Nie ma lekko, kiedy twoja mama trenuje narciarstwo wodne, a ojciec jest ratownikiem górskim i instruktorem nurkowania. Siedzisz w wodzie, jeszcze zanim nauczysz się chodzić. Kiedy masz siedem lat i twoi koledzy zbierają komiksy i naklejki z superbohaterami, ty masz już za sobą nurkowanie na głębokości.

TOMASZ CZAPLICKI: Ciężko sobie to wyobrazić, ale rzeczywiście tak było. Zanurkowałem z ojcem. Zeszliśmy na trzydzieści metrów. To było cudowne uczucie. A potem złość matki. Pamiętam, jak krzyczała na ojca, kiedy się dowiedziała. Ale kiedy masz takiego syna, chłopaka, który zawsze ma „ciekawe pomysły”, nie ma lekko. Byłem żywiołowym dzieckiem.

Woda to niebezpieczna pasja

Miał dziewięć lat, kiedy odkryli z ojcem skutery wodne. Chłopak miał w sobie pasję do szybkiej jazdy. Już w wieku dziesięciu lat pływał samodzielnie. I od razu się ścigał. Wypadek był jak zderzenie ze ścianą. Wszystko runęło. W jednej sekundzie jesteś świetnie rokującym zawodnikiem, a w następnej leżysz w szpitalu i słyszysz, że koniec ze sportem i nie wiadomo, jak z chodzeniem. Przynajmniej masz nogę. Zaczyna się długa rehabilitacja.

– Skończyło się kilkumiesięcznym pobytem w szpitalu i kilkoma operacjami. Byłem w szpitalu w czasie mundialu ’98, oglądaliśmy piłkę na oddziale. Nawet własną drużynę mieliśmy. Graliśmy mecze. Wszyscy z urazami kończyn dolnych, ja na wózku.

Grali ostro. Aż do czasu, kiedy wybili szybę na oddziale. Ale piłka na wózku to nie było to. Nie rozbudziła na nowo pasji życia w chłopaku, który myśli, że wszystko mu się skończyło. I właśnie wtedy ojciec zabrał go na przepustkę ze szpitala, zawiózł nad jezioro, wziął na ręce i zniósł na brzeg. Stał tam kajak. Zwyczajny, drewniany, dwuosobowy, stary kajak. Wsadził chłopaka do środka i zepchnął na wodę: – Płyń.

– Zacząłem wiosłować. Było nudno, ale w momencie, kiedy przepłynęła koło mnie motorówka i zrobiła dużą falę, mocno mną zabujało i zrozumiałem, że to może być naprawdę fajne! Za pieniądze z odszkodowania za nogę kupił własny kajak. Zaczęły się spływy. Bóbr, Dunajec, Poprad. Są tam niezłe bystrza, czyli miejsca, które trudno pokonać, pierwszy krok w kierunku kajakarstwa górskiego. A potem usłyszał o kajakarzach freestyle.

Kim są kajakarze w style freestyle?

– Kiedy zobaczyłem, co goście wyprawiają, te salta, piruety, oszalałem. W jednej chwili wiedziałem, że to jest to. Miałem czternaście lat, gdy wsiadłem do freestylowego kajaka.

Cztery lata później zadebiutował w mistrzostwach Polski. Wygrał. Wygrywał każde zawody. W Polsce od dawna nie miał żadnej konkurencji. Ale początki rywalizacji poza granicami były trudne.

– Nie wiedziałem, o co w tym chodzi, jak robić triki takie jak rywale. Nie było jeszcze Youtube'a, Facebooka, nie było gdzie oglądać tutoriali najlepszych zawodników. Jechałem i podpatrywałem najlepszych. Musiałem sobie sam znaleźć i wydeptać ścieżkę na podium. Nagrywałem i odtwarzałem film klatka po klatce, żeby wykonać daną figurę na wodzie. Uczyłem się na jeziorze. W stojącej wodzie.

