Stojąc w bezpiecznej odległości, najczęściej schowany za rogiem domu, wykrzykiwałem w stronę starszego brata: „Biała flaga, czarne pasy, Republika to k***sy!”. Czasem mnie gonił, czasem nie. Do dziś ja uwielbiam biegać, a jemu nadal się nie chce. Johnny od zawsze był wielkim fanem Republiki, więc zawsze, kiedy chciałem się na nim odegrać, uderzałem w czuły punkt. W swoim pokoju miał rozwieszone biało-czarne flagi, jeździł na koncerty i nawet strzygł się tam, gdzie Grzegorz Ciechowski. Próbował mnie zarazić „republikańską” muzyką, tłumaczył frazy, zwracał uwagę na teksty. Ale ja byłem dzieciakiem, nie wiedziałem o życiu nic i kompletnie nie rozumiałem głębi przekazu. A Johnny był w liceum, czyli lata świetlne od mojego świata. Imponował mi, a jednocześnie drażnił tym, że wszyscy go słuchają, że jest taaaaaki mądry, że zna odpowiedź na każde pytanie. Dziś wiem, że wiele odpowiedzi zmyślał na poczekaniu, a mądrymi nie można nazwać zabaw typu: „założę się, że na pewno nie dasz rady włożyć głowy między te szczebelki!”.

Kiedy znikał, wychodził z domu, zakradałem się do jego pokoju. Panował tam bezlitosny bałagan (to nas łączyło) i niczym w muzeum, ostrożnie, żeby nie poznał, dotykałem płyt, medali z zawodów biathlonowych, przyglądałem się zawieszonym pod sufitem modelom samolotów. Czasem podkradałem książki. Już w wieku 12 lat miałem za sobą lekturę Jonesa, Joyce’a czy Hellera. Wszystkie musiały wrócić na swoje miejsce. Jeśli tylko dostrzegał, że ktoś grzebał w jego rzeczach, dostawał furii (to nas różniło).

Jak wielu młodszych braci, zafascynowany starszym rodzeństwem i nienawidzący go, ze względu na większe przywileje, budowałem swoją tożsamość na kontrze. Nie chciałem być taki sam. Szukałem swojej drogi, muzyki, zainteresowań. Ciechowskiego odrzuciłem z założenia. Brat był tym mocno rozczarowany, bo i wtedy, i dziś uważa, że jest ideałem człowieka. Obrałem inny – w jego mniemaniu – zły kurs. Ale dziś wiem, że to była najlepsza droga. Najlepsza dla mnie. Trudniejsza. Bardziej wyboista. Ale moja. Nie szedłem po niczyich śladach. Nikt nie podawał mi ręki. Nie wspierał. Nie rozpieszczał. Byłem wystawiony na liczne próby, z których wyszedłem zwycięsko. Przyjaciele mi mówią: „Ty jesteś, chłopie, z tytanu!”. To prawda. Moja biografia, która nigdy nie powstanie, mogłaby nosić tytuł „Jak hartował się tytan”.

Czasem tęsknie spoglądałem na tych, którzy dostawali od świata nieustanne wsparcie. Czułem żal i złość do tych, którzy tego wsparcia nie potrafili uszanować. Dziś jestem dorosłym człowiekiem z prostym kręgosłupem moralnym. Cieszę się z tego życia, które mam. Jestem dumny z tego, co osiągnąłem. Pobratałem się z zawirowaną przeszłością. Mam ogromną wdzięczność dla tych, którzy byli dla mnie wsparciem. I nie mam żalu do tych, którzy byli dla mnie bezinteresownie podli (dla nich do dziś mam bezbrzeżne zdumienie). Jestem wyrozumiały i cierpliwy. Jest tylko jedna rzecz, której nigdy, przenigdy nie będę w stanie zaakceptować: poniżanie drugiego człowieka tylko dlatego, że kulturowo czy fizycznie jest słabszy niż inni.

