Siedzimy w małej knajpce na południowym Mokotowie. Trochę zdenerwowani, bo nie potwierdziliśmy spotkania, a gwiazdy bywają różne. Określiliśmy wcześniej okolice, godzinę, ale nie konkretne miejsce. Telefonujemy. Mogliśmy usłyszeć: „Nie oddzwoniliście przecież, to musimy się umówić innego dnia”. Ale Paweł mówi, że będzie zaraz, i dookreślamy adres.

– Przepraszam za to zamieszanie – wita się i wiemy już, że bierze na siebie takie sprawy. Zaskakująco. Zamiast wyrzutów tłumaczy, dlaczego wskazał tę okolicę. – Bo ja lubię miejsca, które znam, a już szczególnie takie, skąd jest blisko do szkoły. To ważne, jeśli obiecałeś dziecku, że je odbierzesz w porę. A ja obiecałem Hani, że będę za dwie godziny. To od czego zaczynamy? – Nasz kolega stwierdził, że w Twoich tekstach pełno wyznań miłości i wierności, więc poradził, żebyśmy zapytali, czy oglądasz porno. – Nie, nie oglądam. Słyszałem, że nas jednak podglądają przez te kamerki, a to krepujące. (śmiech) – A czego się boisz najbardziej? – To już pytanie całkiem serio. - To jest strasznie trudne pytanie. Zależy, na jakiej płaszczyźnie... – zastanawia się chwilę. – Ja chyba w ogóle jestem zbudowany z lęków. Kiedy jest źle, to się boisz, że będzie gorzej, a jak jest dobrze, to czujesz się tak, jakbyś zbiegał z góry. Jeśli szybko biegniesz, to albo się przewrócisz, albo w coś walniesz. Mam nadzieję, że istnieje jakaś możliwość wyhamowania, bo ja się boję tego zbiegania z góry. Ale najbardziej jednak boję się o dzieci.

ZOBACZ: Paweł Domagała na okładce zimowego ELLE MANA. Poznaj 5 powodów, dla których warto go mieć!

Paweł nie kryje, że najbardziej ceni sobie czas z dziewczynami. Hania ma siedem lat, a Basia półtora roku. Zuza sama jest aktorką, rozumie, że Paweł ma teraz bardzo intensywny czas, oboje długo na to czekali, ale teraz czeka, kiedy wróci z trasy. Sukces ma swoje konsekwencje.

Musiał na ten sukces pracować całymi latami, choć zdawało się, że jest już o krok, kiedy dostał nominację do Złotej Kaczki za „Miasto z morza”. Minęły wtedy tylko dwa lata od ukończenia szkoły aktorskiej. Nominacja niewiele zmieniła: dalej grał w serialach, pisał piosenki, walczył o swoje w teatrze. Drugoplanowe role albo epizody w jednym, dwóch odcinkach. Grał nawet młodego Ferdynanda Kiepskiego. Dobry temat dla plotkarskich portali: zagrać z teściem tę samą rolę w kultowym sitcomie. Ale nie chwyciło. Nawet rola w filmie, który okazał się hitem („80 milionów”), na popularność Domagały się nie przełożyła.

Płyty z zespołem Ginger nie nagrali. Ale nie poddawał się. Wreszcie przyszedł sukces na scenie Teatru Dramatycznego: „Exterminator” Przemysława Jurka. Komediowa rola – opowieść o tym, jak czterej deathmetalowcy w zamian za dotacje z gminy muszą grać na ludowych festynach popularne piosenki. To ich szansa na powrót, ponowne występy przed publicznością po latach przerwy. Grają więc „Zachodźże, słoneczko ̋ czy „Kolorowe jarmarki” i próbują przemycać swoje aranżacje. Grał w tej sztuce chyba trochę samego siebie. Zresztą tego „Exterminatora” grają do dziś.

Trudno uwierzyć, ale ani Paweł Domagała, ani Łukasz Borowiecki nie mieli pieniędzy, żeby nagrać swoją pierwszą płytę. Grali piosenki, gadali o nich, ale po fundusze na studio nie chcieli iść do dużej wytwórni, która będzie narzucać pomysły, sposoby promocji, a w przypadku sukcesu spije całą śmietankę. Woleli to zrobić sami, nawet jeśli musiało potrwać kilka lat. Nagrywali wieczorami, kiedy jakieś zaprzyjaźnione zespoły miały przerwę. Było hasło „luka w studio, wolny sprzęt” i pędzili. Dzwonili do Roberta Rasza, żeby nagrał perkusję, do Tomka Krawczyka i Krzyśka Łochowicza, żeby nagrali gitary. I do Piotrka Wrombla, bo przecież klawisze muszą być. A kiedy płyta była wreszcie gotowa, rozgłośnie radiowe nie chciały puszczać ich muzyki. - Potrzebujemy czegoś bardziej mejnstrimowego, ta muzyka nie sprzeda się w Polsce – wykręcali się dyrektorzy muzyczni.

