Kevin Smith po latach wraca do swoich kultowych postaci, drobnych dilerów trawki z New Jersey, którzy po raz kolejny wyruszają do Hollywood, żeby powstrzymać produkcję filmu na swój temat (trochę to upraszczam, wiem, ale nie ma sensu wchodzić w szczegóły). Oczywiście, jest to film nostalgiczny, skierowany głównie do fanów reżysera. I zastanawiam się, czy jest w ogóle sens go oglądać, jeśli nie zna się jego poprzednich filmów. I nie wie się, skąd się nagle w nim biorą aktorzy znani z innych obrazów Smitha. Jest Brian O'Halloran ze „Sprzedawców", Joey Lauren Adams ze „Pogoni za Amy" (dlaczego ta aktorka nie zrobiła wielkiej kariery, to dla mnie tajemnica), pojawiają się Jason Lee, Ben Affleck czy Matt Damon. A także parę innych gwiazd, których do tej pory u Smitha nie widzieliśmy. No dobra, ale dlaczego jest źle? Przede wszystkim dlatego, że ten film po prostu nie jest śmieszny. Żarty są czerstwe, wymuszone, na niskim poziomie.

Oglądałem to z ciągłym uczuciem cringe'u. I pewną rosnącą z każdą minutą obawą. Bo Kevin Smith jest dla mnie ważnym twórcą. Ciągle uważam „W pogoni za Amy" za jeden z najpiękniejszych filmów o miłości, jakie kiedykolwiek widziałem. Świetni byli „Sprzedawcy". „Dogma" mądra i cholernie zabawna. „Jay i Cichy Bob kontratakują" - tak, tam było widać już spadek formy, ale pamiętam, że obśmiałem się w kinie do łez. Nawet „Szczury z supermarketu" mi się podobały! I teraz, po obejrzeniu „Jay i Cichy Bob - reboot" zacząłem się bać, że tak naprawdę i te poprzednie, wymienione przeze mnie filmy też są słabiutkie. Tylko, że ten nastoletni ja nie potrafił tego dostrzec. Boję się sprawdzać. Boję się niszczyć swoje wspomnienia.

No dobra. Ale w tych tekstach mam generalnie polecać dobre rzeczy, a nie narzekać na słabe. Napisałem jednak poprzedni akapit, żeby wytłumaczyć Państwu, jaką drogę przeszedłem, żeby dotrzeć do stand upu Kevina Smitha „Silent but deadly". Jest do odsłuchania w Spotify. Trzeba oczywiście znać angielski, ale cholera... warto. Naprawdę, naprawdę warto. Zacząłem tego słuchać, bo chciałem dać Smithowi jeszcze jedną szansę. I pięknie mi się odpłacił. To kawał naprawdę dobrego, zabawnego materiału. Ponad godzina, gdzie raz po raz wybuchałem śmiechem. Oczywiście trochę mu brakuje do najlepszych. Nie ma głębi Daniela Slossa. Nie panuje nad swoim materiałem tak jak David Chappelle. To tylko i aż seria luźno powiązanych anegdot z jego życia. Ale ich słuchanie sprawiło mi wielką przyjemność.

I ze stand upu, i z „Jaya i Cichego Boba - reboot" można wynieść wrażenie, że Smith jest zachwycony samym sobą. Nie w ten arogancki, nieprzyjemny, odrzucający sposób. Facet doskonale sobie zdaje sprawę, że jego kariera filmowa, po świetnym początku, mówiąc oględnie, do udanych nie należy. Że wiele rzeczy zawalił. Ale równocześnie jest świadomy z tego, co osiągnął i jest z tego strasznie, ale to strasznie zadowolony. Nieustannie przeżywa powtarza, że to on jest Cichym Bobem, że ludzie go rozpoznają na ulicy i proszą o selfie. I żeby była jasność - ten duet dilerów to są świetnie postacie epizodyczne. Ale epizodyczne właśnie. Ich pojawienie się w „Sprzedawcach" czy „Pogoni za Amy" porządkowały filmy, dodawały im głębi, stanowiły pewien rodzaj objawienia dla widzów i przede wszystkim bohaterów. Naprawdę fajny zabieg dramaturgiczny. Ale opieranie na nich całego filmu... Cóż... No dobra. Ale o ile ten samozachwyt będący fundamentem „reboota" niszczy film, to jednak działa w standupie. Dlaczego?

Po pierwsze i najważniejsze, na scenie Smith wprowadza do opowieści postać swojej żony i córki. Które nieustannie sprowadzają go na ziemię. I przypominają, że wcale nie jest taki wspaniały, jak mu się wydaje. Cudowny jest ten fragment, w którym opowiada, że jego żona stwierdza, że nie należy do grupy docelowej Kevina Smitha i co prawda cieszy się, że robi te swoje filmy, ale głównie dlatego, że to okazja, żeby się trochę poruszał. Mam też wrażenie, że w stand upie Smith ma też dużo więcej dystansu do siebie. Niby w filmie też to jest, niby też tam z siebie samego żartuje, ale tam to z jakiegoś powodu nie działa. A tutaj wręcz przeciwnie. I słychać też w jego głosie, że sprawia mu to radość. Że wybuchy śmiechu na widowni go napędzają, dodają energii. Co jest o tyle paradoksalne, że kilka godzin po nagraniu tego materiału Kevin Smith miał rozległy zawał serca. Wylądował w szpitalu i prawie umarł. Ale opowiadał potem o tym z uśmiechem na filmach promujących występ, więc chyba wszystko jest już ok.   

"Silent but deadly" to naprawdę udany materiał. Polecam, bo mamy wakacje. Czas, kiedy zdecydowanie za dużo godziny spędzamy w samochodzie, jadąc nad morze, w góry czy na żagle. Ten stand sprawi, że droga wyda się nam przynajmniej trochę krótsza. A sam Smith? Zerknąłem z ciekawości na jego stronę z imdb. Skończył kręcić trzecią część "Sprzedawców". Nie wiem, czy będę miał odwagę ją zobaczyć. Jeśli jednak nagra jeszcze kiedyś jakiś stand up to na pewno go wysłucham.