Obecnie większość zdjęć oglądamy na ekranach laptopów i smartfonów, nieprawdaż?

Wojciech Nowicki: Ile ma pan zdjęć na swoim smartfonie?

Nie myślę o takich zdjęciach w kategorii jakiejś znaczącej fotografii.

Otóż to. Ale one są zdjęciami! Ja na pewno mam w aktualnym folderze 3-4 tysiące, w większości są to fotografie, których nie chciałbym nikomu pokazać. Nie odnosi pan wrażenia, że te zdjęcia są mniej „żywe”?

Ale dla wielu, zwłaszcza młodych ludzi, to właściwie jedyna możliwość kontaktu z fotografią. Wydruk to dla nich ostateczność, odbitki fotografii artystycznej nie należą do tanich.

Trzeba jednak pamiętać, że kolejne dyski ze zgromadzonymi zdjęciami to nie fotografia, to dopiero pewna możliwość, masa trudna do ogarnięcia. Zdjęcia na papierowym podłożu, szczególnie te starsze, ogląda się inaczej, bo można zobaczyć, jak są zniszczone, jakie mają z tyłu podpisy, jak zostały wyretuszowane. Oczywiście, skan może być dużo dokładniejszy niż fotografia klasyczna. Ale co z tego? Czy my naprawdę tego potrzebujemy? Mam wrażenie, że nie zawsze.

Ma pan obsesję zbierania?

Nie przesadzałbym. Ona rzeczywiście była na samym początku, sam byłem fotografem, gromadziłem więc choćby własne zdjęcia, na to nakładało się wszystko, co gdzieś zdobyłem. Zbieranie zaczęło się w chwili, kiedy zacząłem czytać o fotografii. W Polsce było tego wtedy niewiele, istniały jednak fatalnie przetłumaczona książka Susan Sontag, książka Barthesa i teksty Czartoryskiej. Dzięki niej odkryłem Bułhaka, o którym wcześniej słyszałem, ale to dopiero pod wpływem jej tekstów zrozumiałem, że odrzucanie jego twórczości jest nieuzasadnione. Został zapamiętany ze swoich nienajlepszych zdjęć, a bywał niezwykłej klasy artystą, szczególnie na początku kariery.

Jaka była pierwsza chęć? Odszukać album?

Poszedłem do antykwariatu, który jako pierwszy przyszedł mi do głowy i udało mi się odnaleźć jego zdjęcia. O dziwo, było mnie na nie stać. Ja od zawsze miałem potrzebę czucia bliskości z dziełem. To trochę tak, jak w przypadku człowieka, który ma na ścianach obrazy, pytanie o to, po co je zbiera, skoro może kupić za nie setki albumów, jest pozbawione sensu. Kopie internetowe i albumy są bardzo pomocne, przenoszą do domu większość świata, ale emocje w kontakcie z żywym dziełem to co innego.

Potem pojawiła się potrzeba pisania, wypowiadania się na ten temat i uczestnictwa w świecie fotograficznym, ale już nie jako autor zdjęć. Jestem zadowolony, że odważyłem się na tę zmianę. Mogłem gmerać po targach, z czasem także aukcjach i wybierać to, co w jakiś sposób mi odpowiadało. Niekoniecznie musiało to być opatrzone wielkim nazwiskiem, nie musiało nawet być udanym zdjęciem. Ważne, żeby opowiadało historię. To jest rodzaj idei, do której dążę - staram się pokazać, że fotografia nie musi być perfekcyjna, musi jednak o czymś mówić, coś poruszać. Jeśli jest o niczym, szkoda na nią czasu.

Stąd decyzja, żeby żadnej z fotografii wystawy „Chmura” nie podpisywać w widoczny dla widza sposób? Ważniejsza od podpisu jest opowiedziana historia?