CZYTAJ TEŻ: Brad Pitt, David Beckham, Keanu Reeves: 50 najlepiej ubranych mężczyzn 2019 roku

– Co cię bardziej ciągnęło? Estrada czy scena? - Moje pierwsze artystyczne wspomnienia rzeczywiście są z gitarą. Film czy teatr to zbiorowa odpowiedzialność. W muzyce nie muszę iść na żadne kompromisy. Nie jesteśmy w wielkiej wytwórni, więc możemy brać całą odpowiedzialność, ale z drugiej strony wszystko robimy tak, jak chcemy. Na razie wygląda to tak, że Łukasz, nasz kumpel Szymon i ja we trzech siedzimy przy kawie i wymyślamy plan promocji najnowszej płyty „Wracaj”, która ukaże się w listopadzie 2020 roku. Potem przemielamy te pomysły z Krzyśkiem, który odpowiada za internety i nie siedzi z nami, bo jest w Krakowie. Tak to wygląda.

– Jak Apple w garażu Steve’a Jobsa. - Nie szastamy kasą, promocję staramy się opierać na pomysłach, kontakcie z fanami. No, ale z drugiej strony bardzo staramy się, żeby każdy teledysk był filmowy, na tym nie oszczędzamy, choć jeszcze nie mamy budżetu, który by pozwolił na zrealizowanie filmowych marzeń. A Pawłowi marzy się teledysk hybrydowy. Film złożony z trzech piosenek, które się składają w całość. Mają już na koncie teledysk, który trwał siedem minut. Przetrwali z Łukaszem Borowieckim kilka lat pracy nad pierwszą płytą. Wspierali się, ciągnęli nawzajem do góry. Obaj z Radomia, chociaż poznali się dopiero w Warszawie. Kiedy już mieli tę płytę i ogłosili trasę, to się cała wyprzedała. Pierwszy koncert w życiu i od razu sold out.

Sesję do tego artykułu robimy w Ale Wino na Mokotowskiej. Czarne tło, słońce w skos, na planie kilkanaście krzeseł. – Przypomina mi się szkoła teatralna. – Paweł ustawia je jedno na drugim. – Profesor Gajewski dał nam takie właśnie zadanie: kilka etiud z krzesłem. Żadnych słów, tylko sam ruch. Trudne zadanie, a teraz się przydaje. - Przeczytaliśmy komentarze pod twoimi piosenkami i musimy ich użyć w tekście, posłuchaj: „Mnie ta piosenka uratowała przed awanturą z żoną. Wsiadła do samochodu z purpurą na twarzy i zanim zdążyła otworzyć usta, puścili to w radiu. Pięć minut później nie pamiętała, za co chciała mnie opieprzyć”. A potem ten o chorej mamie: „Puszczałem to mamie w szpitalu, jak umierała. Była pod maszyną, ale jak odpalałem tę piosenkę, to otwierała oczy i się uśmiechała. Kocham Cię, mamo. Emocji nie opiszę, bo nie ma tylu liter”.

Robimy się wzruszeni, a to nieprofesjonalnie wypada w twardym świecie szołbiznesu. Paweł zaraz szuka sposobu, żeby ten stan rozładować. - No ale nie zawsze tak jest. Kiedyś graliśmy koncert i wcześniej jeden gość przyszedł i prosi, że chciałby się oświadczyć w czasie „Weź nie pytaj”. Zgodziliśmy się. Gramy, przerywam śpiew, on się oświadcza, światła na niego, ludzie szaleją, a po koncercie dzwoni telefon. Głos rozżalony do granic. Jego żona. Okazuje się, że gość się oświadczył kochance…

Dwa lata temu do kin wszedł film na podstawie „Exterminatora”. „Gotowi na wszystko” okazali się prawdziwym przebojem, a fragment, w którym muzycy grają na wiejskim festynie „Imię deszczu”, ma na YouTubie 3,5 miliona odtworzeń.

