Tytuł „Blue Eyed Soul” jest znaczący, choć nie każdy w moim kraju zdaje sobie sprawę, że to ważny termin w dziejach muzyki.

To prawda, blue eyed soul, soulowa muzyka grana przez białych artystów, ma długą historię. Zaczęło się jeszcze w latach dwudziestych poprzedniego stulecia, kiedy Bing Crosby współpracował z orkiestrą Duke'a Ellingtona. Potem Frank Sinatra nagrywał z Countem Basiem, a Elvis Presley wykonywał afroamerykańskiego bluesa, rozpoczynając erę rock’n’rolla. Beatlesi, Stonesi, Led Zeppelin. Wszyscy ci ludzie i te zespoły pozostawały pod wpływem afroamerykańskiej muzyki. I tutaj widzę swoją pozycję. Jestem artystą, który poszukuje w tym obszarze inspiracji, żeby stworzyć na tej bazie własne, oryginalne brzmienie.

Wysłuchałem tej płyty i jestem zaskoczony, bo spodziewałem się melancholijnych opowieści o przeszłości, o tym, co przeminęło, tymczasem to opowieść o przyszłości.

O teraźniejszości. O dobrym czasie, który mam nadzieję przeżywać teraz. Kierowały mną dwa pragnienia. Chciałem, aby mój głos zabrzmiał lepiej, bardziej intensywnie niż dotychczas, i napisać muzykę, której granie noc w noc przyniesie zespołowi satysfakcję.

Będę się upierał, że to jest o przyszłości. Mój ulubiony utwór, „My Sweet Child”, jest o przyszłości naszych dzieci, a ta przyszłość wydaje się niepewna.

A ja twierdzę, że jest o teraźniejszości, bo nasze dzisiejsze decyzje kształtują tę przyszłość. Dramat środowiska rozgrywa się dzisiaj. Dziś moja ojczyzna musi się borykać z głupią ideą brexitu. Moje dziecko traci szansę wolności wyboru w sprawach, w których ja miałem taką możliwość. Jej przyszłość nie oznacza postępu. To są kroki wstecz. Nie zgadzam się na to. My, dorośli, mamy moralny obowiązek uczynić świat lepszym miejscem dla naszych dzieci. Obawiam się, że tę walkę przegrywamy. Oczywiście dzieje się mnóstwo dobrych rzeczy, ale w sprawie środowiska naturalnego nie robimy wszystkiego, co należy.

Staramy się, ale niektórych spraw nie da się odwrócić. Mój ojciec, kiedy był młody, kupował mleko w szklanej butelce. Dzisiaj wszędzie jest plastik. Uważaliśmy to za postęp.

Myślę, że kluczowy moment to zrozumienie, że przyszłość wcale nie musi być lepsza od przeszłości. Zrozumienie tej prawdy uczyniłoby nas mądrzejszymi. Nie zamienialibyśmy na siłę szkła na plastik.

A jednak nastrój na waszym nowym albumie jest bardzo pogodny, to jest płyta o szczęściu.

Właśnie. Bo muzyka to mój azyl. A ten album to moja ucieczka. Przed brexitem, przed ekstremizmami, przed polityką. To nie jest polityczna płyta. To pogodna muzyka, która pozwoli ci się oderwać od twoich osobistych kłopotów i od problemów, przed jakimi stoi świat. Artyści często o tym zapominają, ale muzyka powinna właśnie temu służyć. Nie może brać się za same poważne tematy, musi dawać ludziom wytchnienie. Nawet sam termin rock’n’roll mówi przecież o zabawie.

Tymczasem muzyka często kręci się wokół polityki. Father John Misty czy Roger Waters nagrali ostatnio albumy, które są czysto politycznymi wypowiedziami.

Właściwie to uważam tę płytę za raczej nudną. Rozumiem, że niektórzy odnajdują w sobie tę potrzebę, kiedy stoją na różnych scenach na świecie i zaczynają polityczny wykład na temat tego, jak ludzie powinni myśleć. Ja tego nie robię.

Ale brexit pana obchodzi.

Oczywiście, że tak, bo to fundamentalna sprawa. Jestem Brytyjczykiem. To zupełnie inaczej, niż gdybym był Anglikiem. Dziadek był Irlandczykiem, a babcia Szkotką. Rodzina mojego taty pochodzi z Kumbrii na zachodzie. To oznacza, że mam celtyckie, a nie anglosaskie korzenie. Anglia to w większości Anglosasi. I to tylko Anglia zagłosowała za brexitem, Irlandia i Szkocja są przeciwne. Uważam, że brexit jest dla świata krokiem wstecz. Szczerze mówiąc, wierzę, że do tego nie dojdzie z powodu problemu z irlandzką granicą. Jeśli brexit się spełni, Anglicy staną się izolowanym społeczeństwem. Bo wtedy Szkocja wybierze niezależność, a potem niepodległość. Jeśli dopuścimy do brexitu, zniszczymy Wielką Brytanię, a Anglia skończy jako osamotniona. Wiem, że to martwi Polaków, mamy was wielu w Wielkiej Brytanii. Macie zagwarantowane, że możecie pozostać. W gazetach pojawiają się informacje, że Polacy nie są mile widziani albo że były jakieś ataki, ale to nie jest rzeczywistość. Media wyolbrzymiają takie historie. Zdarza się jedna taka akcja na milion wspaniałych historii, o których media milczą. Ogromna większość Brytyjczyków lubi Polaków. Ja mogę powiedzieć za siebie. Zarządca moich nieruchomości jest Polakiem. Zarządca mojego domu, który dba o wszystko, kiedy mnie nie ma, jest Polakiem, mój ogrodnik jest Polakiem. Mam świetne relacje z Polakami. I mam wdzięczność wobec Polski, z którą walczyliśmy razem w czasie wojny, i szacunek wobec polskich pilotów, którzy walczyli w Bitwie o Anglię.

Jednym słowem, czuje się Pan tutaj jak w domu.

To prawda. Polacy są bardzo gościnni, radośni, rodzinni. Dokładnie tak samo jak Szkoci, Irlandczycy, ludzie północy, ludzie z Manchesteru tacy są. Kiedy mój ociec szedł do pracy, nie było go przecież stać na opiekunkę do dziecka, ale zawsze był ktoś, kto mógł się mną zająć. Cenię takie sytuacje. Odrzucam brexit i mam nadzieję, że się nigdy nie wydarzy.

Jednak temat wraca. Lubi Pan zajmować się polityką?

Jestem osobą zaangażowaną politycznie, ale dbam o to, żeby nie miało to wpływu na moją muzykę. Nie jestem typem człowieka, który wykorzystuje scenę, żeby mówić na przykład Polakom, na kogo powinni głosować, bo to nie jest mój interes. Kiedy przyjeżdżam do Polski, jestem tutaj gościem. Krytykowanie lub komentowanie waszego systemu politycznego to nie jest zajęcie dla gości. Jestem tu, żeby grać moją muzykę i dawać ludziom radość. Przynosić im nadzieję, pozwolić, żeby na chwilę zapomnieli o wszelkich problemach, które toczą się w świecie – przychodzą na koncert, żeby słuchać, tańczyć i się bawić.

Całą rozmowę Grzegorza Kapli z Mickiem Hucknallem znajdziesz w najnowszym, zimowym wydaniu ELLE MANA

KUP ROCZNĄ PRENUMERATĘ ELLE MANA TUTAJ>>