To próba odtworzenia sytuacji, w jakiej znajduje się każdy zbierający fotografie: trafiają do nas w bardzo różny sposób. Trzeba sobie odpowiedzieć, czy to zdjęcie ma to sens, czy warto je kupić, zdobyć, wziąć. Z czasem stajemy się bardziej wybredni. Lubię ten moment wyzbycia się strachu, kiedy trzeba sobie powiedzieć, że chcę mieć na własność dane zdjęcie, mimo że nie jest nic warte, nie posiada podpisu, trudno powiedzieć, gdzie powstało. Z kolekcjonerskiego punktu widzenia – śmieć. Ale jest o czymś, opowiada o jakimś świecie. Przełamywanie takiego strachu daje satysfakcję.

A czy w fotografią współczesną warto inwestować?

Oczywiście, że tak. W związku z wystawą „Chmura” padały zarzuty, że skupiam się wyłącznie na starych zdjęciach, że z trudem przekraczam barierę koloru. W rzeczywistości tak jednak nie jest. Po prostu trzeba mieć wytyczone rozsądne granice, tymczasem współczesne zdjęcia mają horrendalne ceny. Mimo tego, że fotografia jest to techniką mechaniczną, reprodukowalną, czyli z zasady powstaje w wielu egzemplarzach, jej ceny często zbliżają się do cen malarstwa.

Z czego to wynika?

Z dążenia do złotej ramy: uzyskania muzealnego statusu, do prawa do istnienia w najpoważniejszych galeriach. W tych samych galeriach i muzeach, gdzie znajduje się Leonardo da Vinci czy Francis Bacon. Dodatkowo, marszandzi dawno już odkryli, że fotografia to osobny rynek i z tego korzystają.

Jak zatem zacząć kolekcjonować? Gdy myślimy: kolekcjoner sztuki, wydaje się, że to pasja zarezerwowana dla bogaczy i znawców sztuki…

Każdy początek kolekcji jest obarczony niezwykle dużym ryzykiem błędu. I tego ryzyka nie należy się bać. Gros tego, co zgromadziłem na początku, mam na osobnej półce z zamysłem, żeby to po prostu rozdać albo wręcz wyrzucić, ale nie umiem na to znaleźć czasu. To cena nauki i tylko w ten sposób można się czegokolwiek nauczyć, dowiedzieć. Na początku jest ważne, żeby było nas stać na dane dzieło sztuki. Żeby to był obraz, zdjęcie, na które chcemy patrzeć, a nie coś, co w opinii innych jest dobre i warte sporych pieniędzy. Trzeba wczytać w dany obiekt, niego, a dzisiejsze czasy pomagają - możemy chodzić na liczne wystawy, oglądać katalogi i albumy. Posiadanie zdjęć, które się wywiesza na zasadzie dzieła sztuki jest bardzo fajną przygodą. To obiekty, które warto częściej wymieniać. Niech powiszą sobie jakiś czas na ścianie, a potem w to samo miejsce, albo obok, można powiesić inne.

Z nieco wyższej klasy?

Nie ma to żadnego znaczenia, zwłaszcza na początku.

Ma pan niezdobyte jeszcze białe kruki?

Gdybym tak myślał, to bym zwariował. Sprawia mi przyjemność to, co mam. Na pewno przestałem być maniakalny, tych zdjęć przybywa coraz mniej. Jestem z tego zadowolony, tworzą one coraz bardziej zwartą grupę. I w końcu nareszcie dokładnie wiem, po co mam te zdjęcia. Nie dla fizycznej radości posiadania. One nie muszą być moje. Po prostu łatwiej mi się pisze, łatwiej mi się organizuje wystawy, gdy mam obrazy pod ręką. Inną jakość pracy, inną radość zapewnia towarzystwo „żywych” zdjęć.

Żywych, czyli?

To znaczy fizycznie obecnych.

---------

Miesiąc Fotografii w Krakowie trwa do 23 czerwca, natomiast wystawa „Chmury” - do 30 czerwca.