POLECAMY: Roczna prenumerata ELLE MAN. ZAMÓW TU>>>

– A kiedy się zorientowałeś, że już jesteś na górze i zaczynasz zbiegać? Po „Weź nie pytaj”, po „Exterminatorze”? – Wiesz co, tak naprawdę ja z tego sobie nie zdawałem sprawy. Nagle ludzie zaczęli ode mnie czegoś chcieć, pisali, że mają dzieci chore, żebym pomógł i wspierał, żebym gdzieś jechał, był gdzieś na sylwestra. Żebym mówił, co myślę o polityce. Ktoś się przywalił, że nie popieram pewnych zagadnień. A ja wcale nie jestem taki otwarty. I tak, dzięki ilości tych wszystkich spraw, zrozumiałem, że jestem w innym miejscu. – I co wtedy?

– Przestraszyłem się trochę tej popularności – mówi Paweł. – To może być niebezpieczne. Cytując nasz wspólny numer z Kękę: „Nie chcę fanów, chcę słuchaczy. Zrozumienia, a nie egzaltacji”. Ja się z tym źle czuję. I dla mnie ważne jest, żebym ja lubił to, co robię. Żebym nie odleciał w jakieś rejony. – Istnieje taka groźba? – Wiem, że takie rzeczy też dzieją się niepostrzeżenie. Pracuję nad sobą, żeby tak się nie stało. Nie chcę brzmieć jak jakiś lewak, ale naprawdę inaczej wygląda świat zza szyby mercedesa, a inaczej z busa czy z pociągu. Ja nie chcę stracić kontaktu z tym człowiekiem, którym byłem na początku: chłopakiem z Radomia. Chcę pilnować tego zaskoczenia radością, żeby mi to nadal sprawiało radość.

Zadecydował, że nie będzie się zgadzał na selfie z fanami. – To nie była łatwa decyzja, ale wiem, że jest dla mojej rodziny i dla mnie dobra, więc muszę być konsekwentny. Bałem się, że tego ludzie nie zrozumieją. Że mnie przestaną lubić. Może nawet znienawidzą, że zadzieram nosa. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Zawsze można ze mną pogadać, ale nie chcę selfie. To nie jest prawdziwy kontakt, tylko substytut.

– To było proste, kiedy po koncercie ustawiało się po kilka osób. Teraz są ich tysiące. Robią się cztery godziny zdjęć, to dwa razy dłużej niż koncert. I co wynika z tego zdjęcia wspólnego? Po koncercie spieszę się do rodziny. To mój priorytet. Dałem z siebie wszystko na scenie.

– A kiedy ludzie podchodzą na ulicy, jeśli chcą porozmawiać? – Czasem zdarzają się bardzo wartościowe rozmowy, takie, które coś zmieniają w innych i we mnie. Ale jeśli jest to: „weź uśmiechnij się, mordo”, to znowu tylko tracimy czas. Więc generalna zasada jest taka, że odmawiam zdjęć. Chcę zachować możliwość zwykłego chodzenia po ziemi. Nie żalę się na to, że stałem się popularny, zarabiam dzięki temu pieniądze i jestem ludziom bardzo wdzięczny. 

Przecież cały ten sukces, cała popularność, przyszła oddolnie. Mógł zostać w Radomiu. Albo jak wielu innych – uciec. Zostało mu radomskie DNA. Jakiś rodzaj dumy, siły. Zostały mu przyjaźnie i specyficzne poczucie humoru. W zespole jest ich trzech z Radomia. – Pamiętam, kiedy byłem na pierwszym roku szkoły aktorskiej, zrobiliśmy radomskie spotkanie pod Zygmuntem. Przyszło bardzo dużo osób. Poznaliśmy się i dla mnie to był czad. Gdyby przenieść tę energię na Polonię za granicą, to moglibyśmy naprawdę dużo zwojować na świecie. Relacje z Radomiem mam do dziś. Kodeks blokowy jest drogowskazem: kumpli się nie wystawia, szacunek ulicy się liczy. Mogły być jakieś sprawy między dzielniami, ale jak szedłeś ulicą z dziewczyną, to nikt cię nie ruszał. Teraz, jak słyszałem, szedł chłopak z dziewczyną i oboje pokroili. Za moich czasów to było nie do pomyślenia. Ostatnio rozmawiałem z kolegą z Radomia, który niedawno siedział. Pytam go, jak tam było, a on, że już to nie to samo co kiedyś, teraz taka chujnia, że nawet byle alimenciarz grypsuje.

