„Need For Speed: Heat” - pierwsze wrażenie

Pierwsze wrażenie jest szalenie istotne, dlatego to o nim teraz pisze. Z nowym Need For Speedem spędziłem kilka godzin, miałem też okazję rzucić okiem na betę i wersje testowe. Byłem dosyć sceptycznie nastawiony. Najbardziej obawiałem się tego, że gra znów może zostać popsuta przez nielogiczne systemy modyfikacji aut, wyjątkowo drewnianą fabułę i fatalny dubbing. Ale po kolei.

Gra zabiera nas tym razem na ulice Palm City. Poprzednio były Ventura Bay i nawiązujące do Las Vegas (o ironio) Fortune Valley. Sama mapa jest bardzo duża i dopasuje się do stylu gry w zasadzie każdego. Przypomina nieco drogi z „Forzy Horizon”, ale to tylko moja osobista opinia. 

Bardzo ciekawym zabiegiem jest rozdzielenie rozgrywki na dzienną i nocną. Ta pierwsza część umożliwia wzięcie udziału w legalnych wyścigach, w których naszym zadaniem jest wygrywać i zarabiać jak najwięcej pieniędzy, by móc odpicować nasze auto. Część nocna będzie od nas wymagała pokazanie skilla w radzeniu sobie z niesamowicie agresywną policją. 

Najbardziej rozczarował mnie model prowadzenia aut, które są niczym cegiełki. Trochę ociężałe, z nie do końca odpowiadającą mi fizyką jazdy. Ale za to grafika …

Ta jest jeszcze lepsza niż w „Payback”. Samochody prezentują się wprost wyśmienicie. I szczerze wam przyznam, że spędzanie czasu w garażu jest niesamowicie przyjemne. A teraz o fabule słów kilka

"Need For Speed: Heat" - fabuła

Poziom tandety znany z „Payback” wydaje się być już nie do przekroczenia. I oczywiście „Heat” świetnie się przed tym broni, bo nie musimy już kraść kosmicznej technologii od tak zwanego „kolekcjonera”. Gra wymusza na nas skupienie się na jeździe samochodem. To jest najważniejsze i tak powinno być - za to poproszę o brawa dla dewelopera.

Możliwość personalizacji postaci jest dla serii czymś nowym. Oprócz „Payback” byliśmy przyzwyczajeni do tego, że grywalni bohaterowie są niemowami. Miało to swój urok. I zawsze tak będzie. Tym razem postawiono na coś zupełnie nowego. Przypomina to nieco tryb Volta z najnowszej Fify 20. 

ZOBACZ: Premiery gier w końcówce 2019 roku. Na które tytuły zwrócić uwagę?

Jedyny minus, jaki bym fabule postawił, to stworzenie mitu „okropnej” policji, która chce nas ubezwłasnowolnić i zabrać to, co kochamy. Czyli zasuwanie przez centrum miasta 280 km/h? Moim skromnym zdaniem to właśnie po to jest policja, by takie zachowania tępić - nie trzeba z niej od razu robić potwornej machiny do niszczenia naszych marzeń o nielegalnych wyścigach. 

"Need For Speed: Heat" - czy warto go kupić?

Gracze Forzy z pewnością będą narzekać, że gra jest zbyt arkadowa. Modyfikacje auta są bardzo ciekawe. Ze wszystkich wprowadzonych zmian najbardziej mi się podoba możliwość podmiany silnika i pogrzebania przy dźwięku wydechu. Policja jest zdecydowanie bardziej wymagająca, ale są też momenty, w których ich zadziorność jest przesadzona. 

„Need For Speed: Heat” jest z pewnością lepszy od „Paybacka” z 2017 roku i jego poprzednika „Need For Speed” z 2015 roku. Fabuła jest troche kiczowata, lecz jest to nic w porównaniu z tym, z czym mieliśmy do czynienia w poprzedniej odsłonie serii. Czy warto kupić nowego Need For Speeda? Tak, warto. A teraz wybaczcie mi, idę się pościgać! (na ekranie oczywiście).