Są wśród nas przecież kierowcy, którzy potrzebują samochód jedynie do przemieszczania się z punktu A do B. Dla nich własne auto nie jest marzeniem z plakatu i nie musi budzić emocji na każdych światłach i w każdym zakręcie, pokonywanym najlepiej z maksymalną możliwą prędkością. Są wśród nas tacy, którzy nie nawijają codziennie na koła setek kilometrów, a jedynie kilkanaście lub kilkadziesiąt, ale chcą mieć własny pojazd. Rynek motoryzacyjny jest doskonale przygotowany do takiej sytuacji i oferuje całkiem sporo rozwiązań.

Dacia Sandero – najtańszy sposób na własne 4 koła

Już widzę wasze uśmieszki czytając słowa „Dacia Sandero”, ale moi drodzy, właśnie stało się coś, co sprawiło, że każdego kto będzie wyśmiewać się z rumuńsko-francuskiego samochodu, będę wyzywać na pojedynek na miecze świetlne z „Marywilskiej” i będzie to walka do pierwszej krwi. Rumuńska marka z nową Dacią Sandero wykonała tak niewiarygodnie długi skok jakościowy, że o najtańszym modelu na polskim rynku trudno już mówić jak o samochodzie budżetowym. Powiem więcej: auto zmieniło definicję samochodu najtańszego, w której to nie ma już słowa „najgorszy”. Pomyślicie, że zwariowałem i sam dziwię się, że to piszę, ale Sandero stał się równoprawnym członkiem klasy samochodów miejskich i wyznaczył nowy początek tejże.

Auto zbudowano na najnowszej płycie podłogowej Aliansu, którą współdzieli z nowym Renault Clio i Nissanem Micra. Wnętrze jest obszerne, a fotele wygodne. Najważniejsze jest jednak to, że plastiki nie kleją się już do palców, a i zapach wnętrza nie sprawia wrażenia, że kupiliśmy samochód z dyskontu. Pod maską pracują silniki znane z Renault, a najciekawszym z nich jest jednolitrowy, 100-konny, doładowany motor benzynowy, współpracujący z fabryczną instalacją LPG. Łączny zasięg tej wersji to nawet 1300 kilometrów, czyli jesteście w stanie dojechać nad Adriatyk na jednym tankowaniu! Ciekawie rozwiązano także multimedia, gdzie do dyspozycji jest oczywiście zestaw z ekranem dotykowym i czytelną, ale co najważniejsze, estetyczną grafiką, nawigacją satelitarną i możliwością podłączenia telefonu, ale największe wrażenie zrobił na mnie zestaw podstawowy, który wykorzystuje specjalną aplikację i nasz smartfon jako centrum dowodzenia. Dokujemy telefon w specjalnym uchwycie, odpalamy aplikację i mamy pełną funkcjonalność systemu z radiem i nawigacją włącznie. Aż dziwne, że nikt tego wcześniej nie wymyślił! Dlatego moi drodzy, mój miecz świetlny już czeka na wszystkich śmieszków.

Suzuki Vitara – bo każdy chce mieć SUV-a

No dobrze, ale przecież nikt nie chce jeździć dziś miejskim wozidełkiem. Dziś każdy chce jeździć SUV-em, albo przynajmniej Crossoverem. To po prostu moda, która z czasem pewnie przeminie, jednak w tym sezonie najlepiej, jeśli zobaczą was w „terenówce”. Najtańsza w cenniku będzie naturalnie Dacia Duster, ale żebyście nie posądzili mnie o stronniczość wobec tej marki, wylosuję inne auto. Tym bardziej, że Duster skonfigurowany optymalnie kosztować będzie 70 tys. złotych. Wybieram zatem Suzuki Vitara, która okazuje się realnie niewiele droższa od Dacii.

Vitara to legenda wśród samochodów potocznie zwanych SUV-ami. Jej pierwsze generacje były najprawdziwszymi samochodami terenowymi, wyposażonymi w mocny i niezawodny napęd na wszystkie koła, z reduktorem i blokadą dyferencjałów. Dzięki swojej dzielności poza asfaltem często wykorzystywane były nie tylko przez miłośników taplania się w błocie, ale także przez służby leśne, czy Straż Graniczną. Dzisiejsza generacja dzielnego Suzuki porzuciła wojskowe glany, na rzecz modnych sneakersów, ale wciąż potrafi zadziwić swoimi możliwościami na szutrze. Powiecie pewnie, że samochód jest dość surowy w formie, a ja się z tym zgodzę i uznam ten fakt za ogromną zaletę. Prosta konstrukcja i nieskomplikowana elektronika są dziś bowiem gwarantem bezstresowej i niezawodnej jazdy. Auto dysponuje układem napędowym wykorzystującym silnik benzynowy 1.4 BoosterJet o mocy 129 KM i malutkim silnikiem elektrycznym zastępującym rozrusznik i alternator. Mamy więc do czynienia z tak zwaną miękką hybrydą, tak dobrze wpisującą się w dzisiejszą motoryzację. Samochodem bez problemu zabierzecie się ze znajomymi na wakacje, a i sprzęt sportowy zmieści się w tylnej części kabiny. Suzuki Vitara wciąż jest spadkobiercą terenowej legendy, a fakt, że dostępna jest w atrakcyjnej cenie, to chyba tylko na plus!