W świat Domagała wybrał się ostatnio na koncert Johna Mayera. Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, ale nikt nie nagrywał koncertu. Artysta nie musiał o to prosić, wystarczyło, że tylko ktoś wyciągnął smartfona, inni natychmiast mówili: „Sorry, ale jesteś na koncercie, szanujmy się”. Paweł nie jest z pokolenia, które buduje fejm na Instagramie. Ma dziesiątki tysięcy followersów, ale nie mieści mu się w głowie, że to jest więcej niż ma fanów Janusz Gajos.

– Rozumiesz, o co chodzi? Wartość rynkowa kogoś, kto po prostu nazbiera lajków, jest większa niż kogoś, kto jest autentycznie geniuszem! Uważam, że kreowanie świata, którego naprawdę nie ma, jest złe. Czytałem, że wzrasta współczynnik samobójstw wśród dzieci. Na początku psychologowie łączyli to z kryzysem gospodarczym, ale okazało się, że to wpływ uzależnienia od opinii na Instagramie.

Jeśli ktoś napisze, że Domagała jest do dupy, no trudno, jestem dorosły, przeżyję. Ale dzieciaki piszą takie rzeczy o sobie nawzajem! I nie potrafią tego udźwignąć. Nie podoba mi się taki świat. Nie chcę dokładać do tego swojej cegiełki. Dziękuję za koncert i jadę do domu. Chcę rano się obudzić tutaj i dzieci zawieźć do szkoły. Ale swoim słuchaczom daję szczerość, szacunek, bo nigdy się nie spóźniam na koncert. Ja ich szanuję, a oni rozumieją, dlaczego nie zgadzam się na zdjęcia.

– Jesteś dzisiaj bardziej aktorem czy muzykiem? – Jak jestem aktorem, to jestem aktorem. Jak jestem muzykiem, to muzykiem. Staram się nie łączyć tych dwóch rzeczy, bo to się nie do końca łączy. – W przypadku „Żmijowiska” się połączyło. Grasz główną rolę, śpiewasz tytułową piosenkę. Piosenka jest już hitem. – Jakoś samo wyszło. Naturalnie. A to wyjątkowy utwór, bo pierwszy raz napisany nie przeze mnie, a moją żonę Zuzę Grabowską. Efekt naszych rozmów w czasie zdjęć. Rozgłośnie się zastanawiały, czy utwór nie jest za mocny na eter, bo „Żmijowisko” to film o krzywdzie dzieci. Grupa przyjaciół wyjeżdża ze swoimi rodzinami na wakacje nad jezioro. W trakcie alkoholowej imprezy znika piętnastolatka. Rozpoczynają się poszukiwania, ale nie dają rezultatu. Mija rok, ojciec wraca, żeby wznowić poszukiwania. Będzie musiał zderzyć się z przeszłością.

– Kiedy robiliśmy teledysk, wiedziałem, że muszą tam być i dzieci, i wyliczanka. Myślałem o perspektywie ojca, co czuje, kiedy traci dziecko? Dlatego bohaterka pojawia się tam w różnym wieku, bo ojciec traci przecież wszystkie wspomnienia. I te, które się zdarzyły, i te, co się nie zdążyły wydarzyć. Traci to, co mogłoby być. – „Żmijowisko” jest dobrym serialem? – Widzowie to ocenią. Zrobiliśmy go w klimacie „True Detective”. Ciekawie poprowadzony jest wątek obyczajowy, więc jeśli nawet ktoś nie lubi kryminału, to tam znajdzie coś dla siebie. Sporo o relacjach społecznych i o związkach.

