Renault Captur E-Tech – najlepsze Renault ostatnich lat

Muszę się wam przyznać, że z modelem Captur pierwszej generacji zawsze miałem pewien problem. Po prostu nie przemawiał do mnie, choć co widać szczególnie na ulicach dużych miast moje zdanie jest w zdecydowanej mniejszości, bo tych małych crossoverów spotkać można całe mnóstwo. W zeszłym roku Renault zaprezentowało drugą generację tego popularnego modelu i tym razem kompletnie skradło moje serce. Odważne, wręcz brawurowe linie rysują nowoczesne i smaczne nadwozie, w którym dobrze wygląda nie tylko płeć piękna, ale również my, faceci z krwi i kości. Duże koła i dwukolorowe malowanie dodają autu atrakcyjności, a wnętrze jest hybrydą tego z nowego Clio i Espace. Fotele są bardzo wygodne, choć mogłyby dać się ustawić o kilka centymetrów niżej. Zajmowanie miejsca jest jednak bardzo wygodne, a sama kabina jest wystarczająco obszerna nawet dla czterech dorosłych pasażerów. Podobają mi się nowe multimedia, których obsługa jest teraz bardziej intuicyjna, a i system audio Bose brzmi całkiem efektownie.

Od września oprócz klasycznych napędów model występuje także w hybrydowej odmianie plug-in. Układ hybrydowy, którego akumulatory można ładować z domowego gniazdka to coś, co przemawia do mnie w 100 procentach. Z jednej strony mamy klasyczny silnik benzynowy, który pozwoli na bezstresowy wypad za miasto, z drugiej zaś mamy możliwość wykorzystania silnika elektrycznego do jazdy po mieście. Renault mówi, że jeśli w nocy naładujemy akumulatory do pełna, to w dzień będziemy mogli pokonać dystans około 50 kilometrów, czyli w warunkach warszawskich dojechać do pracy i wrócić do domu nie zużywając nawet kropelki paliwa. I faktycznie, w trybie elektrycznym jest cicho, przyjemnie i całkiem zrywnie, a jeśli korzystamy z możliwości obydwu silników i pełnej mocy 160 KM, do słów „przyjemnie” i „zrywnie” należy dodać słowo „bardzo”. Jeśli chodzi o słowo „cicho”, to cóż, tu „cicho” już nie pasuje tak idealnie, ale przecież silnik spalinowy musi skręcić się na obroty. Na elektryfikacji ucierpiał niestety bagażnik, który po zajęciu przestrzeni przez akumulatory ma teraz pojemność 265 dm3 (536 dm3 w klasycznej odmianie). Coś za coś. Uważam jednak, że nowy Captur jest najlepszym modelem Renault ostatnich lat.

Opel Mokka – nowy Opel, nowa jakość

Niemiecka marka pod wodzą francuskiego koncernu zdaje się poczynać sobie całkiem nieźle. Większy SUV Opla – Grandland X doczekał się 300-konnej hybrydy plug-in, a Astra i Insignia przeszły właśnie subtelny lifting otrzymując nowoczesne i oszczędne silniki. Pojawiło się jednak auto, które może sprawić, że dotychczasowy układ sił może zostać poważnie zachwiany. Oto 2 tygodnie temu swoją polską premierę miał nowy Opel Mokka. I właśnie słowo „nowy” jest tu na odpowiednim miejscu. Auto prezentuje się po prostu zjawiskowo, a jakość wykonania i spasowania poszczególnych elementów nadwozia robi ogromne wrażenie. Popatrzcie tylko na ten przód. Płaskie reflektory połączone z panelem przednim są tak dopasowane względem siebie, że tworzą niemal jedną całość.

Samochód, jak większość dzisiejszych konkurentów odwołuje się do pięknej historii marki, znajdziemy więc w nowym SUV-ie Opla nawiązania do historycznych modeli takich jak Manta, CD Concept, czy Ascona, które to charakteryzowały się prostymi formami i czystymi liniami. Opel w przypadku Mokki mówi o zupełnie nowej jakości i faktycznie auto nie przypomina żadnego innego modelu z gamy niemieckiego producenta. Nowa jest nie tylko linia nadwozia, elementy identyfikujące markę, ale także wnętrze, które w wersji GS-Line wygląda odlotowo i bardzo cyfrowo. Co ciekawe, elektroniczny wyświetlacz zamiast zegarów znajdziemy już w podstawowej wersji wyposażenia, a na życzenie samochód wyposażyć można w rewelacyjne reflektory matrycowe Intellilux LED. Moim zdaniem to absolutny „Must have” w tym modelu i wcale nie są drogie. Silnik elektryczny o mocy 136 KM i akumulatory o pojemności 50 kWh mają zapewnić zasięg 320 km, co wydaje się rozsądnym, biorąc pod uwagę miejski charakter auta. Opla Mokkę można zamówić z zielonym lakierem, który nazywa się Mamba Green, czyli tak samo jak kultowy kolor Porsche. Nie wiem, czy to do końca legalne, ale na wszelki wypadek nikomu nie mówcie.