Skoda CITIGOe iV – po prostu zmiana przyzwyczajeń

Mówi się, że samochody elektryczne są drogie, ich zasięg niewielki, a do tego ponowne naładowanie baterii „do pełna” trwa tyle, że w podróż z Warszawy do Gdańska lepiej byłoby wybrać się dyliżansem. Wielu kierowców powiela te mity nasilając zjawisko powszechnego obrzydzenia do elektromobilności. A my zwyczajnie jako społeczeństwo boimy się tego, co nowe. Pamiętacie telefony komórkowe, które miały nam ugotować mózgi? Ilu z was decydowało się wtedy na modele z wysuwaną antenką, albo naklejało na obudowie specjalne ekrany mające odbijać śmiercionośne fale? Podobnie ma się teraz sprawa z technologią mikrofalową, potocznie zwaną 5G, a jej wprowadzenie wcale nie oznacza przecież, że będziemy się prażyć jak popcorn z mikrofalówki.

Samochody elektryczne faktycznie są drogie w porównaniu z ich klasycznymi odpowiednikami, ale wynika to z drogiej na dzień dzisiejszy technologii i ceny surowców wykorzystywanych do produkcji akumulatorów trakcyjnych. Z czasem technologia stanieje i samochody elektryczne również będą tańsze. Mały zasięg faktycznie może być problemem, ale tylko w przypadku, gdy kupimy sobie samochód za pół miliona, będącym ogromnym SUV-em ważącym 2,50 tony. Bo w sumie, po co komu takie wielkie auto jedynie do miasta?

Jest w tym trochę racji i dlatego uważam, że w dzisiejszych warunkach najlepiej sprawdzą się samochody niewielkie z niedużymi zestawami baterii. Najlepszym przykładem jest Skoda CITIGOe iV, który jest obecnie najtańszym, choć wcale nie najmniejszym oferowanym w Polsce samochodem z napędem elektrycznym. Autem możemy przewieźć bez problemu 4 osoby, a zasięg 260 kilometrów powinien wystarczyć do swobodnego podróżowania po mieście i to przez 3 do 5 dni! Użytkując samochód elektryczny należy bowiem przestawić zupełnie myślenie o ładowaniu i zasięgu. W aucie na prąd nigdy nie pozbywamy się bowiem całej energii z akumulatorów, a ładujemy je przy każdej możliwej okazji. W warunkach miejskich zapewnimy sobie więc praktycznie nieograniczoną mobilność. Teraz podnoszą ręce osoby, które biegały z ładowarkami sieciowymi w kieszeni i podłączały swoje iPhone-y do prądu zawsze, gdy miały ku temu okazję? No właśnie, więc i w przypadku samochodu elektrycznego, trzeba będzie powrócić do dawnych przyzwyczajeń.

Wracając do Skody, to za niewiele ponad 80 tys. złotych otrzymujemy pełnowartościowy samochód o niezłej dynamice, doskonałej widoczności we wszystkich kierunkach i rozmiarach, które pozwolą wcisnąć się w każde wolne miejsce. A dodatkowo, jeździmy sobie legalnie BUS-pasem i parkujemy za darmo w centrum miasta. A co z „wyprawą” do Gdańska? Cóż, za zaoszczędzone na parkowaniu pieniądze zaczniecie spędzać weekendy w Barcelonie, czy Mediolanie. Widzicie więc sami, że to wszystko jest kwestią zmiany przyzwyczajeń.

Po co mieć, skoro można używać?

Carsharing to taka trochę randka na Tinderze. Niby jesteś singlem i wygodnie ci ze swoją niezależnością, ale wciąż poszukujesz nowych osób, z którymi możesz spędzić czas. Najważniejsze jest jednak to, że po upojnej nocy nie musisz stawiać śniadania. Opcja carsharingu wydaje się być doskonałą dla kierowców, którzy mieszkają w dużym mieście, a w trasę wybierają się sporadycznie, raz na kilka miesięcy. Nie jest też tajemnicą, że znalezienie miejsca do parkowania w ścisłym centrum graniczy z cudem, a rosnące koszty utrzymania przyprawiają o zawrót głowy, bo ubezpieczenie, bo karnet parkingowy, bo przeglądy, bo utrata wartości, i tak dalej… W przypadku carsharingu, by wejść do zabawy, wystarczy ściągnąć na smartfon aplikację, połączyć ją z kartą płatniczą i już mamy dostęp do kilkuset samochodów stojących w różnych miejscach naszego miasta.

Sama operacja jest równie prosta, bo odnajdujemy auto na mapie, rezerwujemy je i ruszamy w miasto. Zwykle na dotarcie do samochodu mamy 20 minut, a po skończonej jeździe „porzucamy” auto na dowolnym miejscu parkingowym. Proste. A co jeśli potrzebujemy samochód na dłużej? Nic prostszego, rezerwujemy auto na cały dzień, czy dwa i spokojnie jedziemy w nieznane. Czy to się opłaca? Musicie to policzyć indywidualnie, bo co prawda uśredniona wartość wynajmu to 50 groszy za minutę i 50 groszy za kilometr, ale wynajem na cały dzień kosztuje mniej więcej „stówkę” i własnie biorąc pod uwagę właśnie koszty karnetu parkingowego, czy opłaty za miejsce, ubezpieczenia samochodu i przeglądów, może się okazać, że carsharing jest opcją bardzo korzystną, nawet, jeśli w weekend wydacie powiedzmy 500 zł. Dodatkowo oferta firm jest tak szeroka, że możecie wybierać spośród samochodów miejskich, SUV-ów, aut klasy premium, czy elektrycznych.