Na zawody międzynarodowe przyjeżdżał dwa tygodnie przed startem i to, czego nauczył się na jeziorze, próbował powtórzyć na wzburzonej fali. Nie szło mu rok, nie szło dwa lata, ale w 2006 roku jako pierwszy Polak w historii stanął na podium Pucharu Europy.

– Nikt o mnie nie słyszał, kiedy pojawiłem się na starcie. Nie miałem profesjonalnego sprzętu, nie miałem gdzie trenować i udało mi się wywalczyć brąz. Kiedy wchodziłem na podium, poczułem, że mogę mierzyć się z najlepszymi.

Przejście z juniorów do seniorów nie było łatwe. Porażki zawsze są bolesne, a on nie umiał się z nimi pogodzić. To, że łatwo łoisz skórę każdemu w Polsce, nie oznacza, że powtórzysz to potem w Ameryce. Musiał się zmierzyć ze swoim ego. No i przegrał. Zamknął piankę, kask i wiosła w szafie i wyrzucił klucz.

Dwa miesiące czytał, grał, oglądał filmy. A potem odkopał ten klucz i pojechał nad wodę. To był ostatni raz, kiedy zwątpił. Od tamtego dnia już tylko walczył. Pasja odrodziła się. Mijały miesiące. Wreszcie powrócił do startów. Nadszedł pamiętny rok 2013. Zapożyczył się, żeby polecieć do USA. Auto pożyczył od rodziny z Chicago, wystartował w pożyczonym kajaku i... skończyło się bolesną kontuzją barku. Ale zacisnął zęby.

Dlaczego to robię? Bo wtedy czuję, że żyję. Wyskakuję w powietrze, kręcę śrubę, rotuję kajak o 180 stopni. To jest kosmos. Czuję się naprawdę wolny. Panuję nad ciałem, nad kajakiem, nad wodą. Mam uczucie nirwany.

– Podczas przejazdów rozwaliłem kajak o kamienie. Jeden z zawodników, były mistrz świata, widząc, jak go kleję, podszedł do mnie i powiedział, że mają parę kajaków do testów i czy nie chciałbym w nim popłynąć. Powiedziałem: czemu nie? Nie miałem wyjścia...

Tego dnia Tomek Czaplicki zdobył brązowy medal mistrzostw świata i napisały o nim sportowe czasopisma na całym świecie. Sezon 2018 był najlepszym w karierze. Zdobył tytuł mistrza Europy.

– Po poprzednich mistrzostwach czułem niedosyt. Zdobyłem srebro, ale wiedziałem, że byłem o krok. Pracowałem bardzo mocno i w Bratysławie zgarnąłem złoto. I powiem tak: nie mam dość!

Woda się nie poddaje. Wciąż grozi mu palcem. Ostatnio w Ugandzie. Pojechali trenować pięć tygodni na rzece, która nie odpuszcza ani na metr. Zdarzały się wypadki śmiertelne.

– Miałem pecha. Robiłem figurę w powietrzu, byłem do góry nogami, nie dokręciłem do końca, spadłem w wodę w bardzo szybkiej fali, kajak nabrał wody, pomógł instynkt. Puściłem sprzęt, zanurkowałem pod wirem i dzięki temu przeżyłem. Zobaczyłem światło, wypłynąłem z bólem w płucach, ale dałem radę.Chwilę potem ten sam odcinek pokonał trzykrotnie.

– W takich chwilach czuję, że żyję. Wyskakuję, kręcę śrubę w powietrzu, rotuję kajak o 180 stopni, to jest kosmos! Wyobraź sobie! Czujesz się tak wolny! Panujesz nad ciałem, nad kajakiem, nad wodą. Głowa się wyłącza. Jesteś tylko ty i kajak. Pełne skupienie. Uwielbiam to. To moja nirwana! Sport resetuje mi głowę. Choćby nie wiem co się działo w moim życiu, kiedy kończę pływać, jestem zupełnie innym człowiekiem. Latem w Sort w Hiszpanii Tomasz Czaplicki wystartuje w walce o mistrzostwo świata. 

Tekst ukazał się w magazynie ELLE MAN nr 2/2019.