Hyundai Kona Electric – elektrycznie i sportowo

Przykład Tesli i Porsche Taycana pokazuje, że elektryfikacja może mieć wymiar sportowy. Samochody te kosztują jednak krocie i dla zwykłego śmiertelnika pozostają i być może już pozostaną w sferze marzeń, ale, czy jest szansa, by poczuć choć część emocji, których dostarczają sportowe samochody elektryczne? Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie przychodzi z Korei Południowej, bowiem Hyundai oferuje model Kona w kilku wersjach napędowych. Mnie najbardziej zafascynowała odmiana elektryczna. Występuje ona w dwóch wariantach akumulatorów 39,2 kWh i 64 kWh i to właśnie odmiana o większych bateriach zrobiła na mnie największe wrażenie. Po pierwsze auto jest w stanie bez problemu pokonać dystans z Warszawy do Gdyni i zachować wystarczającą ilość energii, by spokojnie pojechać na rybkę do Rewy, bez obawy, że staniemy gdzieś po drodze. Wierzcie mi, że niewiele elektryków to potrafi. Po drugie, auto legitymuje się mocą 204 KM i momentem obrotowym prawie 400 Nm, a to w kategorii samochodów elektrycznych wartości plasujące Konę w klasie Hot SUV-ów. I niech was nie zwiedzie przyspieszenie 0-100 km/h w czasie 7,9 sekundy, bo nie ten parametr jest tu najważniejszy.

W autach elektrycznych ważne jest to, co robią z głowami kierowcy i pasażerów podczas przyspieszania z dowolnej prędkości, a Hyundai Kona Electric jest obecnie najlepszym przykładem, że podczas dłuższej zabawy można nabawić się kontuzji mięśni szyi. I żeby nie było, że Kona jest szybka jedynie na prostej. Ten miejski maluch jeździ po zakrętach jak przyklejony, a precyzyjny układ kierowniczy daje niesamowitą frajdę podczas szybkich manewrów. Powiem więcej, zupełnie nie czuje się jego masy ponad 1700 kg. I jedynie wielkość bagażnika nie zrobiła na mnie wrażenia, choć podobno są ludzie, którym wystarczy 332 litry pojemności.

Mazda CX-30 – Jinba Ittai na nowo, czyli nowoczesność z nutką nostalgii

Japoński producent obchodzi właśnie stulecie swojego istnienia, ale ten jubileusz jest wyjątkowy również z innego powodu. Mazda wprowadziła do swojej oferty pierwszy model z napędem elektrycznym i swoim zwyczajem zrobiła to w wyjątkowym stylu. Auto robi ultranowoczesne wrażenie, ale ma także cechy, które nawiązują do historii firmy. Bo czy przy awangardowym kształcie karoserii i drzwiach tylnych otwieranych „pod wiatr” (zabieg ten Mazda zastosowała już w modelu RX-8), przyszłoby wam do głowy, żeby wykończyć konsolę środkową naturalnym korkiem? No właśnie, a oni to zrobili! Naturalnie jest ukłon w stronę historii, bo Mazda zaczynała swoją działalność właśnie od sprzedaży korka, ale panele sprawiają, że w aucie jest miło i przytulnie.

To takie Jinba Ittai w nostalgicznym stylu. Zaskakujących elementów jest tu zresztą więcej, bo projektanci eksperymentowali mocno z nowymi materiałami. Część tapicerki foteli i panele drzwi uszyto z nici wyprodukowanych z plastikowych butelek, a biorąc pod uwagę dość duże zainteresowanie modelem, może się okazać, że niedługo wodę będzie można kupić jedynie w szklanych opakowaniach, bo wszystkie plastiki trafią do fabryki Mazdy. Swoją drogą ciekawe, czy można zamówić auto z siedzeniami wykonanymi z opakowań po znanym gazowanym napoju? Konstruktorzy Mazdy obliczyli, że do pełni szczęścia powinien nam wystarczyć zasięg do 200 kilometrów na jednym ładowaniu, a prąd uzupełniać będziemy raz w tygodniu. W warunkach miejskich rzeczywiście powinno to wystarczyć, a ponieważ i tak czekają nas stacjonarne ferie zimowe i zakaz przemieszczania, nie widzę problemu z zasięgiem Mazdy MX-30.