Nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone wyszły z II wojny światowej wzmocnione nie tylko politycznie, ale również gospodarczo. Szał konsumpcyjny, który opanował USA w drugiej połowie lat czterdziestych XX wieku, pozytywnie odczuła przede wszystkim branża motoryzacyjna, która na nowo mogła teraz produkować samochody osobowe. To właśnie wtedy w Stanach Zjednoczonych zaczął na dobre rozwijać się transport drogowy, marginalizując dotychczasowego magnata — kolej. Liczba samochodów, które wyjechały z fabryk w roku 1946, była ponad dwa razy większa niż ogólna liczba aut wyprodukowanych cztery lata wcześniej, gdy USA przystępowały do wojny. W kraju o podobnej powierzchni co cała Europa zaczęły powstawać sieci dróg i autostrad, których zagęszczenie szybko przekroczyło kilometraż dróg na Starym Kontynencie. Amerykanie potrzebowali też nowych aut — większych i mocniejszych. Pojazdy z lat trzydziestych zostały uznane za złom i bardzo szybko traciły wartość.

W 1949 roku firma Oldsmobile zaprezentowała przełomowy samochód Rocket 88. Luksusowe usportowione auto z napędem na tylne koła miało niebawem zostać uznane za pierwszy pojazd typu muscle car — symbol powojnennej amerykańskiej motoryzacji. Zanim jednak do tego doszło, Stany Zjednoczone czekała najcie- kawsza dekada rozwoju i ewolucji aut. To właśnie wtedy wprowadzono i upowszechniono większość rozwiązań do dzisiaj stosowanych w samochodach osobowych.

Wielka trójka

Początek lat pięćdziesiątych należał do General Motors. W 1950 roku firma z Detroit jako pierwsza w historii motoryzacji przekroczyła miliard dolarów zysku rocznie. Czołowe marki koncernu, takie jak Chevrolet, Cadillac i Pontiac zawładnęły wyobraźnią Amerykanów, spychając z pozycji dotychczasowego lidera firmę Ford. Samych tylko chevroletów sprzedawano po dwa miliony rocznie, a ponad pięciometrowy model Deluxe tego auta do dzisiaj kojarzy się z epoką powojennej motoryzacji. W tym czasie samochody Forda szybko straciły świeżość. Marka kojarzona z narodzinami masowej motoryzacji i tak przełomowymi autami, jak Ford T, początkowo nie mogła się odnaleźć w nowej epoce, kiedy popularność zyskiwały przede wszystkim auta średniej wielkości. Całkowitą dominację General Motors zatrzymały jednak amerykańskie przepisy antymonopolowe. Zgodnie z prawem gospodarczym obowiązującym w USA, kiedy firma przekracza 52 proc. udziałów w rynku, może spodziewać się dotkliwych sankcji. Po zbliżeniu się do 50 proc. właściciele General Motors sami spowolnili produkcję, robiąc tym samym miejsce na rynku dla firmy Chrysler i jej marek Buick i Dodge oraz dając nadzieję na powrót Fordowi z modelami Lincoln i Mercure. Pod koniec lat pięćdziesiątych właściwie już tylko te trzy koncerny liczyły się na amerykańskim rynku motoryzacyjnym, dając początek tzw. Wielkiej Trójce z Detroit, do dzisiaj dominującej w USA.

Inaczej niż w Europie

Aby nie zginąć, musisz się zmieniać. O tej maksymie nie zapominali właściciele General Motors i eksperymentowali zarówno ze stylistyką, jak i mechaniką swoich pojazdów. Pierwszą znaczącą zmianą było obniżenie dotychczas dość wysokich aut o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt centymetrów. Jeszcze dekadę wcześniej w samochodzie powinien zmieścić się mężczyzna w kapeluszu. Nowa moda jednak strąciła z męskich głów wysokie nakrycia, sprawiając, że podwyższone auta nagle zaczęły być postrzegane jako niemodne i przestarzałe. Aby sobie wyobrazić, z czym musieliby się mierzyć ówcześni kapelusznicy, wystarczy rzucić okiem na zdjęcia Chevroleta Biscayne. Wygoda była kluczowa — w porównaniu do samochodów europejskich, w amerykańskich muscle cars nie mogło zabraknąć miejsca zarówno z przodu, jak i na tylnych siedzeniach.

Dekada lat pięćdziesiątych wypromowała więc dużo niższe, ale wciąż długie pojazdy wyposażone w ogromne bagażniki i wydłużone przody, gdzie musiał się jeszcze zmieścić potężny silnik V8 o mocy przynajmniej 150 koni mechanicznych. Powojenny dobrobyt nie zmuszał Amerykanów do liczenia się z cenami paliwa. Także z tego powodu nie zawracano sobie wówczas głowy aerodynamicznym kształtem aut. W tym samym czasie — w zmuszonej do większych oszczędności Europie — powstawały auta mniejsze, o bardziej opływowych kształtach i ekonomicznych silnikach.

Wystrzelenie przez ZSRR pierwszego satelity Sputnik w kosmos w 1957 roku przyspieszyło amerykańsko-radziecki wyścig o podbój kosmosu, ale wpłynęło również na to, jak miały wyglądać samochody osobowe. Nowe samochody coraz bardziej przypominały małe rakiety wyposażone w wielkie anteny radiowe, ogromne czuby na przodzie i tylne lampy inspirowane silnikami rakietowymi. Kolejne pojazdy zyskiwały tak charakterystyczne elementy jak boczne tylne płetwy w Cadillacu Eldorado.

Z punktu widzenia kierowcy duże znaczenie miało spopularyzowanie panoramicznych szyb, które były tak szerokie, że prowadzący auto mógł właściwie przez jedną szybę obserwować, co się dzieje zarówno na drodze przed nim, jak i z boku. Charakterystycznym elementem wykończenia tych pojazdów był wszechobecny chrom, który miał sprawić, że wypolerowany samochód będzie się doskonale świecił i przyciągał uwagę. Wraz z nastaniem lat sześćdziesiątych rozpoczęła się nowa era, w której muscle cars zdecydowanie zdominują rynek amerykański.