I książka, i serial starają się wytłumaczyć, jak doszło do zamachów 11 września 2001 roku. Książka jako reportaż, serial jako fabuła oparta na faktach. Książka cofa o kilkadziesiąt lat. Opowiada o narodzinach islamskiego fundamentalizmu w Egipcie, jak powstawał, dlaczego, kim byli jego główni twórcy. Sporo miejsca poświęca wojnie w Afganistanie i roli, jaką odegrali tam ręka w rękę CIA z Osamą Bin Ladenem. Plus dostajemy jeszcze kilka innych niewiarygodnych historii. W serialu, pomimo tego, że ma dziesięć odcinków, nie ma na to miejsca. Akcja zaczyna się tuż przed zamachami na amerykańskie ambasady w Kenii i Tanzanii w 1998 roku, kończy po ataku na World Trade Center. Skupia się na szukaniu odpowiedzi, dlaczego amerykańskie agencje wywiadowcze, na które przecież podatnicy wydają miliardy dolarów, nie były w stanie zapobiec zamachowi?

To jest w ogóle zagadnienie, nad którym Amerykanie często się głowili. Dlaczego nikt nie przewidział upadku ZSRR? Dlaczego takim zaskoczeniem była islamska rewolucja w Iranie? No i chyba pramatka wszystkich takich rozważań, dlaczego nikt nie wiedział, że Japończycy planują zaatakować Pearl Harbor? Te dwa wydarzenia nota bene, chociaż dzieli je od siebie 60 lat, są pod pewnymi względami bliźniaczo do siebie podobne. W obu przypadkach Amerykanie mieli mnóstwo informacji, które sugerowały, że dojdzie do ataków. Jeśli chodzi o Pearl Harbor, to złamano przynajmniej część japońskich tajnych depeszy. Nie ujawniono, nawet teraz, ich treści. Amerykanie sami twierdzą, że nie było w nich niczego, co by sugerowało atak na Hawaje. Pytanie, czy można im wierzyć. Faktem jest natomiast to, że szwankowała komunikacja i wymiana informacji, chociażby pomiędzy armią (siły lądowe), a marynarką. Wiadomo też o co najmniej dwóch niemieckich szpiegach zainteresowanych Hawajami, z których jeden był podwójnym agentem. Zaraz po pojawieniu się w USA pojechał do FBI i poinformował, że Niemcy kazali mu zbierać informacje o bazie w Pearl Harbor. Został zlekceważony. Wszystko to doprowadziło do powstania mnóstwa teorii spiskowych. Twierdziły one, że prezydent Roosevelt pozwolił na atak Japończyków, żeby wymusić w ten sposób przystąpienie USA do II Wojny Światowej. W podobne teorie obrosły także wydarzenia z 11 września.

„Wyniosła wieża” w pewien sposób stara się je rozbroić. Nie będę opowiadał już jak. Zobaczycie to Państwo na Primie, przeczytacie w książce. Jednak głównym tematem serialu nie jest walka Amerykanów z Al-Kaidą, ale rywalizacja pomiędzy CIA oraz FBI. Obie agencje miały inne cele. CIA skupiała się na zbieraniu informacji wywiadowczych, rozszyfrowaniu struktury organizacji Osamy Bin Ladena, próbie dotarcia do jej przywódcy i go zabicia. FBI chciała rozbijać poszczególne komórki i aresztować ich członków, żeby postawić ich przed sądem. Najlepiej zanim dokonają kolejnego ataku. Doprowadziło to do niezdrowej rywalizacji, która skutkowała zatajaniem przed rywalami ważnych informacji i zastawianiem na siebie nawzajem politycznych pułapek. W kilku momentach doprowadziło to de facto do paraliżu walki z Al - Kaidą.

„Wyniosła wieża” jest, tego nie da się ukryć, dziełem publicystycznym. Twórcy jasno biorą stronę FBI, a właściwie centrum do spraw zwalczania terroryzmu i jej szefa Johna O'Neilla (autentyczna postać). Tymi złymi są agenci CIA z Alec Station z Martinem Schmidtem (wzorowany na prawdziwej postaci), a później Diane Marsch (wzorowana na prawdziwych postaciach) na czele. Dostaje się też administracji Billa Clintona (skupiali się na rozporkowej aferze z Monicą Levinsky, a nie na walce z terroryzmem), a jeszcze bardziej ludziom George W. Bush'a Jr. W szczególności sekretarz stanu Condoleezzie Rice, która w serialu więcej czasu poświęca na wywiad dla Vogue'a niż na spotkanie z Richardem A. Clarkiem, który zajmował się koordynacją działań antyterrorystycznych w Białym Domu za Clintona i Busha. I starał się ją ostrzec przed Al Kaidą.

„Wyniosła wieża” to pod każdym względem mistrzostwo świata. Nic tutaj nie zostało zrobione po taniości. W kilku miejscach producenci ratowali się zdjęciami archiwalnymi, ale pomimo tego, jeśli chodzi o scenografię, kostiumy, wnętrza nie ma się do czego przyczepić. Jeśli chodzi o scenariusz, to jest świetnie. Mamy jasno określonych bohaterów, tych dobrych i tych złych. Jasne, jak wspominałem, sporo tutaj publicystyki, ale dzięki temu znakomicie się to ogląda. I są też tam sceny, gdzie napięcie jest tak wielkie, że nie tyle można je kroić nożem, ale trzeba wziąć w łapy młot pneumatyczny. Co ciekawe, nie są to żadne pościgi i strzelaniny, ale przesłuchania czy gabinetowe rozgrywki.

No i wreszcie aktorzy. W Johna O'Neilla wcielił się Jeff Daniels. Stworzył tutaj swoją jedną z najlepszych, najbardziej skomplikowanych i niejednoznacznych kreacji. Faceta, który jest tak dobry w jednej, wąskiej dziedzinie życia, tak skupiony na celu, że zawala wszystko pozostałe. Partneruje mu Tahar Rahim (w Polsce pewnie najlepiej znany z netflixowego „Węża”) jako Ali Soufan. Kolejna autentyczna postać. Jeden z ośmiu (sic!) agentów FBI, którzy znali arabski przed 11 września i główny śledczy w sprawie zamachu na USS Cole. Na drugim planie wspaniale się wybija Bill Camp jako weteran FBI Robert Chesney. Ali Soufan twierdzi, że jest to postać stworzona w połączenia co najmniej czwórki prawdziwych agentów. Jest kilka scen, gdzie Camp daje taki piękny koncert gry aktorskiej, że szczęka opada na podłogę. Po stronie CIA mamy Petera Sarsgaarda jako Martina Schmidta i Melindę Wrenn Schmidt jako Diane Marsh. Oni mieli łatwiejsze zadanie. Grają właściwie na jednej nucie, bohaterów trochę przerysowanych i bardzo do siebie podobnych. Niemniej, oboje zapadają w pamięć.

Dobra. Mógłbym jeszcze o „Wyniosłej wieży” długo opowiadać. Ale chyba czas na krótkie podsumowanie. Oto one. Jeśli to nie jest jedna z najlepszych rzeczy, które są teraz dostępne do oglądania na platformach streamingowych, to ja już sam nie wiem. Świetny, przejmujący serial, który przy okazji rozbija kilka mitów o amerykańskim wywiadzie. I jasne, to wszystko wydarzyło się przed 11 września, który zmienił wszystko. Ale jak pokazuje historia, Amerykanie niekoniecznie uczą się na własnych błędach.