Mike, przez całe życie walczyłeś z różnymi wyzwaniami. Odnalazłeś wreszcie spokój?

Skończyłem właśnie 53 lata, dosłownie kilka dni temu. W tym wieku już trochę patrzysz wstecz na swoje życie. Kiedyś powiedziałem, że mogę nie dociągnąć czterdziestki. Zawalczyłem – udało się i mam apetyt na więcej. Ale rzut okiem wstecz też umocnił mnie w przekonaniu, że życie to walka, od dziecka musiałem ją toczyć. Nie mówię tu tylko o tych w ringu bo to robiłem zawodowo, ale o innych drobnych rzeczach, choćby o zwykłe trampki, które ktoś chciał ci skroić. Potem już jako dorosły facet, będący na szczycie, musiałem zwalczyć swoje demony. To była walka o życie, o siebie. Byłem egocentrycznym dupkiem i myślałem, że jestem niezniszczalny, ale przyszło opamiętanie i najcięższa praca w moim życiu. Wyszedłem z nałogów, poprawił się stan mojego zdrowia. Tak, mogę powiedzieć, że w końcu żyję w spokoju. Mam wspaniałą żonę, dzieciaki, mam spokój.

Czy jest ktoś, komu to zawdzięczasz? Może pojawiła się w Twoim życiu jakaś konkretna osoba, która pomogła Ci wyjść na prostą?

Takich osób było kilka. Wiesz, na różnych etapach mojego życia zawsze znajdował się ktoś, kto wyciągał do mnie rękę. Naprawdę Bóg czuwał nade mną. Długo nie umiałem tego docenić. Teraz dziękuję ludziom za cierpliwość i siłę. Często mówię o najważniejszej osobie w moim życiu, Cusie D’Amato. To on mnie stworzył, znalazł, prowadził, nie odpuszczał, nawet wtedy, kiedy ja sam miałem dość. Zastąpił mi rodzinę. Pokazał w życiu cel. Teraz wiem, że gówniarz z nieukierunkowaną złością, jakim wtedy byłem, mógł skończyć tylko w jeden sposób. Cus pokazał, że są inne scenariusze. Nauczył kochać to, czego nienawidziłem robić. Sprzątać ring, biegać. To była dyscyplina, której nie znałem wcześniej. Dziś obok mnie stoi Kiki – moja żona. Ona daje mi życiową kotwicę i cel w życiu.

Jaką walkę określiłbyś mianem tej najtrudniejszej? Odbyła na ringu? A może w życiu prywatnym?

Walki, które musiałem stoczyć w prywatnym życiu były najtrudniejsze. Kiedy zmarła moja czteroletnia córka Exodus, stoczyłem chyba najtrudniejszą bitwę w swoim życiu. Naprawdę nie chciałem żyć, kiedy nie było jej przy mnie. Ale próbowałem znaleźć inspirację do walki, by dalej istnieć i być rodzicem dla moich pozostałych dzieci. To wciąż trudne, ale walczę o to, by być dobrym ojcem.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nienawidzisz boksu. Dlaczego tak mówisz?

Widzisz, boks jest jak miłość twojego życia, czasem kochasz, czasem nienawidzisz. Popatrz na mnie, zobacz jak bardzo zniszczył mnie ten sport. Nienawidzę go za to, jak bardzo potrafi uszkodzić człowieka, jak jest bolesny, jak wiele nieodwracalnych szkód powoduje w ciele, ile szkód powstaje w głowie. A kocham go za to, że pozwolił mi być tu gdzie jestem, że był moją szansą. 

Dzięki tej dyscyplinie dorobiłeś się wielkiej fortuny i zostałeś jednym z najlepszych bokserów w historii ...

Miałem predyspozycje do uprawiania akurat takiego sportu. Jest widowiskowy i stoją za nim wielkie pieniądze, to prawda. Jest też wymagający i fortuna nie przychodzi sama. Osiągnąłem mistrzostwo, moje ego cały czas pozwala mi patrzeć na siebie jak na mistrza. To wartościuje. Pieniądze raz są potem je tracisz, ale być mistrzem… tego nikt ci nie odbierze.

Załóżmy, że ktoś proponuje Ci 5 dziś milionów dolarów za jedną walkę. Wciąż powiedziałbyś "nie"?

Oferowano mi znacznie więcej. Nie podjąłem rękawic. Dziś jestem emerytem i oczywiście, że powiedziałbym "nie". Nie jestem szaleńcem.

Czyli z jednej strony nienawidzisz boksu, z drugiej strony go kochasz. Co dokładnie mu zawdzięczasz? Wielu zawodników przyznało, że walka na ringu pomogła im uciec z niebezpiecznych środowisk, pełnych narkotyków i przemocy. W Twoim przypadku było podobnie?

No jasne, że tak. Pomyśl, jesteś nikim, gówniarzem z Brooklynu bez perspektyw, szkoły, kasy. I nagle okazuje się, że umiesz dać komuś w mordę na tyle skutecznie, że można na tym zarobić. Co byś zrobił? Ja w to wszedłem. Miałem to szczęście, że trenowali mnie niesamowici ludzie. Miałem 20 lat i byłem mistrzem. Człowieku, to było jak stan najwyższego haju. Wiesz za co jeszcze kochasz ten sport? To nie tylko walka na pięści. To starcie siły wewnętrznej, charakterów. 

Boks nie był pomocny, gdy walczyłeś ze swoimi nawykami?

Stoczyłem wiele pojedynków w ringu, nie wszystkie trzeźwe, przyznałem to w biografii. Mówiłem o tym w wywiadach. Ale każda walka to był strach i presja otoczenia. Czasem trudno sobie z tym radzić. Byłem niepokorny i nie zawsze docierało do mnie, że kokaina to rozwiązanie na krótki dystans. Treningi mogły pomóc w uzależnieniu, ale chyba musiałem dojrzeć do tego wniosku.

Masz na koncie wiele bokserskich tytułów. A dziś określiłbyś siebie wobec zwycięzcą? Czy nadal walczysz?

Najgorszy mroczny czas za mną. To było kompletne wariactwo, oszukiwanie wszystkich wkoło, siebie samego. Dziś jestem czysty, nie tykam tego gówna. Ale to krucha wygrana, uzależnionym jest się przez całe życie. Trzeba być czujnym, skoncentrowanym, trzeba mieć cele i zajmować się ich realizacją, trzeba mieć ludzi wokół siebie. Ja mam rodzinę i to właśnie sprawia, że jestem trzeźwy. W ogóle zacząłem zastanawiać się nad tym, kiedy dostałem informacje z Polski o nowej kampanii Black, że będzie oparta na wewnętrznej sile. Pomyślałem wtedy, że masz ją w sobie i musisz ją tylko obudzić. Ja wszedłem w to bez zastanowienia, bo empowerment ćwiczę od 30 lat. Stawałem przed wieloma wyzwaniami, znajdowałem siłę i odwagę, żeby zrobić krok w stronę sukcesu. Tak też było z nałogami. Jestem fighterem.