Gdy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle całkowitego zelektryfikowania Mini, miałem przekonanie, że to strzał w dziesiątkę. Auto, które od samego początku powstało jako model do wygodnego przemieszczania się po mieście, miało stać się miejskie jeszcze bardziej. Mariaż idealny. W pakiecie potencjalny kupujący miał otrzymać jeszcze styl, którego Mini nigdy nie brakowało, a którego producenci „elektryków" wciąż poszukują. Wszystko to powodowało, że gdy zapisywałem się na jazdy testowe czułem dreszczyk emocji. 

Świetnie, ale krótko

Na jednym z zagranicznych serwisów przeczytałem, że elektryczne Mini ma wszystko, żeby zawrócić miłośnikowi motoryzacji w głowie i zmienić jego myślenie o „elektrykach". Zgadzam się z tym zdaniem, a jeszcze bardziej zgadzam się z kolejnym tego samego tekstu – „Wszystko, poza zasięgiem". Wedle producenta zasięg auta na jednym ładowaniu baterii wynosi około 230 kilometrów, choć może się on zmniejszać w zależności od stylu jazdy.

Ja dysponowałem Mini na kilka dni, więc starałem się w jak najkrótszym czasie sprawdzić go w różnych warunkach. Moje doświadczenia są takie, że jeśli chcecie mieć pewności, że nie staniecie w polu (w przypadku elektryków sformułowanie znów zyskuje na aktualności) musicie ograniczyć się do około 200 km. Czy to mało? Jak zawsze – zależy. Dla osób, które posiadają gniazdka elektryczne w swoich garażach i będą ładować samochód przez noc, w zupełności wystarczy nawet na wycieczkę pod miasto. W rzeczywistości to wciąż zbyt mało, by można było mówić o wygodnym podróżowaniu na dłuższe dystanse. 

Jak się prowadzi?

To chyba jedna z większych zalet tego modelu. Jeśli lubicie zrywne samochody, które łączą w sobie miejski charakter z odrobiną sportowej dynamiki, Mini z pewnością przypadnie wam do gustu. Moc w aucie opiera się o działanie 184-konnego silnika znanego z modelu i3s. Znawcy tego modelu zauważą pewnie, że pomimo mniejszej bryły Mini SE charakteryzuje się nieco mniejszą trakcją od większego auta od BMW, jednak wciąż nie ma na co narzekać. Szczególnie, kiedy zdamy sobie sprawę z  270 Nm na przednich kołach. 

Start spod świateł Mini SE to jedna z przyjemniejszych rzeczy, których miałem okazję spróbować w mijającym miesiącu. Mini SE ma 184 Km, a pierwszą setkę osiąga po około 7,3 sekundy. Wynik na papierze może nie robić piorunującego wrażenia, ale wszystko się zmienia, gdy sami usiądziemy za kierownicą. Paradoksem aut elektrycznych jest fakt, że największe wrażenia dźwiękowe robi brak dźwięków. Auto przyspiesza równo i liniowo, a kolejni „sąsiedzi" na innych pasach zostają w tyle. I to wszystko w całkowitej ciszy. Jadąc ma się wrażenie, że wszystkie inne samochody muszą się prężyć i stękać, żeby mieć szanse z cichym bohaterem tego tekstu. 

Samochód dla superbohatera

Czas na wygląd. Moje pierwsze wrażenia po zobaczeniu „elektryka" od Mini były bezpośrednim odwołaniem do dzieciństwa w latach 90. Wydawały mi się infantylne, ale okazało się, że nie tylko mój mózg powiązał auto z 2020 roku z kreskówką sprzed 30 lat. Pamiętacie He-Mana? Kreskówkowego wojownika, który zajmował się ratowaniem wymyślonego świata przed złym Szkieletorem? Na codzień pełnił rolę księcia, ale po wypowiedzeniu zaklęcia „Na potęgę Posępnego Czerepu, mocy przybywaj!", obudowywał się zbroją i zamieniał w nieustraszonego superbohatera. W moich oczach nowe Mini wygląda zupełnie, jakby ktoś wsiadł do starszego modelu marki i wypowiedział magiczną formułę.

Znana z klasyki marka postawiła na rozwiązania, które można by nazwać futurystycznymi. W miejscu klasycznych felg pojawiły się zupełnie nowe, nawiązujące do brytyjskich gniazdek elektrycznych, a przed grill został zabudowany jednolitą powierzchnią. Czy to zmiana na lepsze? Trudno mi powiedzieć. Sam oceniam się za miłośnika klasyk, który trudno przekonuje się do nowych rozwiązań, ale słyszałem wiele opinii, że to konieczny powiew świeżości.