 – Ale to film dla dorosłych? – Moje dzieci nie zobaczą tego w najbliższym czasie. Może jak będą starsze. – Czyli jest strasznie? – Sama historia jest bardzo ciekawa, jest dobrze przełożona na język telewizji, filmu. Arek, moja postać, to człowiek wyśmiewany i tłamszony. W pewnym momencie coś w nim pęka. Wydaje mi się, że każdy może się w nim odnaleźć. Zarówno w nim, jak i w innych postaciach, które muszą sobie takiego kozła ofiarnego znaleźć, żeby podbudować swoją wartość. Nagrywaliśmy w otoczeniu rezerwatu. Wszystko, co niezbędne do filmu, było tam zbudowane, to niesamowite. Mieszkaliśmy tam przez cztery miesiące. Przyjeżdżałem czasem tylko na weekendy zobaczyć się z dziećmi. Ale fakt, że mieszkaliśmy na Mazurach, w odosobnieniu, miał dla efektu fundamentalne znaczenie. Ekipie to pomagało. Większość zdjęć była w nocy. Robiliśmy to w lipcu, żeby było cieplej, a to był ten, kurteczka, zimny lipiec! Pływałem w jeziorze, kiedy było sześć stopni. Dużo łatwiej, jak jesteś w tym klimacie przez cały czas. Kręciliśmy w małych miasteczkach i poznawaliśmy, jaka jest Polska, której nie widzisz z okien Warszawy. Widzisz na przykład miejsca, w których sporo osób jest od rana pijanych. Nikt z nas nie sądził, że tak to jeszcze wygląda.

– Dlaczego muzyka, którą tworzysz, dociera zarówno do ludzi z większych miast, jak i tych z prowincjonalnych miasteczek? – Wydaje mi się, że staram się jednak twardo chodzić po ziemi. Ale też miałem sporo zarzutów, że jestem monotematyczny, że piszę tylko o miłości. Piszę o sobie i to jest dla mnie najważniejsze. Czy jest sens pisać o czymkolwiek innym? Nie mówię tylko o miłości damsko--męskiej, ale o miłości w ogóle. 

– Napisałeś o Hiobie. To poważny temat. – Każdy się kiedyś zastanawiał nad tym, czy cierpienie ma sens. Dla mnie, z perspektywy osoby wierzącej, to było ważne, czy ma sens, skoro ja tego nie chcę, boję się tego. Mam wielu przyjaciół, przyjaciółkę, która miała raka, komuś zmarło dziecko… jaki jest w tym sens? – W Księdze Hioba jest odpowiedź „jak śmiesz o to pytać?”. Więc nie ma odpowiedzi. – Ale pozostaje niezgoda. Chcę wierzyć, ale z drugiej strony, chcę widzieć sens. Moja wiara nie przeszkadza mi zadawać pytań. – Gdybyś nie pytał, to nie byłaby to wiara, tylko niewola. – Bywa w życiu taki etap, taki gruz, że myślisz: ja pierdolę, nigdy nie będzie lepiej, a mimo wszystko wstajesz. – Byłeś w takim momencie? – Tak. – Choroba? – Nie, ale było bardzo źle. Wydawało mi się, że to koniec. Że nie ma szans. – Kto ci pomógł? – Miłość, ludzie, terapia. Dlatego teraz boję się tego zbiegania z góry. Zastanawiam się, co zrobić, żeby się nacieszyć widokiem, żeby nie zbiegać. Rozkładasz skrzydła i lecisz.

– Twoja żona musi być najszczęśliwszą kobietą na świecie. W twoich piosenkach słyszy się takie nieustanne szczęście, zapewnienia miłości, jakby tam nie było w ogóle wątpliwości. Tego ci zazdroszczę. – Mężczyzna odpowiada za swoje decyzje. Dlatego liczą się dla mnie miłość, wierność, uczciwość… to nie znaczy, że nie podobają mi się inne kobiety. Podobają się, ale jeśli jesteś mężczyzną, to się trzymasz zasad. To jest metafizyka… My się też z Zuzką po prostu przyjaźnimy i ja się przy niej czuję bezpiecznie, i po prostu wiem, że to jest to.

– Pamiętasz początek, ten moment, jak to się zaczęło? – Byliśmy w jednej paczce na studiach, byliśmy zajebistymi kumplami i w pewnym momencie zrozumiałem, że kiedyś skończą się studia. I nie wyobrażałem sobie, co dalej? Że nagle co, przestaniemy się spotykać? Miałaby mieć jakiegoś kolesia, który ją będzie źle traktował? Który nie dostrzeże nawet, nie zobaczy, jaka to jest świetna dziewczyna? To by było nieuczciwe. A ja kim bym dzisiaj był bez niej? Starym kawalerem, który przepuszcza na głupoty wszystkie pieniądze? A tak kim jestem? Mamy rodzinę, mamy dzieci. Staram się być optymalnym ojcem, ale przecież wiem, że nie dam więcej niż posiadam. Staram się więc być najlepszym rodzicem, jakim mogę być. Najważniejsza jest przecież obecność w codziennym życiu. Więc jestem.