatwić. I się udało.

Powtarzasz, że praca z zawodniczką to ewolucja, nie rewolucja. W Paryżu Iga zaprezentowała się jako zawodniczka kompletna. Nad jakimi elementami gry będziecie zatem pracować? Co jeszcze można poprawić?

Głównym elementem, który jeszcze niekiedy szwankuje, jest pierwszy serwis. Będziemy to weryfikować w boju, ale na to potrzeba czasu. Fajnie na ten temat wypowiadała się grecka tenisistka Maria Sakari, która mówiła, że od dziewięciu miesięcy pracuje nad serwisem i dopiero teraz zaczyna jej lepiej wychodzić wprowadzenie piłki. Myślę, że to jest realny czas, po którym można się spodziewać efektów. Poza tym ciągła praca nad świadomością sytuacji na korcie, nad rozwiązaniami taktycznymi, zrozumieniem dynamiki gry. Iga jest bardzo intuicyjną zawodniczką.

Nagradzasz sam siebie po zwycięstwach?

Nie. Zastanawiałem się niedawno nad tym i myślę, że zwycięstwa Igi są dla mnie nagrodą samą w sobie. Inaczej się pracuje w atmosferze, kiedy zawodniczka przegrywa i trener szuka nowych rozwiązań. Kiedy moja zawodniczka wygrywa, praca sprawia mi po prostu jeszcze większą przyjemność. Jeszcze chętniej idę na kort, jeszcze chętniej wymyślam nowe ćwiczenia, jeszcze chętniej kombinuję i rozmawiam z innymi ludźmi, jak to zrobić lepiej.

Masz jeszcze czas na jakieś życie poza tenisem? Większą część roku spędzasz w podróżach, na turniejach, goniąc jet lag.

Nie jest łatwo, ale po to mamy psychologa, aby dał nam znak, kiedy powinniśmy, na przykład, od siebie odpocząć. Jeśli tylko mogę, jadę na Mazury, popływać na łódce. Nasze jeziora są piękne, ale z tyłu głowy mam plan, aby w przyszłości zrobić patent i pożeglować gdzieś dalej po świecie. Wciąż szukam takiego quality time, bez ekipy albo z ekipą, ale bez tenisa. W tym roku tak zrobiliśmy po pierwszej fali pandemii. Wzięliśmy dwie łódki i wraz z Igą i Darią Abramowicz (psycholożka sportowa Igi Świątek – przyp. red.) popływaliśmy po Mazurach. Odpoczęliśmy w ciszy i spokoju. Było naprawdę fajnie.

Zwycięstwa Igi są dla mnie nagrodą samą w sobie. Kiedy moja zawodniczka wygrywa, praca sprawia mi po prostu jeszcze większą przyjemność.

Grasz podczas treningów z Igą na punkty?

Musiałbym naprawdę ostro potrenować, aby zdobyć jakieś punkty. Nie mówię o miesiącu czy dwóch – musiałbym się wziąć do takiej roboty jak zawodnik. To już jest taki poziom, że naprawdę, żeby się mierzyć z zawodnikiem, trzeba grać profesjonalnie. Tu nie ma zmiłuj.

Czyli różnica płci nie ma aż takiego znaczenia? W 1998 roku Serena Williams oświadczyła, że wygra z tenisistą sklasyfikowanym poniżej dwusetnego miejsca w rankingu ATP. Zgłosił się Niemiec Karsten Braasch i wygrał gładko.

Idze nie przeszkadza granie z mężczyznami. Przewaga panów to przede wszystkim serwis i siła gry, to są jednak elementy, które trzeba u siebie wyćwiczyć. Ja nie serwuję na co dzień, ale podczas treningów często gramy małe gierki, zabawy, i wtedy jeszcze mam szansę na punkt. Jednak przy grze na całym korcie pewnie po drugim czy trzecim gemie dostałbym zawału.

Wspomniałeś o Agnieszce Radwańskiej, o tym, że rzeczywiście nie udało jej się, mimo świetnej kariery, tego szlema zdobyć. Iga osiągnęła to dość szybko. Jest w zespole podskórna rywalizacja z sukcesami Agnieszki Radwańskiej?