Do twórczości Grzegorza Ciechowskiego, a przede wszystkim do jego poezji. dotarłem okrężną drogą, przez piosenki obdarzonej boskim talentem Justyny Steczkowskiej, w której kochałem się na zabój – głównie za sprawą tego, jak pięknym, empatycznym, wrażliwym i troskliwym jest człowiekiem. Ciechowski napisał dla Justyny znakomite teksty! Przypomniałem sobie wtedy to, do czego chciał mnie w dzieciństwie przekonać Johnny. W głowie zaświeciła mi się lampka ciekawości i poznania, dająca najlepsze światło, jakie znam. Sięgnąłem po płyty Obywatela GC, potem po twórczość Republiki. I odnalazłem tam to, co sam chciałbym wyśpiewać. Wiersze, metafory, zdania, które sam chciałbym napisać. Skondensowane, trafiające w punkt opisy świata, miłości, pożądania, zdrady, nadziei, upadków i wzlotów. I te najważniejsze piosenki, mówiące o nas, ludziach, o relacjach społecznych, zhańbieniu, zgnuśnieniu, zabijaniu marzeń i chorym wzmacnianiu ambicji. O braku poszanowania dla drugiego człowieka. O strachu, z którego bierze się całe zło świata. Bo ci, którzy są najbardziej agresywni, najbardziej się boją.

Kilka miesięcy temu Anna Sroka-Hryń zrobiła ze studentami Akademii Teatralnej w Warszawie sztukę „Lunatycy” z utworami Ciechowskiego. Okazała się tak dobra, że dyrektor Jan Englert przeniósł ją do Teatru Narodowego. Dał szerszej grupie widzów szansę na przypomnienie sobie twórczości Grzegorza. Grupka młodych ludzi z niezwykłą wrażliwością, precyzją, oddaniem i kunsztem zinterpretowała jego teksty. Ich dojrzałość była powalająca i dawała nadzieję. To ważne, szczególnie dziś, w czasach, w których szukamy tożsamości jako społeczeństwo. W czasach, w których triumfy święcą głupota, chamstwo, tępota i brak tolerancji. Kiedy jednym ludziom zabrania się mieszkać w Polsce, a innych próbuje się z niej wypędzić. Różnica między tożsamością jednostkową a tożsamością społeczną jest taka, że tylko tę pierwszą można budować na kontrze. Ta druga powinna kształtować się na porozumieniu, zgodzie, akceptacji, równości i wsparciu. Jako Polacy znaleźliśmy się na rozstaju dróg i musimy wykonać ciężką pracę, żeby móc kiedyś spojrzeć w lustro – jako jednostki i jako społeczeństwo – i nie powiedzieć sobie „kiedy cię widzę, to się wstydzę, że ciągle nosi ciebie świat”.

Wspomniany przeze mnie profesor Englert bardzo ładnie skonstatował, że żyjemy w społeczeństwie zaimka „ja”. Ze swej strony dodam, że „ja” to zaimek, który charakteryzuje dzieci i osoby niedojrzałe. A najwyższy czas na to, żebyśmy wreszcie dojrzeli jako społeczeństwo i zaczęli używać zaimka „my”. My. Polacy. My, r ó ż n i Polacy. Światopoglądowo Obyczajowo. Kulturowo. Klasowo. Stylistycznie. Ale ciągle MY. Którą drogę wybierzeMY?

---------

Tomasz Sobierajski - socjolog z zawodu i z pasji, badacz społecznych zjawisk i kulturowych trendów. Naukowiec 3.0 nie bojący się trudnych wyzwań i multidyscyplinaroności. Autor kilkunastu książek o sprawach ważnych. Wykładowca akademicki i akademik z ambicjami. Znakomity słuchacz oraz wnikliwy obserwator. Kustosz dobrych manier i trener poprawnej komunikacji. Apostoł dobrej nowiny i przeciwnik złych emocji. Z zamiłowania sportowiec i podróżnik. Wegetarianin, cyklista i optymista. Nowojorczyk z duszy, berlińczyk z miłości i warszawianin z wyboru.