Nie, myślę, że bardziej jest dążenie do tego, co Agnieszka osiągnęła. Nie ma absolutnie żadnej rywalizacji. Iga nie próbuje dorównać Agnieszce, bo wie, że byłoby to bardzo trudne. Chciałaby, tak jak Aga, być stabilną zawodniczką z czuba przez parę lat. Jeśli przy okazji będzie wygrywać wielkie szlemy – fajnie. Jeżeli natomiast będzie mogła się tam zakręcić na pięć, osiem, dziesięć lat, to na pewno będzie spełniona w momencie zakończenia kariery.

Nie jesteś trenerem ojcem. Pan Tomasz Świątek, ojciec Igi, zdaje się mieć z teamem córki zdrową relację, przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Przyznaj, rodzina Igi rzeczywiście nie ingeruje w waszą pracę?

To jest pewien postęp, który Tomasz zrobił przez cztery i pół roku naszej współpracy. Ojciec, czy w ogóle rodzice są w każdym zespole bardzo istotni, bo mają zadania, których nie potrafią wykonć ani trenerzy, ani psychologowie. Nie tylko wożą dzieci na korty, lecz przede wszystkim dają im poczucie wsparcia i bezpieczeństwa niezależnie od wyników. Rodzice są więc trybikami w tej maszynie – równie ważnymi jak pozostali. Tomasz ma z córką bardzo dobrą relację. Łączy ich wiele wspólnych tematów, związanych nie tylko z tenisem.

Jak to jest mieć szefową nastolatkę?

Na pewno nietypowo. Myślę jednak, że Iga nie postrzega siebie jako szefowej. Oczywiście, to ona tym wszystkim zarządza, to jest jej kariera. Po to nam jednak płaci, żeby nas słuchać. Trochę jak w rządzie – premier stoi na czele, ale ma swoich ministrów. Ostateczne decyzje podejmuje Iga, choć naturalnie pewne rzeczy ceduje na innych, ona się jednak pod wszystkim podpisuje. Na szczęście wypracowaliśmy sobie dobre relacje, każdy wie, za co odpowiada, co ma robić, i nikt nikomu nie wchodzi w paradę. Rozliczają nas wyniki.

Umiecie z Igą w social media. Obserwując wasze kanały na Instagramie, trudno nie odnieść wrażenia, że w teamie panuje dobra atmosfera. Da się połączyć taką przyjaźń z pracą? Możesz czasem po prostu huknąć na Igę?

Mogę, bo to ja jestem w drużynie złym policjantem, odpowiadam też za dyscyplinę, ale myślę, że Idze to nie przeszkadza. Atmosfera jest świetna, bo każdy wie, że trener to trener, a zawodnik to zawodnik. Sądzę, że u nas jest to dobrze zrównoważone. Czasami obserwuję teamy, w których sytuacja jest zupełnie odwrotna: zawodniczki rządzą i chcą same o wszystkim decydować. To się zazwyczaj nie kończy dobrze.

Wyobrażasz sobie siebie w tej robocie przez kolejne dwadzieścia lat?

Myślę, że tak. Oczywiście, znam swój limit, ale bardziej bym to nazwał limitem rodzinnym czy limitem dalszych podróży. Tu nie ma jednak bariery wieku, dopóki jest się zdrowym. Trzeba natomiast przyznać, że ta praca jest uciążliwa. Przede wszystkim z powodu niekończących się podróży. Trudno jest zadbać o rodzinę, zbudować coś stałego, znaleźć sobie jakieś miejsce na ziemi, kiedy przez kilkanaście lat żyje się właściwie bez przerwy na walizkach. Niektórzy trenerzy sobie z tym radzą – nie jeżdżą na wszystkie turnieje, mają pomocników, konsultantów. Taki hybrydowy model stosuje m.in. Darren Cahill, trener Simony Halep. Darren siedzi w Australii, a Simona u siebie w Rumunii i trenuje zdalnie, za pomocą kamer. Oczywiście, to nie to samo, co trening bezpośredni, ale przynajmniej jest taka możliwość. Widzę więc siebie w tej pracy za dwadzieścia lat. To przecież moja pasja.

Materiał ukazał się w magazynie ELLE MAN 01/2021.

Redakcja poleca: